Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 98
Перейти на страницу:

Zaniepokoiłem się dopiero, gdy kolejnego dnia zobaczyłem zupełnie nową scenę. Kimir Zył siedział na krześle na tarasie swojej altany i grał, a wszystkie jego zwierzęta, i te z dzidami, i te wynędzniałe, które zwykle przez cały czas pracowały, stały przed nim wielkim półkolem. Na wolnym miejscu przed altaną, jak zawsze ostatnio, płonęło ognisko.

Dopiero po chwili zorientowałem się, że zwierzęta nie stoją w przypadkowym tłumie. „Zbieracze” zbili się w bezładną grupę pośrodku, natomiast „żołnierze” otaczali je kręgiem, stojąc słupka, z opuszczonymi dzidami.

Zaciekawiło mnie to, więc schowałem „oko” za pas kurty i wspiąłem się na najwyższe drzewo na wyspie. Dzięki temu, ukryty w gałęziach, miałem dużo lepszy widok na to, co działo się na wyspie mojego brata.

Kilka bystretek, pełniących rolę żołnierzy, odłożyło patyki i wpadło galopem w tłum „zbieraczy”, po czym wyrwało z niego dwa wynędzniałe, przerażone zwierzątka. Porwane bystretki najwyraźniej wpadły w panikę i usiłowały uciekać wewnątrz kręgu, ale wszędzie natrafiały na szpaler żołnierzy z nastawionymi dzidami. Po krótkiej chwili paniki zostały zapędzone na sam środek placu zupełnie jak kowce, gonione przez pasterskie psy. Zwierzęta skłębiły się na chwilę, a potem „żołnierze” cofnęli się, a porwani „zbieracze” zostali na piasku, szarpiąc się i zwijając w miejscu. Skoncentrowałem wzrok i zobaczyłem, że zostały uwiązane za szyję mocnym sznurkiem ukręconym z łyka do niewielkiego palika sterczącego z ziemi.

Potem zobaczyłem, że „żołnierze” podchodzą i zatrzymują się tuż przed uwiązanymi zwierzątkami, które przestały na chwilę fikać na ziemi, szarpać łapkami duszące je sznurki i próbować je przegryźć. Obie grupy stały słupka, obwąchując się i ruszając nosami, a Kimir Zył grał jak szalony. A potem największa bystretka mojego brata postąpiła krok naprzód i raptem wbiła dzidę w brzuch przywiązanego zwierzątka.

Na widok krwi tryskającej na piasek omal nie spadłem z drzewa i o mały włos nie upuściłem mojego „oka”. Byłem wstrząśnięty, ale znów uniosłem cylinder do twarzy. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

A widziałem, jak kolejne zwierzęta podchodzą i dźgają nieszczęsne stworzenia dzidami, aż w piasku zostały nieruchome ciała pokryte pozlepianym, poczerwieniałym od krwi futrem, które kolejni „żołnierze” nadal przebijali swoimi włóczniami, mimo że nie było już po co.

Zgonieni w kupę pomiędzy włóczniami „zbieracze” szamotali się w panice, ale szpalery „żołnierzy” utrzymywały jaki taki porządek.

Po zadźganiu zwierząt „żołnierze” rzucili się na zwłoki i rozszarpali je. Bystretki wyglądały przy tym i zachowywały się jak stado szczurów. Kłębiące się rdzawe grzbiety bystretek w miejscu, gdzie przed chwilą stali ich bracia, wzbudziły we mnie mdłości.

Po krótkim czasie po zadźganych i pożartych zwierzętach nie zostało nic poza plamami krwi, wsiąkającymi w piach, i dwoma odgryzionmi łebkami, które mój brat kazał zatknąć na włóczniach na placu.

Kiedy zszedłem z drzewa, kręciło mi się w głowie z emocji.

Najpierw chciałem powiedzieć o wszystkim Rzemieniowi, ale szybko uświadomiłem sobie, że według Nauczyciela to być może ja złamałem reguły gry, a nie mój brat. Ukradłem „oko” i podglądałem go. Tymczasem on tylko siedział i grał. Owszem, kazał swoim zwierzętom dopuszczać się bezsensownego okrucieństwa, ale nikt nas nie ograniczał. Dano nam bystretki, wyspy, karmę i flety. Pozwolono dalej robić, co chcemy, ale i radzić sobie samemu. Jeżeli mój brat chciał, żeby jego zwierzęta przeprowadzały absurdalne egzekucje, miał do tego prawo.

Popatrzyłem na własne żółte zwierzątka, goniące się po wiosce i przewracające w trawie, i nagle poczułem jakiś cień w duszy.

Kilka dni później przybyłem na wyspę wcześnie i zaraz po wypiciu kubka ciepłego, orzechowego naparu zacząłem obserwować szkarłatną wyspę. Tego dnia zobaczyłem coś nowego. Zobaczyłem dwie małe łodzie, ledwo widoczne w porannej mgle, przybijające do plaży i znikające w trzcinowiskach. Może nie były to jakieś doskonałe statki — raczej tratwy, przypominające podwójne snopy trzciny, związane ciasno na obu końcach, ale pływały wystarczająco dobrze i zauważyłem, że na każdej płynęło po kilka bystretek Kimir Zyła. Nie zauważyłem, w jaki sposób pływają, ale nie dryfowały, bezładnie pchane wiatrem, tylko sunęły jedna za drugą w stronę jakiegoś przejścia wśród trzcin, aż znikły mi z oczu.

Zaintrygowany, wspiąłem się na swoje drzewo i uniosłem „oko”. Mój brat siedział w altanie przy stole i pojadał coś leniwie. Po chwili załoga jego łodzi pojawiła się na placu. Bystretki kuśtykały komicznie na trzech łapkach, w czwartej dzierżąc opartą o kark włócznię. Wyglądały niezgrabnie, ale zauważyłem, że przemieszczają się dosyć sprawnie. Jednak pomiędzy rudymi grzbietami zwierząt Kimir Zyła zauważyłem kilka popielatych. Jego bystretki pędziły między sobą szare zwierzątka, kicające na dwóch łapkach i niosące naręcza karmy, którą wysypały na stertę, a potem zbiły się w trwożną gromadkę i czekały.

Kimir Zył odsunął od siebie tacę, zdjął nogi ze stołu i wziął flet, a potem zaczął grać.

W efekcie dwie popielate, przerażone bystretki Czagaja zostały zadźgane i przy altanie brata przybyły dwie nowe głowy nadziane na patyki, a trzy pozostałe zagoniono do roboty razem z resztą „zbieraczy”.

Zszedłem na ziemię i długo chodziłem po swojej wyspie, pogrążony w zadumie. Policzyłem swoje zwierzęta, ale wydawało mi się, że jest ich tyle, ile przedtem, choć nie mogłem mieć pewności.

Wczołgałem się, ile się tylko dało, do głównej nory i usiłowałem sprawdzić, czy zapasów karmy jest tyle, ile wcześniej, sprawdziłem też skromne zasoby w koszu w mojej altanie. Wydawało mi się, że niczego nie ubyło. Mimo to cały czas czułem strach.

Kimir Zył miał armię bystretek wyposażonych we włócznie, wyszkolonych i zdolnych do zabijania. Jego zwierzęta umiały też krzesać ogień i miały łodzie, którymi potrafiły w jakiś sposób pływać. Wyspa Czagaja była bliżej szkarłatnej niż moja, więc miałem nadzieję, że stanowi lepszy cel dla łupieżczych wypraw, ale wiedziałem, że się łudzę. Kimir Zył szykował się do wojny. Według niego zwycięstwo w tej grze nie polegało na mądrym rządzeniu stadem zwierzątek. Z pewnością roił sobie moment, w którym na wszystkich trzech wyspach załopoczą jego karminowe flagi.

Chodziłem po wyspie i rozglądałem się przez dłuższy czas. Natrafiłem na duży, powalony pień woskowca pokryty grubą korą, przejrzałem też kępy drewnianych trzcin na brzegach i znalazłem niewykorzystane jeszcze pokłady gliny na wysokim, południowym brzegu.

A potem wróciłem do altany i wydobyłem flet. Musiałem ułożyć moim zwierzętom zupełnie nowe pieśni.

I czułem, że mam za mało czasu.

Najpierw wezwałem wszystkie zwierzęta. Kiedy zbiegały się, przeskakując i przewracając nawzajem, nagle przed oczami stanęły mi sceny egzekucji, które regularnie widywałem już na szkarłatnej wyspie.

Najpierw grałem moim zwierzętom pieśń przerażenia. Grałem im o szkarłatnej wyspie i płynącym stamtąd zagrożeniu. O wielkich, odpasionych, rudych bystretkach, które trzymały niosące śmierć włócznie. Wprawiłem swoje zwierzęta w osłupienie, a potem istną panikę.

Uspokoiłem je i zagrałem im z kolei pieśń o bohaterstwie. O mężnych, wolnych bystretkach, które stawią czoła wrogom i obronią swoją wyspę. O powiewającej nad nią żółtej fladze, oznaczającej wolność i bezpieczny dom. Grałem, ile sił w płucach, wkładając w to cały gniew i przerażenie, jakie poczułem.

Po jakimś czasie moje bystretki siedziały i słuchały jak zaczarowane, aż ja sam, pod wpływem własnego grania, poczułem się zdeterminowany i mężny.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)