Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Budzę się jak na dźwięk alarmu. Ponury przedświt. Właściwie taka posiniała od wschodu noc. Trzeźwy i gotów do działania. Nie wiem, czy to z powodu koszmaru czy ostrzegawczego pomruku Jadrana. Ikony trybu bojowego w mgnieniu oka przelatują mi przez pole widzenia jak holograficzne delirium tremens.
Drakkainen wstał bezgłośnie, z łukiem w ręku, i podkradł się do konia, opierając o jego miękki, beczkowaty bok. Koń odwrócił ku niemu wielki łeb, zetknęli się czołami.
— Człowiek i osioł — pomyślał koń. — Za grzbietem. Nie widać. Idzie. Nie boi się. On kłamie. I wie, że tu jesteśmy.
— Leż — szepnął Drakkainen.
Przyklęknął i oparł dłoń z łukiem o kolano. Koń podwinął nogi i zniknął w wysokiej trawie, posłusznie wyciągając szyję i układając łeb jakoś tak po smoczemu, brodą na ziemi. Ziemski koń by tak nie mógł, pomyślał Wędrowiec.
W termowizji kruki siedzące na spiczastych chałupach lśniły jak neonowe papugi, budynki sterczały wokół niczym smocze zęby. Słychać było skrzypienie kiepsko nasmarowanych osi. Zza pagórka ukazała się żółtopomarańczowa plama w kształcie guzowatego łba zwierzęcia, podobnego do okapi albo miniaturowej żyrafy. Za nim ukazał się dwukołowy wózek, obok którego szedł bardzo niski człowiek w skórzanym kapeluszu z wielkim rondem i jadł jajko na twardo.
Drakkainen poślinił palce i poprawił postrzępione pióra brzechwy.
— Nie możesz spać, Kruczy Cieniu? — zawołał, naciągając łuk.
— Ty też, jeżeli nie ma drzewa, Śpiący Na Drzewie? — odkrzyknął tamten. — Lepiej odłóż łuk i dorzuć drew.
— Dobrze widzę i bez tego — odkrzyknął Vuko.
— Odłóż łuk, to usiądę z tobą przy ogniu.
— A co z tego za pożytek?
— Śniadanie. Daj ogień, ja dam piwo, wędzonkę i chleb.
Drakkainen zdjął strzałę.
— Mam upieczoną rybę — powiedział.
Siedzieli po obu stronach ogniska, patrząc na siebie przez płomienie. Wstawał purpurowy świt. Z bliska okazało się, że Kruczy Cień jest niemal karłem. Krępym, krzywonogim i bez jednego oka. Oczodół krył się za kościaną płytką umocowaną rzemieniami.
— Oddałeś oko za wiedzę? — zapytał Drakkainen
— Tak. Dowiedziałem się, że jak się walczy bez hełmu, to można stracić oko. A ty czego się dowiedziałeś?
— Że to dziwny kraj. Że trwa jakaś wojna bogów. Że trudno tu spotkać kogoś, kto ma dobrze w głowie. Że w kamiennych domach mieszkają trupy. Różnych rzeczy.
— Wczorajsza ta twoja ryba.
— Twoje piwo jest kwaśne. Co to za miejsce?
— Uroczysko. Cmentarz. Głupcy, którzy myślą, że są Czyniącymi, przychodzą tu oddać pieśni.
— I oddają? — zapytał Drakkainen, pociągając łyk.
— Pieśni bogów należą do bogów. Nie można ich ani zabrać, ani oddać. Można najwyżej zapomnieć.
— Dlaczego mówisz zagadkami?
— Mówię tak, jak pytasz. Zagadka za zagadkę.
— Znasz wielu Pieśniarzy?
— Znam wielu ludzi.
Drakkainen westchnął.
— Sam jesteś Pieśniarzem?
— Strasznie dużo pytasz. Jak baba. Pytasz i pytasz. Co zrobisz z tymi wszystkimi słowami?
— Mówiłem, że szukam kilkorga obcych. Jeden z nich był widziany w Dworze Szalonego Krzyku. Tutaj nazywają go Aaken. Słyszałeś o nim? Wysoki, czarnowłosy, o rybich oczach. Jak ich znajdę, jeżeli nie będę pytał?
— Szukając, jak przypuszczam. Konia już znalazłeś.
Drakkainen westchnął i szturchnął ognisko kijem, wysyłając w szarzejące niebo snopy czerwonych iskier. Zupełnie zapomniał o koniu. Zawołał go. Jadran wstał natychmiast, potrząsnął łbem i odszedł na bok skubać trawę.
— A może chcesz zahandlować? Jeżeli powiesz mi coś pożytecznego, dam ci markę srebrem. Coś, co mi pomoże w poszukiwaniach.
Czarne, owadzie oko Kruczego Cienia zalśniło.
— Idź zawsze przed siebie. Ten, kto tropi, musi szukać zmian, a tam, gdzie się czeka, nic się nie dzieje. Pytaj albo milcz, ale zawsze słuchaj, o czym mówią ludzie. Nie wierz w nic, co nie mieszkało choć przez chwilę w twojej głowie. Nie dowierzaj nowemu mieczowi, temu, co dziewczyna powie ci w łóżku, bogom ani możnym. Nie wierz też prostakom ani złym ludziom. Mogę tak długo, ale każda rada ci się przyda. Mogę już dostać moją markę czy potrzebujesz więcej rad?
— Nie powiedziałeś nic, czego bym nie wiedział. — uśmiechnął się Drakkainen. — Mogę ci się zrewanżować taką samą radą: „Mądrze uczyni, gdy umknie w porę ten, co szydzi z drugiego. Nie wie ów, co kpi a prześladuje, że go odwet czeka”. Albo: „Chwal dzień wieczorem, żonę, gdy spalona, miecz, gdy wypróbowany, dziewicę, gdy za mąż wydana. Lód, gdy się przeszło, piwo, gdy wypite”.
— Ładnie to powiedziałeś. — odpowiedział uśmiechem Kruczy Cień. — A jednak ja wywiązałem się z umowy. Powiedziałeś, że dasz mi markę, jeżeli powiem ci coś pożytecznego. Powiedziałem.
— Sofista z ciebie.
— Co to: „sjofh ystad”?
— To słowo z mojego kraju. Oznacza tego, kto kłamie, nie kłamiąc. Kto wygina słowa jak wierzbowe gałęzie, byle wyszło na jego. Nie dostaniesz nawet siekańca za takie rady.
— W takim razie zagrajmy o twoją markę. Umiesz grać w króla?
— Nie.
— Pokażę ci.
Drakkainen wyjął zatknięty w ziemię kij, na którym opiekał kawałek wędzonki, powąchał mięso, po czym ugryzł ostrożnie. Kruczy Cień pokuśtykał do swojego wozu i wrócił, niosąc drewniane pudełko, w którym coś grzechotało jak w komplecie szachowym.
Zestaw składał się z drewnianej planszy z otworkami i pionów, które można było zatykać w te otworki jednym lub drugim końcem. Włożone jedną stroną były zwykłymi pionkami, a drugą — ważniejszymi, jak damka w warcabach. Prócz tego było jeszcze skórzane, okrągłe pudełko, zawierające płaskie kamienie z wyrytymi po jednej stronie i napuszczonymi farbą znakami, które oznaczały rozmaite tymczasowe cechy pionów, albo warunki partii, i te kamienie, zwane „kamieniami losu”, należało wyciągać na ślepo z pojemnika. Czarne trzeba było pokazać i zastosować natychmiast, czerwone trzymać na później i użyć, kiedy było to wygodne. Do tego istniały jeszcze dwie wielościenne kości, którymi rzucało się wewnątrz otwartego pudełka. Celem rozgrywki było przeprowadzenie „króla” z jednego rogu planszy do drugiego. Można było zbijać piony przeciwnika, próbować zabić lub zablokować jego „króla” albo skoncentrować się na przeprowadzeniu go do rogu szybciej niż zrobi to przeciwnik.
Gra była skomplikowana, ale do pojęcia. Drakkainen aktywował odpowiedni moduł cyfrala i zarejestrował wszystkie reguły włącznie ze znaczeniem symboli na sześćdziesięciu czterech kamieniach. To był element, którego bez wspomagania nie zapamiętałby wcześniej niż po kilku rozgrywkach. Nikt by nie zapamiętał i to właśnie wydało mu się zastanawiające.
Wsunął dłoń do podręcznej sakiewki z monetami zabranymi ze stacji i namacał dwanaście srebrnych blaszek, każdą mniej więcej po pół grama. Cztery były ozdobione rysunkiem konia, inne człowieka z gałęzią, jeszcze inne niemal zatartymi znakami. Wyjął dłoń z sakiewki i, nie przeliczając, wsypał monety do pokrywki pojemnika z kamieniami losu.
Kruczy Cień wbił w ziemię zaostrzony patyk z odchodzącą w bok gałęzią i na sęku powiesił sznurek z umocowanym poziomo wąskim kryształem.
— Co to ma być?
— Jeden z moich towarów. To grot prawdy. Powie mi, jeśli będziesz oszukiwać.
— Jak w to można oszukiwać? Przecież wszystko widać.