Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 98
Перейти на страницу:

Czasy są dobre, kiedy bogów spotyka się rzadko i tylko tam, gdzie powinni być. To oznacza, że w świecie jest równowaga. Od pewnego czasu dzieje się zbyt wiele dziwnych rzeczy. Kiedyś zimna mgła była tylko na uroczyskach. Jeżeli pojawiał się głupiec, który chciał zostać Czyniącym i poszedł na uroczyska, zazwyczaj ginął, czasem spotykał bogów, a czasem był wybrany przez mgłę. Teraz mgła pojawia się w różnych miejscach. Rusza się. Pojawiają się zmarli, pojawiają się bestie albo rozumne zwierzęta. Zbyt często. Równowaga runęła. Pojawili się nowi wrogowie, a dawni zachowują się, jakby coś ich opętało. Świat oszalał. Tak to jest, kiedy bogowie rzucają się sobie do gardeł. Dam ci jedną prawdziwą radę. Trzymaj się z daleka od bogów, Czyniących i zimnej mgły. Znajdź tych, których szukasz, i odejdź za morza. Kiedy wydarza się cud, głupiec podchodzi i gapi się z otwartą gębą. Rozsądny człowiek bierze nogi za pas, bo z takich rzeczy nigdy nie wynika nic dobrego. To była dobra rada. Zapamiętaj ją, Śpiący Na Drzewie, to będziesz miał z niej pożytek.

Idź do portu, który zwą Żmijowe Gardło. Tam, gdzie spotykają się trzy fiordy. Idzie jesień. Okręty wracają na zimowe leża z południowych szlaków. Będzie wielki jesienny jarmark i wiec. Dokądkolwiek poszli ci, których szukasz, jeżeli szli od Pustkowi Trwogi, musieli kiedyś tam dojść. Potem już nie wiem. Wsiedli na okręt i odpłynęli, albo popłynęli którymś z trzech fiordów na południe do kraju Ognia, albo poszli szlakami przez Słone Góry, albo przez wybrzeże, do kraju Rzemieni. Może w puszczę. Ale na pewno przechodzili przez Żmijowe Gardło. Idź tam i szukaj. Nie chcę teraz już więcej grać. I tak ciągle oszukujesz.

— Mniej niż ty — odpowiedział Drakkainen.

Starzec pozbierał rzeczy, a potem wgramolił się na kozioł swojego wózka.

— Znajdź drogę, Kruczy Cieniu — powiedział Drakkainen.

— Byle nie twoją — warknął tamten i cmoknął na osła.

— Chciałem tylko być uprzejmy — zawołał za nim Wędrowiec.

Skrzypienie kół ucichło i Drakkainen został na wzgórzu sam tylko w towarzystwie konia, trupów, siedzących w kamiennych szałasach i kruków.

— No, to jedziemy do portu na jesienny jarmark — powiedział Jadranowi. — Kupię ci jakieś obwarzanki czy coś.

Zwinął derkę i koc, po czym zakrzątnął się, chowając naczynia i rozrzucone wokół ogniska drobiazgi. Jadran postawił nagle uszy i wydał z siebie ostrzegawczy warkot.

Na siodle rozpierał się kruk, wielki jak orzeł i lśniący barwą antracytu. Czyścił wielki dziób o łęk i spoglądał bezczelnie.

— Wynocha! — zakrakał tryumfalnie.

— Ja ci dam „wynocha”, złodzieju! — wrzasnął Drakkainen i chwycił łuk, ale kruk wystrzelił w niebo, bijąc wielkimi skrzydłami, i wmieszał się w stado ptaków obsiadające stożkowate dachy budynków.

— Cwaniak — wycedził Wędrowiec i schował łuk z powrotem w łubie. I tak by mu nic z tego nie przyszło. W całym mieście kręciło się pewnie z dwieście kruków, fruwających, drepczących po dachach jak muchy po łajnie i kraczących, a wszystkie były dokładnie takie same.

Zawołał Jadrana i osiodłał go, a potem objuczył resztą sprzętu i odjechali. Kamienna, starożytna droga kończyła się tak, jakby zjechała pod trawę, ale dalej prowadziła wąska, zarośnięta ścieżka, ta sama, którą odjechał Kruczy Cień, i prowadziła mniej więcej we właściwym kierunku. Kiedy Drakkainen zniknął już w lesie poniżej pokrytej zrudziałą trawą łąki, z jednego ze spiczastych dachów poderwał się wielki, czarny kruk i poleciał jego śladem.

Rozdział 4

Odwrócony Żuraw

Młode lisy śpią w norze

Młode pantery baraszkują wśród traw

Tylko szczenięta władców

Czuwają nocą, szczerząc kły

Krzemień, Syn Procarza — kai-tohimon klanu Skały — Kodeks władcy

Otwórz oczy, leniu, już dzień! — Tak zaczynał się każdy mój poranek, odkąd skończyłem pięć lat. O pierwszym, sinym brzasku, ostrym, ochrypłym głosem Nauczyciela, nawykłym do komend wykrzykiwanych w szyku szturmującej ciężkiej piechoty, pasującym może do obozu wojskowego, a nie do cesarskiego pałacu. W ten sposób budził mnie i moich braci, żeby pędzić nas do ćwiczeń jeszcze przed skromnym śniadaniem. Deszcz czy śnieg, gnaliśmy przez ogród w szarawym świetle dnia, żeby dźwigać ciężary, przeskakiwać przeszkody i ćwiczyć walkę na kije i gołe pięści. Dopiero kiedy słońce wstawało, zziębnięci albo zziajani, wracaliśmy do łaźni, żeby wykąpać się w kilku kubłach lodowatej wody. Potem zakładaliśmy na posiniaczone i zmarznięte ciała proste ubrania z surowego płótna. Spodnie, koszula i kurta. Filcowe buty o plecionych podeszwach. Wyglądaliśmy jak żołnierze albo chłopi. Tyle tylko, że nasze ubrania były czyste, całe i kompletne. Miały praktyczny, bury lub szaroniebieski kolor i nieskomplikowany wzór.

Cały czas pośpiech i trzcina w rękach Nauczyciela, skromny strój, skąpe, proste jedzenie. Nasza łaźnia była zbudowana z najlepszego, czerwonego drewna i polerowanego marmuru. Wiadra, z których zlewano nas wodą, zrobiono z szylkretu wielkich żółwi i oprawiono w księżycowe srebro. Mimo to nie zaznaliśmy najmniejszego zbytku. Żadnych wymyślnych mydeł, żadnych pachnideł ani wonnych olejków. Zwykła woda i to zimna jak z lodowca.

Do śniadania siadaliśmy w sali pełnej bezcennych waz i rzeźb, wśród prostych, kireneńskich mebli, zrobionych tak, jakby stworzył je sam Bóg. Na stole pojawiały się cudowne, delikatne naczynia z kosztownego, pokrytego żywicą drewna, porcelany albo muszli, ale na półmiskach i w miseczkach znajdowaliśmy trochę chleba, pastę z grochu albo z ryby, garść kaszy lub parę łyżek zupy. Koniec. Przynajmniej tak było na co dzień. Kiedy ojciec nie musiał rządzić, sam wychodził z cesarskiego pałacu i wracał do swojego pawilonu. Jedliśmy wtedy z nim kolację przy blasku ognia w palenisku albo w ogrodzie, wśród skał, strumieni i powyginanych dragomerii, a na stole pojawiały się dziesiątki najwspanialszych potraw. Wtedy wracało nasze dzieciństwo. Słuchaliśmy, jak matka gra na cintarze i śpiewa kireneńskie bajki, ojciec opowiadał nam zabawne historyjki. Ale nie zawsze ich widywaliśmy. Zwykle był z nami tylko Nauczyciel, lodowata woda, zgrzebne ubrania i skąpe posiłki. Niekończące się godziny ćwiczeń. Kaligrafia, języki, strategia, historia, poezja, polityka, jazda konna, łucznictwo, walka włócznią, kijem, mieczem, nożem, dwiema szablami, walka wręcz, pływanie.

Do dziesiątego roku życia nawet nie wiedziałem, że jestem przyszłym władcą. Mieszkałem we dworze, składającym się z wielu pawilonów, zbudowanym przez mojego dziadka pośrodku ogrodów zwanych Wioską Chmur. Dwór był wierną kopią normalnych siedzib wysokich rodów z kraju, z którego pochodzimy. Gdzieś tam nad nim wznosił się cesarski pałac, ale rzadko tam bywaliśmy. Nawet nie patrzyliśmy w jego stronę. Całym naszym światem był dwór i Wioska Chmur. Mieliśmy tu drzewa i kwiaty, płynącą wodę i stawy wyglądające jak jeziora, skały i dróżki wysypane białym żwirem. Ani dwór, ani tak wyglądający ogród nie mogłyby tu stanąć zanim nie nastała nasza dynastia. Zanim pierwszy z moich przodków, mój pradziadek nie zasiadł na Tygrysim Tronie. Ogród był czysto kireneński. Miał budzić w człowieku spokój i pogodę ducha, płynące z naturalnej harmonii. Wyglądał jak dziki zakątek, ale obdarzony doskonałym pięknem. Stanowił hymn na cześć Stwórcy. Każde drzewo było jak rzeźba. Każda skała i każda kropla wody były na swoim miejscu. Dzikie, ale pełne równowagi. Dla nas, Kirenenów, piękno to nadmorskie góry i strumienie.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)