Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 98
Перейти на страницу:

Ciekawe, czy mi kiedyś przejdzie.

Na razie bez przerwy jest mi okropnie niewygodnie. Czekanie na brzegu fiordu dłuży się nieznośnie. Trzeba być cierpliwym.

Zaczynam się już niepokoić. Niepotrzebnie zdałem się na ziarno. Trzeba było obłaskawiać konia normalnymi, ludzkimi metodami. Jak każdy mieszkaniec Wybrzeża. Ale nie, jestem produktem mojej cywilizacji i jeśli tylko mogę pójść na skróty, na pewno to zrobię. Jeżeli tylko pod ręką jest jakaś technologia, na pewno jej użyję, czy trzeba czy nie trzeba. Bo tak jest lepiej, pewniej i bardziej naukowo.

Ziarno powinno już się zaktywować. I może zabiło biedne zwierzę albo doprowadziło je do obłędu. Powinno zadziałać, ale to przecież tylko teoria, ukuta przez jakiegoś jajogłowego uczonego. Teoria, którą bezmyślnie kupiłem, zamiast posłużyć się rozsądkiem.

Chodzę po lesie, przywodzącym na myśl południową Karelię. Skały, iglaste drzewa, pokręcone gałęzie. Skoro nie mam nic do roboty, powinienem szukać żywności. Znam kilka gatunków jadalnych grzybów i porostów, wiem, jak rozpoznać jadalne pędy drzew i leśne owoce. Mam nadzieję na jakiegoś dzika albo jelenia. Nic. Okolica jest jak wymarła.

Znajduję tylko garść orzechów i kilka grzybów podobnych do trufli.

Około południa widzę kruka. Krąży po niebie jak czarny krzyż, wypatrując ofiary równie bezskutecznie jak ja. Idę w ślad za nim, starając się nie stracić go z oczu, aż wreszcie siada na drzewie jakieś dwieście metrów ode mnie i wtedy już jest mój. Koncentruję wzrok i patrzę przez kolimatory cyfrala, usiłując rozpoznać, czy to mój złodziej, czy nie. A w chwilę potem spada, obijając się o gałęzie, i trzepie w konwulsjach na ziemi, przeszyty strzałą.

Po kilku minutach wycieram oblepiony krwią nóż o mech i wiem już, że to nie mój ptak, a jeżeli nawet, to nie połknął kapsuły ziarna. Jedyny pożytek to garść czarnych, lśniących lotek, które zabieram ze sobą.

Kiedy wracam do obozu, pierwsze, co widzę, to mój wierzchowiec. Stoi na wysypanej białymi otoczakami plaży i, wetknąwszy wielki, garbonosy łeb do szałasu, obwąchuje posłanie. Wyczuwa moją obecność i wydaje z siebie serię grzmiących kwików, po czym puszcza się prosto na mnie kłusem. Ostrożnie odkładam na ziemię pióra, orzechy i grzyby, i stoję gotów do uniku.

Dopada mnie, tuląc uszy i kwicząc, tańczy wokół i wpycha łeb pod pachę, omal mnie nie przewracając, ale widzę, że to radość, a nie gniew, i jest mi wstyd.

Głaszczę aksamitne futro na szyi, obejmuję go i po indiańsku przytulam czoło do jego czoła w płaskim miejscu między oczami, tam, gdzie w zatokach klinowych zagnieździł się prawdopodobnie rezonator.

Przyjaciel. Tęskniłem — myśli koń. — Przyjaciel. Szef. Koń był sam.

Czuję jego głos jako wibracje przenikające moją czaszkę. Dziwny, obcy dźwięk rozbrzmiewający w głowie, od którego świerzbią mnie zęby.

Głaszczę wielki łeb po nosie aż po aksamitne, miękkie nozdrza i chwytne wargi, podobne do zakończenia słoniowej trąby.

— Nazywasz się Jadran — szepcę. — Ja jestem Vuko.

Jadran — powtarza. — Vuko i Jadran teraz razem?

— Tak — mówię. — Razem.

Udało się. Chyba. Powinien w takim razie znać kilkadziesiąt komend, dla bezpieczeństwa wypowiadanych po chorwacku albo polsku. Jest jak cyrkowy koń i bojowy rumak zarazem. Z pięć lat treningu, prowadzonego od wieku źrebięcego, zaklęte w małej, szklistej kijance, która zalęgła się w jego mózgu.

Jadran teraz inny.

— Teraz jest inaczej — mówię. — Już nie boisz się ognia, nie boisz się skakać, nawet jeżeli nie wiesz, co jest za przeszkodą. Nie przestraszysz się huku, błysku ani gwałtownego ruchu. Nie będziesz uciekać, chyba że ci każę. Teraz widzisz w ciemności i nie będziesz chorował.

Zakładam czaprak i rząd. Nareszcie. Biorę do ręki siodło, które dotąd sam nosiłem na karku.

Stoi cierpliwie, strzyże tylko uszami, kiedy zapinam popręg, podstawia łeb pod nabijany ćwiekami kantar, posłusznie chwyta w pysk dziwaczne wędzidło, zaprojektowane do szczęki takich jak on.

Potem żwirowa plaża na brzegu fiordu wygląda jak arena cyrkowa. Wierzchowiec cofa się, robi piruety, kładzie i podrywa na komendę. Posłusznie jak motocykl. Lata treningu w jednej kapsułce. Show Buffalo Billa.

Aż szkoda, że nikt nie patrzy.

Na kolację podgrzewam jedną z wojskowych racji, które zabrałem jeszcze ze stacji. Wyklepuję dziurę w kociołku i staram się zaklajstrować ją gliną w nadziei, że wypali się w żarze ogniska, ale niewiele to daje. Cieknie. Ostatecznie jem prosto z opakowania.

Świętuję. Jem parówki w sosie barbecue z kukurydzą, wypijam solidną miarkę rakiji. Jadran dostaje sporą porcję pokruszonych sucharów, a potem idzie poszukać czegoś, co nadaje się na paszę. Nie wiem, co to będzie, sądząc po zębach, jest wszystkożerny albo i drapieżny.

Żałuję, że nie mogę go spytać, skąd wziął się na dziwnej polance i co przedtem porabiał. Ma za mały zasób słów, poza tym tak naprawdę nie umie mówić. Po prostu nie wie, co począć z umiejętnością mowy. Wygłasza proste komunikaty, ale nie potrafi nic opowiedzieć ani ubrać własnych wspomnień w słowa.

Staram się nie budować głupich, nieuprawnionych teorii, ale nic nie poradzę. Wydaje mi się, że jego pojawienie się zbytnio pasuje do zjawiska, na które wciąż się natykam i które roboczo uważam za halucynację.

Wydaje mi się, że to sprawka zimnej mgły.

Kiedy następnego ranka wyruszamy w drogę, czuję się lekki jak piórko. Cały sprzęt ląduje w sakwach, umieszczonych na końskim zadzie i wewnątrz zrolowanego koca przerzuconego przez grzbiet. Nareszcie nie mam na sobie zbroi i kolczugi. Broń i sprzęt wisi w sakwach, kaburach i zaczepach, koń obwieszony manelami nie prezentuje się elegancko, trochę jak rumak ciężkiej jazdy, a trochę jak obwoźny stragan, ale nie wygląda, by bodaj zauważył swój ładunek. Nareszcie rozpoczynam wędrówkę bez hełmu na głowie i siodła na karku.

Ruszamy.

Wąwozem wzdłuż krętego fiordu, przez las, przez skaliste pustkowia porosłe krzakami. Jak szlak prowadzi.

Po południu natykam się na most.

Właściwie ruiny mostu, ale takie, że zapierają dech w piersi. Na każdym brzegu wznoszą się dwa olbrzymie pylony, chyba ze trzydzieści metrów wysokości, rzeka jest w tym miejscu szeroka, ma około stu pięćdziesięciu metrów, skaliste brzegi też wznoszą się na kilka pięter.

Pylony na brzegach to monstrualne posągi gigantów. Na jednym brzegu kobieta, na drugim pozbawiona głowy figura mężczyzny. Wyciągają do siebie ramiona, stojąc w rozkroku, nad szeroką, gładką nawierzchnią drogi. Most urywa się z każdej strony kilka metrów od brzegu, ale w nurcie nie widać żadnych pozostałości.

Zsiadam z konia i obchodzę ruiny, gładząc powierzchnię skały. Jest jednolita. Żadnych śladów obróbki, żadnych spojeń. Jakby przed milionami lat lawa utworzyła precyzyjne figury gigantów, nawierzchnię i liny, łączące niegdyś wyciągnięte tęsknie ramiona. Teraz już na zawsze dzieli ich rzeka i nigdy się nie spotkają.

Kto w kraju, w którym szczytem architektury jest buda z rzeźbionych bali, zdołał wznieść coś takiego?

Po mojej stronie fiordu droga wcina się w skaliste zbocze i łagodnie niknie w lesie. Tak samo jak most jest precyzyjnie uformowaną skałą. Niemal nietkniętą. Gładką jak szkło nawierzchnię rysuje zaledwie kilka pęknięć, w które wciskają się trawa i korzenie drzew.

Ruszam pod górę drogą. Nie prowadzi moim szlakiem, ale chcę wiedzieć, co jest dalej. Przegradzają ją ogromne pnie zwalonych kiedyś drzew, za zakrętem jedno wielkie, o igłach podobnych do araukarii, wyrasta z idealnie okrągłej dziury pośrodku szosy. Pień ma trzy metry średnicy. Kopyta Jadrana stukają o bazaltową nawierzchnię.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)