Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Och, wiesz, chyba pojadę do domu – powiedziała Penelope. – Kolacja była wspaniała, ale muszę jutro być wcześnie w pracy. Miło było was poznać.
– Penelope! Absolutnie nie możesz iść do domu. Noc dopiero się zaczyna! No chodź, to będzie świetna impreza – pisnęła Elisa.
Pen się uśmiechnęła.
– Bardzo bym chciała, naprawdę, ale dziś po prostu nie mogę. – Złapała płaszcz, krótko uścisnęła mnie na pożegnanie i pomachała reszcie. – Davide, dziękuję za kolację. Miło mi było was wszystkich poznać. – I zanim zdążyłam powiedzieć, że później do niej zadzwonię, zniknęła.
Załadowaliśmy się wszyscy do zamówionych wcześniej taksówek i w drodze zdołałam kiwać głową i mruczeć „hmm” we właściwych momentach. Dopiero kiedy staliśmy przed aksamitną liną przy wejściu do Bungalowu, zdałam sobie sprawę, że jestem już lekko pijana i, prawie nie mając doświadczenia z nawet w przybliżeniu modnymi nocnymi klubami, poważnie się narażam, że zrobię albo powiem coś naprawdę upokarzającego.
– Eliso, chyba lepiej się wymknę-powiedziałam słabo. – Nie czuję się najlepiej i muszę jutro wcześnie wstać na…
Elisa wydała z siebie wysoki pisk, jej zapadnięta twarz ożyła.
– Bette! Chyba żartujesz! Jesteś, praktycznie rzecz biorąc, dziewicą, jeśli chodzi o Bungalow, i skoro tu dotarliśmy, to wchodzisz. Pamiętaj o tym, że imprezowanie należy do naszych obowiązków!
Byłam na wpół świadoma, że trzydzieści czy coś koło tego osób w kolejce – głównie faceci – gapi się na nas, ale Elisa wydawała się nie zwracać na to uwagi. Davide odbywał jakieś przedziwne powitanie z przybijaniem piątki i stukaniem się kostkami z jednym z bramkarzy, a ja zorientowałam się, że jestem w stanie działać tylko po linii najmniejszego oporu.
– Jasne – wymamrotałam bezsilnie. – Brzmi świetnie.
– Sammy, jesteśmy dzisiaj na liście Amy – pewnym głosem oznajmiła Elisa bramkarzowi od Davide'a. Miał jakieś sześć stóp trzy cale wzrostu, dwieście dwadzieścia funtów wagi i okazał się tym samym idiotą, który stał przy drzwiach na przyjęciu Penelope. Nie wydawał się specjalnie rozbawiony zamieszaniem przy drzwiach, ale kiedy tylko Elisa wypuściła go z objęć, powiedział:
– Oczywiście, Eliso. Ile osób? Wchodźcie. Powiem menedżerowi, żeby dał wam dobry stolik.
– Świetnie, kotku, wielkie dzięki. – Pocałowała go w policzek i chwyciła mnie za łokieć, mocno się nachylając i szepcząc mi do ucha: – Ci faceci mają się za bogów, ale nigdy bym z nimi nie gadała, gdyby nie pracowali tu przy drzwiach.
Kiwnęłam głową, mając nadzieję, że bramkarz nas nie słyszał, nawet jeśli na to zasługiwał. A potem podniosłam wzrok i zobaczyłam, że się we mnie wpatruje.
– Hej. – Sammy mnie poznał i skinął głową.
– Hej – odpowiedziałam i zdołałam się powstrzymać od wytknięcia mu, że tym razem nie ma oporów, żeby mnie wpuścić. – Dzięki za parasol.
Nie usłyszał, odwrócił się już, żeby zdjąć z zaczepu czerwoną aksamitną linę i oznajmić oczekującej hordzie, że ich szczęśliwy moment jeszcze nie nadszedł. Powiedział coś do swojej krótkofalówki i szarpnięciem otworzył drzwi. Przemknęliśmy obok szatni i natychmiast ogarnęła nas chmura dymu.
– Skąd go znasz? – zapytała Elisa, gdy Davide witał wszystkich w promieniu dziesięciu metrów.
– Kogo?
– Tępaka przy drzwiach.
– Kogo?
– Tego idiotę, który pracuje przy drzwiach – powtórzyła, wydmuchując porcję dymu, która mogłaby wypełnić cale płuca.
– Wydawało mi się, że go lubisz – powiedziałam, wspominając, jak ciepło go objęła.
– A co miałam zrobić? Wszystko to element układu. Straszny obciach. Znasz go?
– Był wrogo do mnie nastawiony na przyjęciu zaręczynowym Penelope parę tygodni temu. Kazał mi czekać na dworze całe wieki.
– Wszystko jedno. Chodźmy się zabawić.
Jak na najmodniejszy klub w kraju, nie wygląda zbyt imponująco. Prostokątna sala z barem w odległym końcu i mniej więcej ośmioma stolikami otoczonymi ławkami wzdłuż każdego boku. Ludzie tańczyli na środku sali, a inni gromadzili się przy barze. Tylko wysoki szklany sufit i rząd palm zrobiły na mnie wrażenie pewnej egzotyki.
– Hej, tutaj! – zawołał Leo, usadowiony na kanapie w odległym kącie po lewej, dokładnie tak jak życzyła sobie Elisa. Niewidoczny didżej puszczał 50 Cents i zauważyłam, że Skye rozsiadła się już na kolanach jakiegoś faceta i rytmicznie porusza miednicą w takt muzyki. Na naszym stole urządzono coś w rodzaju minibaru z rozstawionymi byle jak butelkami veuve cliquot, ketel one i tanqueray. Do mieszania drinków dostarczono karafki soku pomarańczowego, grejpfrutowego i żurawinowego, do tego parę butelek toniku i gazowanej wody. Penelope wspomniała o zaporowej cenie za przyjęcie, więc wiedziałam, że płacimy wiele setek dolarów za każdą butelkę.
– Co mogę ci podać do picia? – odezwał się zza moich pleców Leo.
Nie chcąc ryzykować kolejnego niemodnego drinka, poprosiłam po prostu o kieliszek szampana.
– Już podaję. Chodź, zatańczymy. Skye, idziesz?
Leo wstał, ale Skye podczas ostatnich sześciu minut przeszła do pełnowymiarowego obściskiwania się z facetem, na którego kolanach okrakiem siedziała. Nie czekaliśmy na odpowiedź.
Tłum był niemal jednolicie urodziwy. Wszyscy mieścili się w przedziale wiekowym od po dwudziestce do po trzydziestce i wszyscy najwyraźniej byli tu już wcześniej. Kobiety, wysokie i szczupłe, z klasą i pełną swobodą wystawiały na widok publiczny niezmierzone połacie ud i głębiny dekoltów. Mężczyźni poruszali się obok nich bez kropli potu, przesuwali rękami po ich biodrach, plecach i ramionach, nie pozwalając, żeby dziewczynom ubywało drinków. W niczym nie przypominało to pewnej nocy, którą jako zbuntowana nastolatka niefortunnie spędziłam w kącie, przerażona wijącymi się masami w klubie Limelight.
W chwili gdy skończyłam chłonąć całą tę scenę, Leo wybrał już jakąś brunetkę. Tańczył z nią i parą o urodzie modeli. Cała czwórka poruszała się w idealnej zgodzie z rytmem, ciało przy ciele. Od czasu do czasu zmieniali pozycję, tak że dziewczyny znajdowały się twarzami do siebie i ocierały się biodrami.
Poszłam do łazienki i w drodze powrotnej poczułam, że wokół mojej piersi oplatają się ramiona, których przynależności nie zdążyłam jeszcze zidentyfikować. Dziewczyna miała długie do pasa kręcone włosy o lekko mysim, brązowym kolorze i pachniała dymem oraz płynem do płukania ust – w równych proporcjach.
– Bette, Bette, nie mogę uwierzyć, że minęło tyle czasu! – wrzasnęła mi w ramię, nie zwalniając uścisku. Podbródek wcisnęła pomiędzy moje piersi w sposób zdecydowanie krępujący, biorąc pod uwagę fakt, że jej tożsamość wciąż pozostawała pod znakiem zapytania. Ściskała mnie przez kilka kolejnych sekund i kiedy się odsunęła, nie mogłam być bardziej zdziwiona.
Abby Abrams.
– Abby? To ty? Rany, naprawdę minęło sporo czasu – powiedziałam ostrożnie, usiłując nie pokazać po sobie, jak bardzo jestem niezadowolona, że ją widzę. Z czasów college'u miałam o niej same okropne wspomnienia i jakimś sposobem zdołałam zapomnieć o jej istnieniu, kiedy wszyscy przenieśliśmy się do miasta. Aż do tej pory NY okazał się na tyle przestronny, że przez pół dekady ani razu na siebie nie wpadłyśmy, ale moje szczęście najwyraźniej się skończyło. Pięć lat od opuszczenia college'u sprawiło, że wyglądała na twardszą i starszą, niż wskazywałby wiek. Najwyraźniej zrobiła sobie operację nosa i dodała bardzo solidną porcję kolagenu w okolicy ust, ale najbardziej rzucały się w oczy piersi. Biust superdużego rozmiaru zdominował całą jej niewysoką sylwetkę.