Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Jednak tego pierwszego dnia nie zagrałem nawet jednej nuty. Po prostu patrzyłem, co robią moje bystretki. Strasznie mnie korciło, ale postanowiłem, że muszę je najpierw poznać. Do południa wydawały mi się po prostu zabawne. To stworzenia, które nie potrafią ani chwili usiedzieć w miejscu. Przez cały czas baraszkują, przewracają się i gonią albo z komiczną powagą przepatrują ziemię w poszukiwaniu przysmaków. Obserwowałem w napięciu, pociągając przez trzcinę niewielkie łyczki soku palmowego, ciekaw ich nienaturalnych zdolności, które tchnęła w nie moc uroczyska, zaklęta sztuką Mistrza Zwierząt.
Nie zauważyłem niczego szczególnego poza tym, że czasem brały do łapki patyk, by wydłubać z pnia owada albo dosięgnąć czegoś, widziałem też, jak rozbijają skorupkę małży trzymanym w łapce kamykiem, podkładając drugi pod spód. Nigdy jednak nie widziałem dzikich bystretek i nie miałem pojęcia, czy czasem nie robią tak też normalnie, bez mocy uroczysk i tym podobnych rzeczy.
Moja altana wznosiła się na słupach i otoczona była drewnianym pomostem, więc widziałem z niej, co się dzieje niemal na całej wysepce z wyjątkiem miejsc, gdzie widok zasłaniały kępy krzewów, korony kwitnących śliw albo trzcinowiska. Spędziłem tam wiele czasu. Wiem, że moja wyspa miała sto osiemdziesiąt kroków wzdłuż i dziewięćdziesiąt wszerz. Chodziłem po niej, czasem siadałem na swoim składanym krześle i obserwowałem zwierzątka. Sprawiały wrażenie, że wcale mnie nie widzą. Ryły w ziemi i lepiły z gliny kopuły połączone korytarzami, wyglądającymi jak grube korzenie drzew, wśród nich wznosiły wieże, przypominające termitiery albo wysokie kominy. Na szczycie każdej prawie zawsze tkwiło jedno zwierzątko, wystawiając łebek i wypatrując zagrożenia.
Przez kolejne dni zwierzątka witały mnie już, kiedy zjawiałem się na wyspie. Gdy tylko wysiadałem z łodzi, przybiegały ze wszystkich stron i stały na plaży półkolem, wpatrując się we mnie czarnymi ślepkami, po czym zaczynały mnie witać, merdając krótkimi ogonkami i wykonując serie drgających ruchów łebkami, wyglądających jak komiczny ukłon.
Na trzeci dzień zacząłem od tego, że wysypałem im trochę karmy, a potem po raz pierwszy zagrałem im na fujarce. Zwierzęta zbiegły się do mojej altany i zatrzymały na widok sterty ziaren i kawałków suszonego mięsa, która tam leżała. Po chwili najodważniejsze zwierzątko wysunęło pyszczek, zaczęło obwąchiwać przysmaki, wreszcie sięgnęło po suszony owoc leżący na wierzchu i jęło go ogryzać, przysiadłszy na ogonie.
Na ten widok następna bystretka wysunęła się z tłumu wyraźnie ośmielona, po niej następna, a po chwili przed moją altaną znalazła się ogromna gromada zwierzątek, bijących się między sobą, gryzących i przewracających wśród pomarańczowych ziaren durry i kawałków mięsa.
Nie o to mi chodziło.
Zupełnie nie.
Uniosłem do ust flet i zagrałem. Nie potrafiłbym powiedzieć, które sygnały, podsunięte mi przez Mistrza Zwierząt, gram w tej chwili, po prostu wyraziłem, co czułem i myślałem w tej chwili. A chciałem, żeby stworzenia natychmiast się uspokoiły, zanim się pozabijają. Trwało to przez chwilę, aż wreszcie bystretki stopniowo przestały się bić i trwały tak, z uniesionymi łebkami i wlepionymi we mnie świdrującymi oczkami, jedne leżące jeszcze i splecione w morderczym uścisku, inne zastygłe w dziwnych pozach. Grałem przez jakiś czas, aż zwierzątka pojęły. Podchodziły po kolei i każde brało trochę karmy do pyszczka, a trochę w łapki, i odchodziło na bok. Trwało to dość długo, aż wreszcie bystretki zabrały wszystko, co wysypałem, i okazało się, że została spora grupka, dla której nie zostało nic. Wysypałem jeszcze trochę, żeby żadna bystretka nie odeszła głodna, aż zrozumiałem, że wszystkie zostały nakarmione, ale niektóre podchodzą pod altanę po kilka razy.
Kazałem im odejść i zająć się własnymi sprawami.
W ciągu kolejnych dni zauważyłem ze zdumieniem, że moje bystretki przestały zupełnie szukać pożywienia i bawić się. Porzuciły nawet swoje wioski i wieże strażnicze i nie robiły nic, tylko siedziały wokół mojej altany, czekając, aż rzucę im trochę karmy. Kiedy je odpędzałem, po prostu chowały się w trawie i wśród krzaków, obserwując każdy mój ruch i czekając, czy rzucę im jedzenie, czy nie.
Po paru dniach miały zmierzwione futro, młode były chude, tuliły się do matek i siedziały tylko, wlepiając we mnie paciorkowate oczka, ale nie zamierzały wcale szukać owadów i pędów na plażach i w trawie jak dotąd, zupełnie jakby zapomniały, jak to się robi. Widok był okropny i aż krajało mi się serce, kiedy na to patrzyłem, ale nie dałem im już ani kęsa. Przyszło mi wtedy do głowy, że to, co zawsze uważałem za najprostszą rzecz na świecie, którą powinien zrobić dobry władca — zapewnić poddanym jedzenia do syta, wcale nie działa tak, jak powinno. Wcale nie chciałem, żeby moje bystretki zmieniły się w beznadziejnie uzależnione od zawartości mojego kosza stworzenia. Nie wiedziałem, dlaczego tak się stało. Myślałem, że może moja karma smakowała im tak bardzo, że teraz nie chcą już niczego innego. Jednak któregoś dnia słaniały się z głodu, a kilka z nich umarło. Przywlokły ich ciałka pod samą werandę i ułożyły na piasku jak wyrzut sumienia. Na widok biednych stworzeń, leżących nieruchomo jak płowe, puste mieszki, poczułem łzy w oczach, ale nie zdjąłem pokrywy z kosza. Zamiast tego wziąłem flet i zagrałem im o głodzie oraz o smutnym losie konającej z głodu bystretki, a zaraz potem o obfitości pożywienia kryjącego się na plażach i w trawie. Niewiele to dało. Zaledwie kilka zwierząt opuściło milczącą grupkę, czekającą na mój dar, i zaczęło szukać w trawie. Grałem dalej i dołożyłem jeszcze tony, które opowiadały o dumie wolnej bystretki, potrafiącej samej zadbać o siebie i o młode, i która nie zależy od niczyjej łaski. Potem sięgnąłem do kosza, zaczerpnąłem ukradkiem garść przysmaków i poszedłem na najbliższą nadbrzeżną łachę piasku, gdzie rozrzuciłem je i zagrzebałem w piasku, po czym wróciłem do altany i zacząłem dalej grać to samo.
Grałem i grałem, przełykając łzy, a kiedy miałem już zupełnie wyschnięte gardło i obolałe palce, zobaczyłem, że powoli zaczyna to przynosić jakiś skutek. Pojedyncze zwierzęta zaczynały wracać na łąkę i nabrzeżne plaże, by wygrzebywać z ziemi owady oraz wyciągać z wody małże. W końcu zostało już tylko kilka zwierząt, a kiedy przestałem grać, po jakimś czasie odeszły i one.
Siedziałem potem i długo myślałem nad tym, co robić. Zrozumiałem, że za pomocą mojego fletu i kosza mogę nie tylko nimi rządzić, ale równie dobrze zabijać. Trzy zwierzątka, które leżały przed moją altaną, zginęły nie tylko przez jakieś własne cechy. W istocie zabiła je moja głupota.
Od tej pory grałem bardzo ostrożnie. Życie zwierzątek wydawało się podlegać naturalnym rytmom i bałem się je zakłócić. Były jednak bardzo podatne na moją muzykę. I pomału moje rozkazy zaczęły je jednak zmieniać.
Zmienił się kształt wiosek. Nadal były to kopulaste kopce z ubitej gliny, połączone tunelami i przykrytymi stropami korytarzami, nadal wznosiły się nad nimi wieże strażnicze, ale zadecydowałem, że powinny być budowane na planie koncentrycznych kół, z promieniście ułożonymi korytarzami i norami, żeby zwierzętom łatwiej było wychodzić i wchodzić. Pośrodku kazałem im zrobić większą kopułę o dwóch poziomach. Na górnym postanowiłem zrobić magazyn żywności, a podziemna jama, dość duża, żeby zmieściły się tam wszystkie zwierzęta, miała służyć jako schron.
Wymyślałem różne rzeczy. Nauczyłem je robić zagrody z plecionych pędów i ustawiać je w płytkiej, przybrzeżnej wodzie tak, by tworzyły zwężające się korytarze zakończone okrągłymi basenami, a potem zaganiać tam różne stworzenia, wodne owady i małe ryby.