Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Nie zdobędą.
Spojrzenie dowódcy prześliznęło się po twarzy chłopaka.
– Byłeś na dole i dopadła cię gorączka bitewna, co? Przeżyłeś pierwsze starcie bez zadrapania i wydaje ci się, że będziesz żył wiecznie? Coś ci powiem, chłopcze. Ci żołnierze na dole najpierw maszerowali całą noc i cały dzień, żeby się tu dostać, następną noc okopywali się bez chwili przerwy, a dziś od samego rana walczą. Już są śmiertelnie zmęczeni, a do wieczora będą martwi. Se-kohlandczycy nie odpuszczą im teraz, będą atakować raz za razem, aż piechota ze zmęczenia nie będzie mogła unieść tarcz i mieczy. I wtedy, być może, wreszcie okrwawisz to swoje żelazo. A teraz leć do pułkownika i powiedz mu, że nie będzie miał już dziś chwili odpoczynku. A potem znajdź porucznika Kawacra i powiedz mu, żeby zwiększył tempo. Nawet jeśli miałby popędzać ludzi batem. Odszukaj też czarodzieja, niech sprawdzi, jak idzie wybijanie zwierząt. Cholera... Potrzebuję jeszcze jednego lub dwóch gońców, a mam tylko ciebie. Tu każda kusza, a przy wejściu każda para rąk jest potrzebna... No nic, musisz na razie wystarczyć. Biegiem!
– Tak jest!
—— • ——
Dziesiętnik zamilkł, ale jakoś nikt nie chciał go poganiać. Przez chwilę maszerowali w milczeniu.
– Rzeźnia – mruknął wreszcie. – Rzeźnia, która odbywała się przy wejściu do doliny, była niczym w porównaniu do tego, co działo się w jej głębi. Wszystkie zwierzęta zapędzono w jedno miejsce i około stu ludzi z toporami i ciężkimi nożami w rękach brodziło po kostki w ziemi rozmiękłej od krwi, zabijając jedno po drugim. Podrzynali gardła, rozwalali głowy i szli dalej, zostawiając na ziemi drgające jeszcze truchła. Ci ludzie... mieli martwe twarze. Nie sądzę, żeby którykolwiek z nich dobrze sypiał przez następne miesiące. A owce, krowy i kozy zamiast rozbiec się na wszystkie strony, stały przemieszane, oniemiałe z przerażenia, robiąc pod siebie. I niech nikt, kto tego nie widział, głupio się nie uśmiecha. Zwierzęta mogą oniemieć z przerażenia, zupełnie jakby krąg krwi i ciał, który przypierał je do skalnej ściany, miał jakieś magiczne właściwości, uniemożliwiające ucieczkę. A zresztą, może i tak było? Wszystkim kierował czarodziej, a jego niebieska szata niemal po pas ubabrana była posoką. Na mój widok machnął tylko ręką i kazał się wynosić. Jak zobaczycie kiedyś u czarownika taki wyraz oczu, będziecie wiedzieć, że nie należy dyskutować. Miałem wrażenie, że powietrze wokół niego tańczy i wiruje. Smród krwi, żółci i gówna niemal nie pozwalał oddychać... Uciekłem stamtąd, najszybciej jak się dało.
Kenneth rozejrzał się wokół. Za jakieś pół mili były Rozstaje, gdzie droga odbijała na wschód. Stamtąd do Belenden było już blisko.
– Na szlaku trwała wspinaczka. – Varhenn uśmiechnął się samymi ustami. – No niezupełnie. Na szlak, na tę wąską, wrzynającą się zakosami w górę drogę pchało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Chłopi, kupcy, rzemieślnicy, szlachta. Chyba po raz pierwszy w życiu wszyscy byli równi w prawach i obowiązkach. Mieli jedno prawo – iść w górę, i jeden obowiązek – iść w górę. Zbocza wzdłuż drogi obrodziły tobołami i pakunkami, które okazały się zbyt ciężkie, aby je wnosić. Ludzie klęli, płakali, mamrotali pod nosem, ale wspinali się jeden za drugim. A ścisk i tłok... Do tej pory opowiadają sobie legendę o jakimś kupcu, który umarł po drodze, ale ścisk był tak wielki, że nie upadł, tylko został przez tę ludzką rzekę wyniesiony na samą górę i dopiero tam się przewrócił. Po usunięciu wozów tempo było dwa razy szybsze, ale i tak co najmniej połowa uchodźców tłoczyła się wciąż u podnóża Łysicy. Nawet nie próbowałem przekazać rozkazów kapitana. Sam cesarz nie zmusiłby tego tłumu do szybszej wspinaczki...
Dziesiętnik poprawił pas z toporem, oczy mu pociemniały, a na pokrytym niebieskoczarnym tatuażem czole pojawiły się zmarszczki.
– I wtedy, gdy byłem pod górą, zaczął się kolejny atak. Ten, który miał być poważny...
—— • ——
Ramiona onagerów huknęły o poprzeczne belki i cztery płonące dzbany śmignęły nad barykadą. Zaraz po nich brzęknęły skorpiony. Machiny podskoczyły na swoich stanowiskach i momentalnie obleźli je artylerzyści. Zaskrzypiały naciągane liny. Na pierwszy rzut oka widać było, że ich załogi w niczym nie ustępują sprawnością piechocie, żaden gest, żaden ruch nie był bezcelowy, wszyscy znajdowali się na swoich miejscach i działali jak jeden mechanizm.
Przynajmniej tak to wyglądało dla młodego gońca z Górskiej Straży.
Zanim przebiegł jedną trzecią drogi z powrotem, machiny oddały następną salwę. Gdy odnalazł dowódcę Siedemnastego, trzecią. Wszystko z dokładnością do jednego uderzenia serca. Pułkownik rzucił mu kilka zdań i wysłał na górę. Rola gońca okazywała się piekielnie męcząca.
Złapał za linę i zaczął wspinaczkę, zastanawiając się, ile jeszcze razy będzie dziś tą drogą wchodził i schodził.
Na górze powitał go grad strzał. Koczownicy zorientowali się, że na skałach wokół wejścia usadowili się jacyś strzelcy. Jeśli ktoś miał nadzieję, że sto stóp wysokości zabezpieczy żołnierzy przed pociskami, to kompozytowe, refleksyjne łuki konnych rozwiały jego nadzieję. Strzały leciały w niebo tak wysoko, że niemal ginęły z oczu. Przez chwilę zawisały nieruchomo, po czym obracały się powoli i mknęły ku ziemi, nabierając prędkości. Dziesiątki strzał z dziesiątków łuków w każdej sekundzie. Strażnicy szukali ochrony pod rachitycznymi drzewami, między skałami, wpełzali w każdą szczelinę. Ci, którzy mieli tarcze, mogli uważać się za szczęściarzy.
Lecz Górska Straż walczyła i tak. Kusze napinano regularnie, co chwilę kilku, kilkunastu żołnierzy wychylało się zza osłon i strzelało. Kwik i rżenie koni świadczyły, że całkiem celnie.
Kapitan leżał na samej krawędzi skalnej ściany i obserwował bitwę. Całkowicie ignorował padające wokół strzały. Varhenn zdał mu krótki raport.
– Tak myślałem. Co dokładnie powiedział ten piechociarz?
– Przekaż swojemu dowódcy, że wiem, niech mnie nie uczy. I powiedz, że jak przełamią drugą barykadę, ma się wycofać, to rozkaz.
– Jak przełamią, co? Nie – jeśli przełamią. I zaczyna wydawać mi rozkazy... Rzeczywiście, wstąpił już na drogę do Domu Snu. Pewnie stąd taka odwaga. Patrz.
Goniec położył się obok, choć wszystko w nim krzyczało, że leżąc, zwiększa ryzyko zarobienia strzały. Zapomniał o tym, gdy tylko spojrzał na dół.
Jazda zgrupowała się na skrzydłach, ostrzeliwując głównie Straż na skalnych ramionach. Tymczasem w centrum trwały przygotowania. Koczownicy całkowicie ignorowali pociski z machin, ot, od czasu do czasu jakiś dzban eksplodował chmurą ognia lub salwa ze skorpionów przeczesała szeregi. Stali w miejscu twardo, jak najlepsze oddziały Imperium.
– Dobrzy są. – Kapitan skinął głową z niechętnym uznaniem. – Kilka machin ich nie wystraszy.
Nagle centrum zakotłowało się i na czele se-kohlandzkiej armii pojawiły się setki pieszych, dźwigających przed sobą wiązki faszyny. Ruszyli biegiem naprzód.
– Będą atakować pieszo. I już ustalili graniczny zasięg.
– Czego?
– „Czego, panie kapitanie”, strażniku. Nie zapominaj o formalnościach. Zasięgu skorpionów. One wszystkie strzelają dość płasko, na dodatek nad dwiema barykadami. To znaczy, że pociski nie mogą spaść bliżej niż trzysta, czterysta jardów przed nimi. Onagery mają minimalny zasięg sto pięćdziesiąt jardów, chyba że zaryzykują trafienie własnych żołnierzy. Gdy te dzikusy zbliżą się na taką odległość, pozostaną nam tylko kusze.