Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Jedziemy tak z godzinę, aż las się przerzedza i na szczycie pojawia się za nim pustać wrzosowiska. Płaskowyż, pokrywający szczyt wzgórza. W dole widzę ciągnącą się aż po odległe, migocące morze połać lasu jak kosmaty, brązowooliwkowy dywan.
Gdzieś o pięćset metrów dostrzegam coś, co w pierwszej chwili wziąłem za białe, wapienne skały, ale to budowle. Ostrołukowe stożki, niczym czubki zakopanych w ziemi pocisków, ustawione w kilku koncentrycznych kręgach. Całe w czarnych, podobnych do much plamkach, które z bliska okazują się stadem wielkich kruków. Część krąży w górze jak ożywione strzępy sadzy.
Odpinam miecz od lewej tybinki siodła i wolnym ruchem przewieszam go przez plecy. Podjeżdżam stępa, z łukiem w pogotowiu i strzałą na cięciwie.
Z bliska budowle są większe niż by się wydawało. Wjeżdżam w pierwszy krąg, przypomina to trochę murzyńską wioskę, tylko że chaty są niczym wyrzeźbione z białego marmuru. Tak samo jak most i kamienne giganty wyglądają raczej na odlew niż rzeźbę. Cisza. I chóralne krakanie.
Nie ma tu żywego ducha.
To dziwne. Nawet jeżeli te dziwaczne chaty są pozostałością po jakiejś pradawnej kulturze, ktoś powinien tu mieszkać. To gotowe domy. Wystarczyłoby dorobić sobie drzwi. Są okna, dach, nie leje się na głowę.
Może miejsce nie jest odpowiednie? Z tego, co czytałem o kulturze Żeglarzy, niechętnie osiedlają się gdzieś, gdzie nie widzą wody. Przed domem musi być morze, rzeka, która do niego prowadzi albo przynajmniej jezioro.
Zeskakuję z konia i ostrożnie podchodzę do najbliższego budynku. Łuk trzymam w zwieszonej swobodnie dłoni, przytrzymując strzałę palcem. Wystarczy chwycić drugą ręką za cięciwę i można strzelać.
Nie podoba mi się ta cisza i to miejsce.
Aktywuję cyfrala.
Umiał podejść zupełnie bezgłośnie. Kruki rozstępowały się niechętnie, niektóre wzbijały się na jego widok w powietrze, waląc ciężkimi skrzydłami. Jednak za ostrołukowym wejściem była tylko ciemność, zapach stęchlizny i mokra ziemia, przykrywająca warstwą kamienną posadzkę.
I sterta zbutwiałych kości pośrodku okrągłego pomieszczenia. Wymieszanych jak krzywe, pożółkłe patyki. Resztka jakiejś burej szmaty, brudnożółta kula czaszki.
W sąsiednim domu było tak samo, ale kości leżało tam trochę więcej. Drakkainen uznał, że to musi być rodzaj cmentarza.
We wzmocnionym świetle widać było wyblakłe polichromie pokrywające ściany i świeższe znaki runiczne wymalowane ochrą lub krwią.
— No, to z całą pewnością trafiłem na cmentarz — mruknął Wędrowiec, krocząc spiralną alejką pomiędzy grobowcami. Środek nekropolii wyznaczała okrągła, kamienna płyta, zastawiona strzelającymi na kilka metrów w niebo kamiennymi kolcami.
W jednym z grobowców znalazł szkielet siedzący jeszcze na podłodze, widocznie przetrwały zaschnięte ścięgna i resztki skóry. W innych były już tylko sterty kości, w dwóch spoczywały wyschnięte, podobne do mumii trupy. Kruki zebrały się przed tymi grobowcami i kłębiły się w środku, wydziobując resztki mięsa. Spłoszył je, ale nie bardzo się bały. Dwa wzbiły się w górę i przysiadły na dachu, pozostałe rozpierzchły się z gniewnym krakaniem. Nie zaczepiał ich przesadnie agresywnie. Z rozłożonymi skrzydłami mogły mieć z półtora metra, dziób każdego wyglądał jak ostrze kilofa i był dłuższy od dłoni.
Kolejny trup był jeszcze w całkiem niezłym stanie. Siedział dokładnie w tej samej pozycji co pozostałe pośrodku pomieszczenia, ze skrzyżowanymi nogami, z rękami opartymi o kolana i dłońmi skierowanymi ku górze. Z tyłu głowy zostały mu nawet długie, siwe włosy jak niedokładnie zdarty skalp.
Zajrzał do środka i wtedy trup nagle otworzył oczy. Przekrwione, pokryte bielmem i mętne jak mleko z krwią. Drakkainen odskoczył w tył, napinając łuk i czując, jak hiperadrenalina uderza w jego żyły.
Człowiek otworzył usta i wydał z siebie ochrypły wrzask przypominający krakanie, po czym znów znieruchomiał.
Drakkainen wypuścił powietrze, powoli odpuścił cięciwę i przez chwilę rozmasowywał ręce, czekając, aż paliwo przestanie krążyć w jego krwi.
— Aleś mnie, bracie, wystraszył — powiedział. — Coś ty za jeden? Chory jesteś? Potrzebujesz pomocy?
Nic.
— Chcesz jeść?
Nic.
Przeraźliwie chudy człowiek nie odezwał się ani nie zareagował, nawet kiedy Drakkainen chwycił go za ramię. Pod niemożliwie brudną i zetlałą szmatą wydawał się pusty jak woskowy odlew.
Puls miał słaby, ale wyczuwalny. Jedyną oznaką życia był rzadki, powolny oddech.
— Katatonik — zawyrokował Drakkainen. — Cmentarz katatoników. Co za kraj.
Zmierzchało.
— Albo wracamy na szlak i będziemy nocowali koło mostu, albo zostajemy tutaj — powiedział do konia. — Wynika mi, że to jest skrót. Przynajmniej tak się wydaje z tego wzgórza. Rzeka jest tam i robi łuk, a my chcemy dostać się do ujścia, do portu. A ten niech sobie siedzi. W końcu nikomu nie przeszkadza, a ja nie jestem wędrownym psychiatrą.
Jadran parsknął i wydał z siebie przeciągły pomruk.
— Zatem postanowione.
Niektóre budowle były zupełnie puste. Drakkainen zamiótł kamienną płytę podłogi wiechciem gałęzi, po czym przyniósł sobie stertę suchych gałęzi.
— Rozsądniej będzie jednak spać na dworze — powiedział, rąbiąc kije maczetą i układając ognisko. — Zupełnie nie wiem, dlaczego. Nie, nie boję się duchów. I powiem ci w sekrecie dlaczego. Mianowicie, duchów nie ma.
A jednak nie miał ochoty spać wewnątrz dziwnej, spiczastej budowli. Siedział, patrząc w ogień, i słuchał od czasu do czasu chóralnego krakania kruków z drugiego końca wioski.
W końcu zasnął, owinięty derką, patrząc w żar ogniska.
Tuż obok stał jego wierzchowiec, ogryzając mięsiste liście z krzaka i, strzygąc uszami, wpatrywał się w mrok. Przed snem Drakkainen oparł się czołem o koński łeb.
— Złe miejsce — myślał Jadran. — Miejsce śmierci. Vuko śpi. Jadran pilnuje. Złe miejsce. Jadran będzie kopać i gryźć. Ktoś przyjdzie, Jadran zabije. Vuko śpi.
Siedzą wokół mnie po turecku, z rękoma opartymi o kolana, dłońmi zwróconymi ku niebu. Patrzą na mnie nabiegniętymi krwią, mętnymi, ślepymi oczami. Siedzą i wbijają we mnie martwy wzrok, nie zwracając uwagi na kruki szarpiące ich ciała.
— Ciało to marność — szepce jeden. Jego głos brzmi jak szelest suchych, cmentarnych liści. — Dusza to też marność. Musisz być jak kruk, żeby wzbić się do nieba.
— Oto kolejny przyszedł kraść pieśni. — To następny, jest już niemal szkieletem. — Błądzisz. Idziesz po spirali, donikąd. Sam musisz stać się pieśnią.
— Droga wiedzie do środka, a nie na zewnątrz. Ale to głupiec — Wędrujący Nocą. Przyszedł z zewnątrz i odejdzie na zewnątrz.
— Przychodzą tu po pieśni. Chcą czynić. Ale to jest miejsce, w którym przestaje się czynić. W którym przestaje się cokolwiek.
— Jesteś złodziejem. Dlaczego naruszasz spokój Kruczego Miasta? Jesteśmy mędrcami. Pieśniarzami. Jesteśmy zajęci. My tu przestajemy być. Dlaczego nam przeszkadzasz?
Wyciąga rękę i wyrywa mi oko. Pokazuje je pływające na dłoni jak rozbite jajko.
— Tyle kosztuje wiedza. Ten, co chce czynić, musi umieć patrzeć wnętrzem.
Sam jest zupełnie ślepy.
— Widzisz? — pyta. — Jedno oddałem, żeby czynić. Drugie, żeby przestać czynić. Oddałem je krukom.