Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Kenneth zapytał:
– Brałeś udział w tym ataku?
Dziesiętnik uśmiechnął się szeroko.
– A jak. Ruszyłem naprzód razem z pułkownikiem, który dowodził drugą, ubezpieczającą atak kompanią. Nic nie mogło mnie wtedy powstrzymać...
—— • ——
Żołnierze przycisnęli Błyskawice do wyłomu. Tym razem sytuacja odwróciła się, to koczownicy nie mieli gdzie się cofnąć, drogę zagradzała im ściana ognia z jednym tylko wąskim przejściem, przez które mogli wymykać się pojedynczo, bo żar bijący od płonących wozów zawężał drogę ucieczki do kilku stóp. Grad oszczepów odniósł przerażający skutek, jeźdźcy i konie padali, tworząc plątaninę ciał, miotających się we krwi i błocie. Z dwustu Jeźdźców Burzy zostało niespełna sześćdziesięciu, reszta była już martwa lub umierająca, lecz ci, którzy utkwili pomiędzy płonącymi wozami a ścianą z tarcz i mieczy imperialnej piechoty, w końcu przestali szukać drogi odwrotu. Zawrócili konie i stawili czoło atakującym Meekhańczykom. Długie lance pochyliły się w stronę wroga. Żołnierze roztrącili je tarczami i przypadli do koni.
– Tarcze! Dach!
Tarcze powędrowały nad głowy. Wyszkolone do walki konie próbowały kąsać lub stając dęba, uderzać kopytami, lecz bezskutecznie. Piechurzy z pierwszej linii skupili się tylko na trzymaniu tarcz na odpowiedniej wysokości, a tymczasem druga linia ruszyła do ataku. Żołnierze przemykali pod tarczami towarzyszy i doskakiwali do koni, wbijając oszczepy i miecze w piersi lub tnąc po pęcinach. Pikowane pancerze nie chroniły dostatecznie przed silnym pchnięciem z bliska, a pasy skóry owinięte wokół nóg nie były przeszkodą dla ostrzy. Rżenie i kwik ranionych koni zapewne dało się słyszeć aż na szczycie Łysicy.
W kilka chwil cały pierwszy szereg zwalił się na ziemię, a piechota runęła naprzód, w biegu dobijając jeźdźców i konie. Varhenn trzymał się z tyłu, wiedząc, że w tłoku i ciasnocie bezpośredniego starcia jego topór będzie tylko zawadzał. Nagle wszystko się przemieszało, piechurzy, koczownicy, zwierzęta. Część jeźdźców, których konie zostały ranione, zeskoczyła na ziemię, aby walczyć z przeciwnikiem pieszo. Lecz w walce w tłoku i ścisku meekhańska piechota nie miała sobie równych. Ciężka tarcza osłaniała niemal całego żołnierza, a zza niej w błyskawicznych sztychach wysuwała się klinga miecza. Piechurzy dążyli do zwarcia, do skrócenia dystansu, kiedy nie sposób zamachnąć się ciężką, długą szablą czy toporem. Uderzali tarczami, przewracając przeciwnika lub łamiąc mu kości. Zabijali szybko i sprawnie, jak tylko zawodowi żołnierze potrafią. W kilka minut było po wszystkim.
– Zwrot! – zawołał porucznik.
Piechota cofnęła się z pobojowiska, zostawiając na zakrwawionej ziemi ponad dwie setki martwych koczowników. O ile mógł stwierdzić, tylko kilku żołnierzy zostało rannych w bezpośrednich starciach. Gdy Meekhańczykom udało się narzucić wrogowi własne reguły walki, ich wyszkolenie i uzbrojenie zamieniało każdy oddział w machinę zniszczenia.
Zbliżało się południe i jak na razie dzień przyniósł zwycięstwo Siedemnastemu.
—— • ——
– Więc tak naprawdę nie walczyłeś?
– Wtedy nie, panie poruczniku. Stałem tylko z tyłu i ściskałem w rękach stylisko, jak kto głupi. Tak jak mówiłem, raczej bym im przeszkadzał, próbując wejść w tłum i prosząc, żeby zrobili mi miejsce do zamachu toporem. Zresztą byłem gońcem, a goniec nie pcha się na pierwszą linię. Ale – Velergorf uśmiechnął się kwaśno – miałem nadzieję, że może któryś się wyrwie albo coś...
– Koczownicy powinni użyć swoich szamanów.
– Też się nad tym zastanawialiśmy, wtedy. Spodziewałem się lada chwila ognistego deszczu lub hordy demonów przywołanych zza Mroku. Ale teraz już wiem, dlaczego ich oszczędzali.
– Dlaczego?
– Źrebiarz to nie byle czarodziej, to ktoś taki jak nasz wielki mag bitewny, jak Venrys Okelan czy Jowel-les-Kreab. Dobrze użyci w bitwie są warci więcej niż tysiąc ciężkozbrojnych jeźdźców. Ale strata każdego to duży cios dla armii. Ten zagon, w chwili gdy stawał do bitwy z Siedemnastym i Dwudziestym Trzecim, miał podobno jedenastu źrebiarzy. Tam stracili trzech. Potem, w krótkim starciu przy szturmie barykady, dwóch następnych. Dopóki mieliśmy skorpiony i być może jakiegoś czarodzieja w odwodzie, sekohlandzki dowódca nie chciał ich narażać. Dla niego mniejszą stratą było trzysta Błyskawic niż jeden źrebiarz.
Dziesiętnik przeciągnął się potężnie, aż coś trzasnęło mu w ramionach, i spojrzał pytająco na Kennetha.
– Tak, tak. Wiem, Varhenn. Zbierać się! Za chwilę ruszamy!
Oddział podniósł się i uformował luźny szyk. Więźnia postawiono na czele grupy. Porucznik obrzucił go wzrokiem. Mimo prawie półgodzinnego odpoczynku szpieg nie wyglądał wiele lepiej.
– Zaczynamy wolno. Bieg dopiero za Rozstajami – zdecydował.
Czekały ich trzy mile marszu. Żołnierze momentalnie skupili się wokół Velergorfa.
—— • ——
– Dobrze się spisali.
Czarny Kapitan nie zmienił miejsca, odkąd Varhenn poszedł wykonywać rozkazy. W dłoniach wciąż trzymał kuszę.
– Lepiej, niż mógłbym przypuszczać – dodał. – Będą bronić drugiej barykady?
– Tak powiedział pułkownik. I prosił, żeby przekazać, że będzie wdzięczny za każdy bełt i pocisk, który wystrzelimy. Oraz że jego zdaniem uchodźcy nadal wchodzą na górę zbyt wolno.
– A dosłownie?
Varhenn opuścił wzrok, zakłopotany.
– Powiedział: „Przekaż swojemu kapitanowi, żeby strzelali wszystkim, co mają, nawet jeśli miałby użyć własnego łba. Aha, i powiedz mu, że ci na szlaku chyba zrobili sobie przerwę na obiad” – zacytował.
– Dobre. – Oszczędny, chłodny uśmiech wykrzywił wargi kapitana. – Posłałem na Łysicę wszystkich ludzi, którzy nie mają kusz w rękach. Pogonimy ich. Chodź no tu.
Varhenn podszedł do krawędzi skały.
– Patrz.
Pierwsza barykada dopalała się powoli. Wokół niej piętrzyły się stosy trupów, zryta kopytami ziemia wyglądała jak świeżo zaorane pole, na którym zakiełkowało właśnie dziwaczne zboże – strzały, bełty i oszczepy. Po wewnętrznej stronie ognistego półokręgu kilkudziesięciu żołnierzy zbierało pospiesznie ten plon, wyrywając groty z ziemi i z ciał. W meekhańskiej armii każdy pocisk był wykorzystywany tyle razy, ile razy dało się go odzyskać.
– Nie tam. Na nich.
Varhenn oderwał wzrok od krzątaniny żołnierzy i przeniósł go dalej. Koczownicy szykowali się do kolejnego ataku. I tym razem było widać, że podchodzą do sprawy poważnie. Podzielili się na wyraźne oddziały, liczące na oko około tysiąca ludzi, między którymi bez przerwy kursowali gońcy. Co najmniej trzy kilkusetosobowe grupy zmierzały w stronę najbliższego lasu; pośrodku całej armii, wewnątrz pustej przestrzeni, naradzało się około dwudziestu jeźdźców.
– Syn Wojny, kilku jego dowódców i jeśli mnie wzrok nie myli, źrebiarze. Wiedzą już, że nie zdobędą wejścia do doliny z marszu, więc szykują się do walki na poważnie. Jeśli sądzisz, że poprzedni atak był potężny, to zobaczysz, co tu się będzie działo za godzinę.
– Po co to robią? To znaczy, panie kapitanie, dlaczego koniecznie się tu pchają? Mają całą prowincję dla siebie...
Kawer Monel splunął przez zęby.
– Gówno mają. Rozmawiałem z paroma sołtysami i burmistrzami. Te pożary, które widzieliśmy, to nie koczownicy. My je rozpaliliśmy. Takie były rozkazy gubernatora: wycofać się i zostawić im zgliszcza i ruiny. Uciekinierzy zniszczyli wszystko, czego nie mogli ze sobą zabrać. Przywieźli do tej doliny cały majątek, złoto, srebro, klejnoty, drogie tkaniny, przyprowadzili najlepsze zarodowe stada. Najpewniej za naszymi plecami jest teraz więcej dobra niż w cesarskim skarbcu. I oni – skinął głową w stronę szykującej się do bitwy armii – dobrze o tym wiedzą. Na dodatek widzą, jak wszystko to wycieka im za Mały Grzbiet. Muszą przed wieczorem zdobyć dolinę.