Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Oczywiście fascynowało mnie to. Cieszyłem się z mojej kurty barwy jesiennych liści, własnej altany i piszczałki. Godzinami w komnacie grałem melodyjki i już po kilku dniach stało się tak, jak przepowiedział Mistrz Zwierząt. Tęskne, niepokojące dźwięki spływały z moich ust i palców i nawet nie czułem już, że trzymam w dłoni fujarkę. Nie myślałem o tym, kiedy dmuchnąć ani które otwory odsłonić. Z czasem zacząłem łączyć melodyjki, a było ich wiele, i sądziłem, że pojmuję, o czym mówił stary mistrz. To rzeczywiście było abecadło, a ja uczyłem się składać w nim zdania. Nie mogłem doczekać się chwili, kiedy wejdę na wyspę i zacznę wypróbowywać swoje umiejętności.
Jedynym, który nie krył niezadowolenia z całej sprawy, był mój najstarszy brat Kimir Zył. Każdy z nas pochodził z innej matki. To nie jest reguła, ale tak się akurat złożyło. Zgodnie z obyczajami cesarskiego pałacu, mieliśmy obowiązek uważać za najważniejszą matkę cesarzową, która była matką jedynie Czagaja.
Rzecz w tym, że różniliśmy się bardzo od siebie, bardziej niż zazwyczaj zdarza się to rodzeństwu. Kimir Zył był najstarszy, najwyższy i przez długi czas najsilniejszy. Jako małe dziecko kochałem go i podziwiałem. Kiedy byłem trochę starszy, zauważyłem, że jest okrutny i wyniosły. Wydawało mi się, że pogardza mną i nienawidzi Czagaja. Nigdy nie opuścił żadnej okazji, żeby nie okazać swojej przewagi w jakiejś dziedzinie. Jeżeli wypadało mi z nim ćwiczyć, wiedziałem, że będę miał przedramiona i nogi w granatowych sińcach, że jeżeli przydusi mnie i wykręci mi rękę, będzie udawał, że nie widzi uniesionego palca mojej wolnej ręki na znak, że się poddaję, i nie puści, dopóki Rzemień tego nie zauważy. We wszystkim musiał być najlepszy i nic nie budziło w nim takiej wściekłości jak najdrobniejsza porażka. Jako jedyny często powtarzał, co zrobi, kiedy już będzie cesarzem. Jakoś tak mnie i Czagajowi wydawało się oczywiste, że istotnie to on zostanie kiedyś władcą. Kimir Zył rwał się do tego. Mnie obowiązki władcy wydawały się przerażające. Być tym, od kogo zależy los wszystkich mieszkańców cesarstwa, stać gdzieś w tle za wszystkim, co się dzieje, wydawało mi się ciężarem nie do zniesienia. Zaś Czagaj zawsze powtarzał, że marzy jedynie o tym, by wrócić do Domu Cynobru, robić to, co mieszkające tam kobiety, i żyć w spokoju. Grać na cintarze, malować i zajmować się pisaniem wierszy albo kontemplacją piękna. Kimir Zył oczywiście chciał wiedzieć, czy w związku z tym Czagaj zamierza zostać jego konkubiną, i drwił bez końca. W rzeczywistości mogło się przecież okazać, że żaden z nas nie nadaje się na władcę i Tygrysią Czapkę założy któreś z trojga naszego młodszego rodzeństwa, przeżywającego beztroskie lata w Domu Cynobru.
Kochałem Czagaja jako młodszego, głupiutkiego brata i właściwie było mi go żal. Z Czagajem był ten problem, że samo istnienie świata już go raniło. Wydawał się miękki i płaczliwy, ale wiedziałem, że dla kogoś, kto tak cierpi z lada powodu, dotrzymywanie kroku bardziej gruboskórnemu Kimir Zyłowi i mnie staje się bohaterstwem. Czasem Czagaj, chlipiąc i narzekając, potrafił osiągnąć coś, czego ani mnie, ani mojemu bratu, mimo granitowych min i zaciśniętych szczęk, nie udawało się dostąpić. Ale zazwyczaj nie udawało mu się ani specjalnie go to nie interesowało. Nie mógł pojąć najprostszej intrygi, nie mógł nauczyć się porządnie ani żadnej sztuki wojennej, ani strategii. Kochał natomiast muzykę, taniec i wesołe historyjki. Wydaje mi się, że rzeczywiście powinien znaleźć się w czymś w rodzaju Domu Cynobru i siedzieć tam na poduszkach z cintarem w ręku.
Tamtego wieczoru, przy kolacji, ja i Czagaj cieszyliśmy się z nowego zadania. Byliśmy przecież dziećmi, a dostaliśmy nie jedno kocię czy szczeniaczka. Już taki nabytek to dla dziecka skarb. Każdy z nas został właścicielem ponad setki puszystych stworzeń, wyglądających trochę jak wydry, a trochę jak małe pieski, które mogłyby zachwycić niejednego. Co więcej, każdy otrzymał własne, maleńkie królestwo.
Tylko Kimir Zył był kwaśny na twarzy i z wściekłością słuchał naszej paplaniny.
— Strata czasu! Przeklęta strata czasu! — warknął, krusząc chleb na stół. Nagle wymierzył palec prosto w Rzemienia. — Powinniśmy dostać po oddziale wojska! Powinniśmy zostać dowódcami!
— Nie krusz chleba, tohimonie — powiedział spokojnie Rzemień. Zawsze był spokojny. — Pomyśl o ludziach, którzy z radością zjedliby choć to, co właśnie marnujesz.
— I co z tego — burknął Kimir Zył. — Kiedyś będę cesarzem i będę mógł tarzać się w chlebie. Jestem synem cesarza, Nauczycielu. Na co mi szacunek dla chleba? Przecież nie będę ani go piekł, ani uprawiał zboża. Od tego są wieśniacy. Ja będę się zajmował tym, żeby w ogóle mogli je uprawiać. Powinieneś przygotowywać nas do walki o chwałę imperium. To jest nasze przeznaczenie. Ty zaś każesz nam marnować czas na opiekę nad zwierzętami. To potrafi byle pastuch. Mamy im grać na fujarkach?
— Wielkość cesarstwa to właśnie chleb, tohimonie. Kiedy go zabraknie, czym będzie cała chwała imperium? Sam musisz jeść tak samo jak pastuch. Jesteś tylko człowiekiem, tak jak on.
— Jestem innym człowiekiem. Jestem synem cesarza. Nikt nie sadza pastuchów na tronach. Więcej byłoby w tym sensu, gdybyś dał nam po setce piechoty.
Rzemień wytarł starannie miseczkę z sosu kawałkiem chleba i rozparł się na ławie, wyciągając swoją fajkę i róg z ziołami.
— Pamiętasz, jak uczyłem cię pływać, tohimonie? — zapytał. Kimir Zył skamieniał, a szczęki zacisnęły mu się z wściekłością. Bał się wody jak kocię. Ostatni nauczył się pływać, kiedy ja i Czagaj pluskaliśmy się już w jeziorze, baraszkując niczym foki. Nigdy nie zapomniał tego upokorzenia.
— Płakałeś, tohimonie, kiedy woda omywała ci brodę i miałeś zanurzyć twarz. Twoi bracia siadali do śniadania ledwo w przepaskach i już chcieli pędzić do stawu, a ty musiałeś iść na stronę, bo myśl o pływaniu przyprawiała cię o torsje.
— I co z tego! — warknął Kimir Zył, trzęsąc się ze złości, zwłaszcza że Czagaj zaczął chichotać. — Pokonałem swój strach! Sam powiedziałeś, że każdy człowiek musi znać własne ograniczenia i tylko głupcy niczego się nie boją!
— To prawda — przyznał Rzemień. — Przełamałeś się i byłem z ciebie dumny, bardziej niż z twoich braci, którym przyszło to bez trudu. Ale co byłoby, Młody Tygrysie, szlachetny książę, gdybym uczył cię pływać, tak jak to robią barbarzyńcy z ujścia Gorzkiej Wody, i po prostu wrzucił cię w morze? Utonąłbyś. Ich dzieci też toną czasami. Oni wierzą, że każdy rodzi się do morza, tak jak ty wierzysz, że każdy rodzi się, by być dowódcą. Jeżeli więc chcesz kiedyś rządzić ludźmi, którzy mają marzenia, dusze i bliskich, pokaż mi najpierw, że umiesz rządzić zwierzętami.
Pierwszego dnia nie mogłem się doczekać końca śniadania. Odrywałem kawałki chleba, maczając je w paście, zagryzałem marynowanymi warzywami, duszkiem wypiłem sok palmowy i kiedy tylko Rzemień zezwolił, pognałem do ogrodu. Czekała na mnie łódź z żółtą jak słońce flagą na rufie i koszyk z jedzeniem. Jeden dla mnie, a drugi, pełen ziaren durry, orzechów i pasków suszonego mięsa, dla moich bystretek.
W mojej altanie miałem ciepły płaszcz i kosz z węglami, bo to była jeszcze wczesna wiosna, składane krzesło z oparciem i stół. Do tego kosz jedzenia i dzban soku palmowego. To wszystko. Miałem jeszcze za pazuchą kurty moją żółtą fujarkę.
Reguły były takie, że nie mogłem pomagać moim zwierzętom inaczej niż grą na flecie. Nie mogłem niczego dotknąć ani zrobić samemu.