Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Czasy są dobre, kiedy bogów spotyka się rzadko i tylko tam, gdzie powinni być. To oznacza, że w świecie jest równowaga. Od pewnego czasu dzieje się zbyt wiele dziwnych rzeczy. Kiedyś zimna mgła była tylko na uroczyskach. Jeżeli pojawiał się głupiec, który chciał zostać Czyniącym i poszedł na uroczyska, zazwyczaj ginął, czasem spotykał bogów, a czasem był wybrany przez mgłę. Teraz mgła pojawia się w różnych miejscach. Rusza się. Pojawiają się zmarli, pojawiają się bestie albo rozumne zwierzęta. Zbyt często. Równowaga runęła. Pojawili się nowi wrogowie, a dawni zachowują się, jakby coś ich opętało. Świat oszalał. Tak to jest, kiedy bogowie rzucają się sobie do gardeł. Dam ci jedną prawdziwą radę. Trzymaj się z daleka od bogów, Czyniących i zimnej mgły. Znajdź tych, których szukasz, i odejdź za morza. Kiedy wydarza się cud, głupiec podchodzi i gapi się z otwartą gębą. Rozsądny człowiek bierze nogi za pas, bo z takich rzeczy nigdy nie wynika nic dobrego. To była dobra rada. Zapamiętaj ją, Śpiący Na Drzewie, to będziesz miał z niej pożytek.
Idź do portu, który zwą Żmijowe Gardło. Tam, gdzie spotykają się trzy fiordy. Idzie jesień. Okręty wracają na zimowe leża z południowych szlaków. Będzie wielki jesienny jarmark i wiec. Dokądkolwiek poszli ci, których szukasz, jeżeli szli od Pustkowi Trwogi, musieli kiedyś tam dojść. Potem już nie wiem. Wsiedli na okręt i odpłynęli, albo popłynęli którymś z trzech fiordów na południe do kraju Ognia, albo poszli szlakami przez Słone Góry, albo przez wybrzeże, do kraju Rzemieni. Może w puszczę. Ale na pewno przechodzili przez Żmijowe Gardło. Idź tam i szukaj. Nie chcę teraz już więcej grać. I tak ciągle oszukujesz.
— Mniej niż ty — odpowiedział Drakkainen.
Starzec pozbierał rzeczy, a potem wgramolił się na kozioł swojego wózka.
— Znajdź drogę, Kruczy Cieniu — powiedział Drakkainen.
— Byle nie twoją — warknął tamten i cmoknął na osła.
— Chciałem tylko być uprzejmy — zawołał za nim Wędrowiec.
Skrzypienie kół ucichło i Drakkainen został na wzgórzu sam tylko w towarzystwie konia, trupów, siedzących w kamiennych szałasach i kruków.
— No, to jedziemy do portu na jesienny jarmark — powiedział Jadranowi. — Kupię ci jakieś obwarzanki czy coś.
Zwinął derkę i koc, po czym zakrzątnął się, chowając naczynia i rozrzucone wokół ogniska drobiazgi. Jadran postawił nagle uszy i wydał z siebie ostrzegawczy warkot.
Na siodle rozpierał się kruk, wielki jak orzeł i lśniący barwą antracytu. Czyścił wielki dziób o łęk i spoglądał bezczelnie.
— Wynocha! — zakrakał tryumfalnie.
— Ja ci dam „wynocha”, złodzieju! — wrzasnął Drakkainen i chwycił łuk, ale kruk wystrzelił w niebo, bijąc wielkimi skrzydłami, i wmieszał się w stado ptaków obsiadające stożkowate dachy budynków.
— Cwaniak — wycedził Wędrowiec i schował łuk z powrotem w łubie. I tak by mu nic z tego nie przyszło. W całym mieście kręciło się pewnie z dwieście kruków, fruwających, drepczących po dachach jak muchy po łajnie i kraczących, a wszystkie były dokładnie takie same.
Zawołał Jadrana i osiodłał go, a potem objuczył resztą sprzętu i odjechali. Kamienna, starożytna droga kończyła się tak, jakby zjechała pod trawę, ale dalej prowadziła wąska, zarośnięta ścieżka, ta sama, którą odjechał Kruczy Cień, i prowadziła mniej więcej we właściwym kierunku. Kiedy Drakkainen zniknął już w lesie poniżej pokrytej zrudziałą trawą łąki, z jednego ze spiczastych dachów poderwał się wielki, czarny kruk i poleciał jego śladem.
Rozdział 4
Odwrócony Żuraw
Młode lisy śpią w norze
Młode pantery baraszkują wśród traw
Tylko szczenięta władców
Czuwają nocą, szczerząc kły