KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Zwróciła się do mister Freyby’ego po angielsku, a ten z poważną miną skłonił się i podszedł do siatki. Jednak, zamiast dać znak do gry, odwrócił się do nas i coś powiedział.
- Chce się założyć - wyjaśnił Masa i w jego maleńkich oczkach zapłonęły ogniki hazardu. - Dwa przeciw jeden za lady.
- Za co? - nie zrozumiałem.
- Za banenka - niecierpliwie odpowiedział Japończyk i także coś zagadał po angielsku, pokazując to na swojego pana, to na jej wysokość.
- All right - zgodził się Brytyjczyk. - Five to one.
- Pięć przeciw jeden - przetłumaczył Masa.
Wzdychając głęboko, wyciągnął zza pazuchy kolorowy papierowy portfel, pokazał mister Freyby’emu zmiętą pięciorublówkę i położył ją na ławce.
Anglik natychmiast wyciągnął skrzypiący portfel z dobrej skóry i wyjął dwudziestopięciorublówkę.
- What about you, mister Zyukin? - zapytał. Zrozumiałem to bez przekładu.
Moim zdaniem cała ta historia z zakładem wyglądała niezupełnie przyzwoicie, ale Gieorgij Aleksandrowicz, odchodząc, polecił: „Radość i naturalność, Afanasij. Pokładam w tobie nadzieję”. I zdecydowałem się odrzucić skrępowanie.
Tym bardziej że wygrana wydawała się pewna. Ksenia Gieorgijewna od dzieciństwa wyróżniała się gibkością i zręcznością, a w tenisie nie miała sobie równych wśród dam. Zresztą, co tam dam - nieraz widziałem, jak ogrywała i Pawła Gieorgijewicza, i Endlunga, Fandorin zaś po raz pierwszy wziął dziś rakietę do ręki. Jeśli Masa postawił na swojego pana, to jedynie z wierności, która u japońskich sług, jak czytałem, dochodzi do fanatyzmu przekraczającego wszelkie granice. Piszą (nie wiem, czy to prawda), że japoński sługa woli rozpruć sobie brzuch, byle tylko nie zawieść zaufania pana. To poświęcenie w duchu Vatela, który przebił się szpadą, kiedy księciu Kondeuszowi nie podano na czas dania rybnego, i nic oprócz szacunku wzbudzić nie może, chociaż oczywiście wywalenie własnych kiszek na wypolerowany parkiet to postępek w porządnym domu zupełnie niewyobrażalny.
A i mnie zainteresowało, jak daleko posunie się oddanie japońskiego kamerdynera. W moim portfelu leżało akurat pięćdziesiąt rubli, odłożone do wpłaty na rachunek oszczędnościowy w banku. Wyjąłem banknoty i położyłem na ławeczce.
Japończyk - trzeba mu to przyznać - ani drgnął. Wytaszczył ze swojej portmonetki jeszcze dziesiątkę i wtedy mister Freyby krzyknął:
- Go!
Zasady gry były mi dobrze znane, nie musiałem zatem przysłuchiwać się krzykom Anglika.
Ksenia Gieorgijewna wygięła się z gracją i mocno podała piłkę, tak że Fandorin ledwie zdążył nadstawić rakietę. Piłka odbiła się ukosem, musnęła górną część siatki i ciut się kolebiąc, przeleciała na stronę jej wysokości.
Zero piętnaście na korzyść Erasta Piotrowicza. Udało mu się.
Jej wysokość przeszła na drugą stronę kortu, posłała bardzo trudną, podkręconą piłkę i błyskawicznie podbiegła do siatki, wiedząc zawczasu, dokąd przeciwnik odbije serw - jeśli w ogóle go odbierze.
Fandorin odbił, i to tak mocno, że piłka z pewnością wyleciałaby za kort, gdyby nie trafiła jej wysokości prosto w czoło.
Ksenia Gieorgijewna wyglądała na cokolwiek oszołomioną, a Fandorin się wystraszył. Rzucił się do siatki i przyłożył jej wysokości chusteczkę do czoła.
- To nic, to nic - wyszeptała, przytrzymując go za nadgarstki. - Wcale mnie nie boli. A z was - prawdziwy szczęściarz. Zero trzydzieści. Ale ja zaraz panu pokażę.
Trzeci serwis był z rzędu takich, których odebrać nie można. Nawet nie dostrzegłem dobrze piłki - tylko szybką błyskawicę, przelatującą nad kortem. Mimo to Fandorin jakimś cudem zdążył zaczepić piłkę rakietą, tyle że bardzo nieudatnie: biała kuleczka niezgrabnie wzleciała w górę i zaczęła spadać wprost na siatkę.
Ksenia Gieorgijewna z tryumfalnym okrzykiem wybiegła naprzód, gotowa wbić łatwą piłkę w kort. Zamachnęła się i z trzaskiem uderzyła piłkę, która znowu musnęła skraj siatki, ale tym razem nie przeleciała do przeciwnika, tylko potoczyła się pod nogi jej wysokości.
Na twarzy wielkiej księżnej pojawiło się zmieszanie - gem wychodził jakiś dziwny. Widocznie z tego zmieszania jej wysokość przy ostatnim serwie dwukrotnie chybiła, co nigdy wcześniej się nie zdarzało, i przegrała do zera - albo, jak mawiają sportsmeni, „na sucho”.
Pierwszą falę wrogości do Fandorina poczułem, kiedy jego kamerdyner najspokojniej w świecie schował niemałą wygraną w swym papierowym portfelu. Do myśli o głupiej utracie pięćdziesięciu rubli jeszcze musiałem przywyknąć.
A już zupełnie nie przypadła mi do gustu scena, która rozegrała się na korcie.
Jak należało, jej wysokość, pokonana, na czworakach przepełzła pod siatką. Fandorin pospiesznie się schylił, chcąc pomóc Kseni Gieorgijewnie wstać, ona zaś spojrzała na niego z dołu i zamarła w tej niewdzięcznej pozie. Erast Piotrowicz, zawstydzony, wziął ją za ręce i pociągnął, ale zbyt mocno - wielka księżna uderzyła o niego piersią, kapelusik upadł na ziemię, a z nim i szpilki, tak że jej gęste loki rozsypały się na plecach.
- Proszę o wybaczenie - wymamrotał Fandorin. - Dziękuję za lekcję. Na mnie pora.
Niezgrabnie się ukłonił i szybko poszedł w stronę domu. Japończyk podążył w jego ślady.
- Lucky devil - rzekł mister Freyby. I sam siebie przetłumaczył: - Fartowny... czort.
A ja z widocznym żalem zacząłem przeliczać pozostałe w portfelu pieniądze.
Jednak nie myślałem o przegranej sumie. Moje serce ściskało się od trwogi i złych przeczuć.
Jakim to wzrokiem odprowadzała Ksenia Gieorgijewna odchodzącego Fandorina! A on, cwaniaczek, szedł sobie jakby nigdy nic i obejrzał się dopiero w ostatniej sekundzie, zanim skręcił za róg. Popatrzył krótko na jej wysokość i natychmiast się odwrócił. Podły, podły chwyt, który skutecznie obezwładnił młodą, niedoświadczoną dziewczynę!