Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 123
Перейти на страницу:

Atakujący pieszo koczownicy poruszali się szybko i w miarę, jak zbliżali się do resztek pierwszej barykady, ścieśniali szyk. Gdy byli jakieś trzysta jardów od umocnień, dostali salwę z ciężkich kusz. Bez widocznego rezultatu.

– Za wcześnie, cholera, za wcześnie. Założę się, że ci w pierwszych szeregach noszą dwie albo trzy przeszywanice, nałożone na kolczugi. Nawet jeśli bełt przejdzie przez faszynę, nie ma potem dość siły, żeby przebić taki pancerz. Trzy lata walczą z imperialną piechotą i niejednego już zdążyli się nauczyć.

Nacierający przebyli kolejne sto jardów. Szli teraz spokojnie, ramię przy ramieniu. Cztery płonące dzbany eksplodowały w kolumnie, zbierając swoje żniwo, lecz wyrwy zatkano w kilka sekund. Sto pięćdziesiąt jardów.

Kolejna salwa uderzyła w ścianę powiązanych razem gałązek. Tym razem kilku atakujących potknęło się, upuściło wiązki, przewróciło. Natychmiast zastąpili ich inni i na niesłyszalny na górze sygnał cała kolumna rzuciła się biegiem naprzód. W chwili, gdy przekraczali linię spalonej pierwszej barykady, dostali ostatnią salwę, ale to już nie miało znaczenia. Około tysiąca koczowników runęło w stronę przejścia, z tysiąca gardeł rozległ się dziki ryk. W kilka uderzeń serca byli przy drugiej linii umocnień i osłaniając się faszyną, zaczęli rąbać i przewracać zaostrzone pale. Za pierwszą linią atakujących pojawili się łucznicy, szyjący z odległości kilkudziesięciu kroków wprost w barykadę. Każdy żołnierz, który wystawiłby głowę zza osłony, straciłby ją. Na kilka chwil impet ataku odebrał meekhańskiej piechocie inicjatywę.

Wśród obrońców zakotłowało się, kusznicy porzucili stanowiska, ustępując miejsca piechocie. Ta barykada była najwęższa, liczyła niespełna siedemdziesiąt kroków, więc na wozach pozycje zajęła tylko połowa kompanii. Reszta, ponad dwustu pięćdziesięciu piechurów, ustawiła się z tyłu. Z góry ich linia wydawała się żałośnie cienka w porównaniu z kłębiącym się po drugiej stronie tłumem.

Ruszyła druga fala koczowników, zaopatrzona w prymitywne drabiny. Ci, ponieważ ostrzał z barykady niemal ustał, nie nieśli nawet tarcz. Strzelcy z Górskiej Straży mieli ułatwione zadanie. Ich bełty powalały jednego Se-kohlandczyka za drugim, lecz na miejsce każdego zabitego pojawiało się dwóch następnych. Varhenn przeniósł wzrok ponad walczącymi i cicho westchnął. Olbrzymia armia stojąca przed doliną wydawała się niemal nieuszczuplona.

– Trzy tysiące, nie więcej – mruknął kapitan. – Tylko tylu poszło do ataku. Mają jeszcze pewnie w rezerwie drugie tyle konnych, którzy – gdy barykada zostanie zdobyta – ruszą, żeby wpaść do doliny i odciąć drogę na górę. Reszta stoi i czeka, by zacząć brać łupy. Niech to szlag! Kusze strzelają za wolno. Oddałbym rękę za trzy setki dobrych łuczników!

Druga linia koczowników dotarła do barykady i wsparła atakujących. Większość zaostrzonych pali została już wyrwana lub przewrócona, po chwili około trzydziestu drabin stuknęło o burty wozów. I jakby to był sygnał – milcząca do tej pory barykada ożyła. Stojący w rezerwie piechurzy posłali nad nią salwę oszczepów, potem drugą i trzecią. Z takiej odległości ciężkie pociski przebijały skórzane zbroje Se-kohlandczyków na wylot. Tłum atakujących zakłębił się, zagotował, ryknął niemal jednym głosem. Żołnierze, którzy obsadzali wozy, wychylili się zza burt i rzucili swoje oszczepy prosto w twarze atakujących. Niemal wszyscy wspinający się na drabiny napastnicy zostali zmieceni w dół. Łucznicy, wspierający atak, nawet nie zdążyli wymierzyć we wroga.

W tej samej chwili szczęknęły zapadki onagera i płonący pocisk, powoli, leniwie płynąc w powietrzu, zatoczył płaski łuk i niemal zahaczając o szczyt barykady, rozprysnął się kilkanaście kroków przed nią. Ogień pochłonął zarówno żywych, jak i martwych.

Tego było za wiele – atak się załamał. Se-kohlandczycy odskoczyli od powiązanych wozów i ścigani bełtami rzucili się do ucieczki. Zaraz po nich wycofała się ostrzeliwująca skalne ramiona konnica. Mieli chwilę spokoju.

– Niezły strzał... – Kawer Monel wstał, niedbałym ruchem otrzepał spodnie. – Napięli machinę na trzecią część siły. Dobra sztuczka, ale jak mówiłem, desperacka. Na trzy strzały jeden jak nic trafi w barykadę, bo nie da się dobrze wycelować. Sporo ryzykowali ci cholerni artylerzyści. Powiedz pułkownikowi, że rannych może wysyłać na górę poza kolejnością.

—— • ——

Minęli Rozstaje truchtem, budząc zaciekawienie kilku przejeżdżających wozem chłopów. Kenneth wymownym gestem wskazał na swój płaszcz, odbierając im chęć do zadawania pytań. Zbliżał się wieczór. Do Belenden mieli stąd niespełna godzinę marszu i porucznik uznał, że dobrze będzie wejść do miasta po zmierzchu, żeby zbyt wiele ciekawskich oczu nie przypatrywało się ich więźniowi.

– Maaarsz!

Zwolnili. Oddział momentalnie skupił się wokół Velergorfa.

– I co było dalej? Słyszałem od ojca, że żaden z Siedemnastego nie wszedł na szczyt... – Wilk pozwolił sobie na nieregulaminowe pominięcie stopnia.

– Bo żaden nie wszedł. – Velergorf popatrzył gdzieś przed siebie, twarz mu spochmurniała. – Mieli wtedy już około pięćdziesięciu rannych, głównie od strzał i dzirytów, ale wszyscy zaklinali się, że mogą jeszcze walczyć. Coś w nich wtedy wstąpiło, mówię wam, bo patrzyłem im w oczy i widziałem tam tylko spokój. Nie strach, nie rozpacz i nie cholerną, głupią i butną odwagę, lecz spokój i wolę. Wiedzieli, że zginą, i wiedzieli, że swoją śmiercią kupują czas innym, więc akceptowali ją bez sprzeciwu. Widziałem, jak ci, którzy nie stali na barykadzie, śmieją się i żartują, jak łapią oddech, piją, jedzą, sprawdzają broń i pancerze. I wiedziałem, że następny atak też się o nich rozbije, bo ci, którzy nacierali, chociaż byli świetnymi wojownikami, nie mieli w sobie nawet krzty takiej determinacji. Koczownicy szli po łupy i jeńców, ale żeby cieszyć się jednym i drugim, musieli przeżyć bitwę. Wtedy zrozumiałem, co to znaczy być mieszkańcem Imperium i jak tym południowcom udało się je zbudować. Od tamtej chwili nie rozbiłem nikomu głowy, gdy nazwał mnie Meekhańczykiem. Co najwyżej rozkwasiłem nos.

Uśmiechnął się kpiąco i zaraz spoważniał.

– To był pierwszy poważny atak, a po nim ruszyły następne. I miałem rację, rozbijały się jeden po drugim. Nigdy nie widziałem i pewnie nigdy nie zobaczę czegoś takiego, ci przeklęci piechociarze stali jak skała i cięli, rąbali, kłuli bez wytchnienia. Barykadę zbudowali wyjątkowo solidnie, obsypali wozy ze wszystkich stron ziemią, podparli drągami. Gdy skończyły im się oszczepy, rzucali kamieniami. Gdy jeden desperacki atak przedarł się wreszcie przez barykadę, przeszli do kontrataku, odbili ją i obsadzili na nowo. Pół dnia walczyli jak stado demonów, a my mogliśmy tylko stać i patrzeć, bo Darwen-lav-Glasdern, ten ich cholerny pułkownik, nie chciał się zgodzić, żebyśmy zeszli na dół, mimo że bełty skończyły nam się już dawno i też mogliśmy tylko rzucać z góry kamieniami.

Kenneth uśmiechnął się.

– Czarny Kapitan nie był zadowolony, co?

– Wystarczy, że powiem, że przez większość czasu szczerzył zęby. Był gotów posłać do walki wszystkich ludzi, jakich miał, bo szeregi Siedemnastego topniały w oczach. W połowie dnia z ciężkiej piechoty na nogach stało jeszcze tylko około dwustu żołnierzy. Kuszników nieco powyżej setki, ale to nie miało znaczenia, bo bełty też im się kończyły. Nawet artylerzyści stracili kilkunastu ludzi. Teren na dwieście kroków za barykadą był tak naszpikowany strzałami, że człowiek brodził w nich jak w zbożu. A my w czterech kompaniach mieliśmy ledwo kilku łuczników, z których i tak nie było już pożytku, bo od ciągłego napinania łuków krwawiły im palce.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)