Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Co to jest, Nauczycielu? — zapytałem. Miałem nadzieję, że to jednak jakaś zabawka.
— Kula życzeń. Kiedy będzie ci bardzo źle i bardzo będziesz czegoś chciał, ściśnij ją w pięści. Ściskaj tak długo, aż rozpacz przeminie. To jednak będzie znaczyło, że nie chciałeś tego czegoś dostatecznie mocno. Jeżeli naprawdę czegoś zapragniesz, sprawisz, że kula stanie się miękka jak glina. Wtedy twoje życzenie się spełni.
Jeden Stwórca wie, jak często ściskałem kulę. Jedną i drugą dłonią. Miażdżyłem ją i miażdżyłem. Czasem zasypiałem z kulą w dłoni. Miał rację. Smutek mijał po jakimś czasie.
Ale spełniła tylko jedno życzenie, i to nie moje. Życzenie Rzemienia.
Chciał, żebym miał silne palce.
A kiedyś znowu dostałem wyspę.
To było jedno z ważniejszych doświadczeń mojego dzieciństwa i dlatego o tym opowiem.
Na jeziorze, w naszym ogrodzie. Było tam kilka sztucznych wysp pokrytych skałami, rosły na nich drzewa. Iglaki, śliwy i pięknie kwitnące wiosną krzewy. Pewnego dnia okazało się, że w ogrodzie jest pełno służących, którzy wnieśli tam dużo skrzynek z polerowanego drewna. W ściankach skrzynki miały rzędy otworów, a wewnątrz coś się ruszało. Między nimi stał Czyniący. Mistrz Zwierząt. Wyspy też się zmieniły. Dosadzono na nich mnóstwo drewnianej trzciny, na brzegach leżały sterty patyków i najróżniejszych przedmiotów. Pośrodku każdej z trzech wysp wzniesiono ośmiokątną altanę.
Tego dnia dostaliśmy też nowe kurty. Były takie same jak przedtem, tylko że w zupełnie innych kolorach. Ja dostałem kurtę o barwie ciemnej żółci, Kimir Zył karminową, a nasz trzeci brat, Czagaj, niebieską.
Intrygujące skrzynki pomalowane były na identyczne kolory. Żółty, karminowy i chabrowy.
— Co to jest? — zapytał Czagaj Mistrza Zwierząt.
— Bystretki, szlachetny książę — odpowiedział tamten, chwytając się w ukłonie za ramiona. Nic z tego nie zrozumieliśmy.
Bystretki okazały się niewielkimi zwierzątkami podobnymi do mangusty, ale o krótkich ogonkach i chwytnych łapkach tak jak ręce u ludzi. Na każdej wyspie znalazło się jedno stado. Po jednej wyspie dla każdego z nas.
Zwierzątka były rozkoszne. Nie tylko igrały ze sobą, pozwalały się głaskać i brać na kolana, ale robiły też, dzięki sztuce Mistrza Zwierząt, przedziwne rzeczy. To są stworzenia, które budują skomplikowane nory z wieloma wyjściami i połączonymi korytarzami. Lepią nad nimi strzeliste wieże z gliny, w których siedzą strażnicy ostrzegający przed niebezpieczeństwem. Jednak nasze bystretki budowały dużo większe i bardziej skomplikowane budowle niż normalnie, umiały też pracować na malutkich polach, gdzie wykopywały owady, pędraki i jadalne kłącza, ale zamiast pożerać je na miejscu, tak jak to robią w stanie dzikim, znosiły jako zapasy do nor.
— Oto wasze królestwa — powiedział Rzemień. Nad altanami łopotały flagi — żółta, karminowa i chabrowa. — Teraz będziecie rządzić.
Dostaliśmy też piszczałki, pomalowane na odpowiednie kolory. Umieliśmy grać, należało to do naszej edukacji, ale te piszczałki powstały dzięki sztuce Mistrza Zwierząt. Umiały przemawiać do bystretek.
Pouczał każdego z nas z osobna, tak jakby fujarki miały przemawiać tajemnymi językami, które rozumieliśmy tylko my i nasze zwierzątka. Sądzę zresztą, że tak właśnie było.
Siedziałem w osobnej komnacie na wprost Mistrza Zwierząt, na dywanie, z piszczałką w ręku i usiłowałem odtwarzać melodyjki, które mi grał. Miał własny instrument. Zwykłą, blaszaną fujarkę, na jakich grywają żeglarze. Melodie były proste. Przywodziły na myśl trochę sygnały jazdy wydawane rogiem (po kilka natrętnych tonów — „szyk klina!”, „odwrót”, „atak”, „bycze rogi”) i miały pełnić podobną rolę. Brzmiała w nich jednak dziwna, hipnotyczna nuta jak w muzyce grywanej przez pustynnych eremitów. Podobno Kebiryjczycy umieją wprowadzać się muzyką w trans, w którym nie czują bólu, tańczą przez kilka dni bez przerwy albo przebijają ciało grotami strzał, nie krwawiąc jednak i nie cierpiąc. Widywałem takie rzeczy, kiedy podczas świąt bywałem w pałacu, siedząc w niszy za tronem mojego ojca. Ale nie byłem pustynnym eremitą ani dowódcą jazdy.
Powiedziałem to Mistrzowi Zwierząt i zapytałem, czemu ma służyć moja gra.
— Roztropnie wspomniałeś Kebiryjczyków, szlachetny książę — powiedział. — Na pewno widziałeś, jak muzyką fletów zmuszają węże albo jadowite pustynne jaszczurki do tańca. Zwierzę słucha i wydaje się, jakby spało z otwartymi oczami, a wtedy zaklinacz może je bezpiecznie dotknąć. Instrument, który ci daję, panie, będzie działał podobnie, ale w nim jest prawdziwa moc. Tamto to tylko sztuczka. Sprytny zaklinacz po prostu wie, że to nie dźwięk działa na gada, a ruchy końca instrumentu. W twoim flecie muzyka podziała na wolę bystretek, ale tylko tych, które należą do twojego stada. Do Żółtych. Dzięki niej zmusisz zwierzątka do robienia rzeczy, których normalnie nie potrafią. Będą prawie jak mali ludzie, tylko całkowicie podporządkowane twej woli. To — uniósł piszczałkę — narzędzie władzy. Władzy absolutnej. Z początku będziesz umiał wydawać tylko proste komendy. To jednak jedynie abecadło. Ćwicz, szlachetny książę, aż będziesz grał, nie myśląc o otworach fletu, własnych palcach i dźwiękach. Aż muzyka zacznie oddawać twoje myśli. Wtedy będziesz mógł zmusić zwierzątka do robienia niesłychanych rzeczy. Może będą umiały zbudować tratwy i pływać nimi na połów wodnych stworzeń, może stworzą sztukę lub zbudują zamki? To będzie zależało tylko od ciebie.
— Jakie zwierzęta mogą być tak mądre? — spytałem. — Nawet najlepiej tresowane psy czy bojowe leopardy nie potrafią takich rzeczy.
— Są mądrzejsze niż normalnie. Twój szlachetny ojciec, Płomienisty Sztandar, władca Tygrysiego Tronu, Pan Świata i Pierwszy Jeździec, nakazał mi je wyhodować. — Mistrz Zwierząt pochylił się w moją stronę, ujmując kubek z winem obiema rękami, i rozejrzał lekko. — Otrzymałem jego poufną zgodę, by użyć mocy ziemi uroczyska. Zmieniłem je w łonach matek tak, by były mądrzejsze niż jest to dane zwierzętom.
Słuchałem w osłupieniu. Od dziecka żyłem straszliwymi opowieściami o mocy uroczysk, o potworach, które stamtąd wychodziły jeszcze za czasów mojego dziada. Poprzedni cesarze trzymali na dworach Czyniących i Wiedzących, usiłowali wykorzystać potęgę uroczysk w polityce i na wojnie, ale zawsze kończyło się to strasznym nieszczęściem. Co i rusz trafiali się hochsztaplerzy twierdzący, że znaleźli zagubione imiona bogów i że moc uroczysk będzie im powolna. Raz doprowadzili do klęski w bitwie, raz do zarazy, a raz do tego, że zmarli zaczęli podobno powstawać z grobów. Dziadek w końcu zabronił nawet zbliżać się do uroczysk i zagroził śmiercią każdemu, kto ośmieli się poszukiwać zagubionych imion bogów. Za rządów mojego ojca zakazów było coraz mniej, ale ten pozostał w mocy. Pozwalano na drobne sztuczki, domyślałem się, że na dworze było kilku prawdziwych Czyniących, działających w najgłębszej tajemnicy, choć nie widziałem żadnego prócz Mistrza Zwierząt. Co do pozostałych, nigdy nie dowiedziałem się, kim byli ani co robili.
— To zupełnie bezpieczne — powiedział Mistrz Zwierząt, widząc moją minę. — Moja sztuka jest pod kontrolą. Zrobiłem tylko tyle, ile umiem, a to naprawdę nie jest wiele w porównaniu z prawdziwą mocą uroczysk. Zapewniam cię, szlachetny książę, że cały czas kontrolowało mnie dwóch Wiedzących i gdybym uległ pokusie sięgnięcia po potęgę tej mocy, cesarscy łucznicy w mgnieniu oka zamieniliby mnie w jeżowca. Nie lękaj się niczego, szlachetny książę, i ćwicz. Nie możesz teraz jeszcze wejść na swoją wyspę. Niewprawna gra przyprawiłaby twoje zwierzątka o szaleństwo.
Wszystko sprowadzało się do tego, że otrzymałem nadzwyczajną, cudowną moc władzy nad stadem płowych zwierzątek, biegających po owalnej wyspie, którą można było obejść spacerem w czasie mniejszym niż spalenie cala świecy.