Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Właściwie to używam teraz wersji Abigail – poprawiła mnie natychmiast. – Co za szaleństwo, prawda? Oczywiście słyszałam, że pracujesz w Kelly, więc wiedziałam, że prędzej czy później tu na ciebie wpadnę.
– Hę? Co masz na myśli? Jak długo mieszkasz w mieście?
Spojrzała na mnie z lekka przerażona i pociągnęła na kanapę. Próbowałam się oswobodzić, ale nie zwalniała zabójczego uścisku i nachyliła się o wiele za blisko.
– Mówisz serio? Nie słyszałaś? Obracam się w wirze świata mediów!
Musiałam użyć lewej dłoni, by zasłonić usta. Udałam, że kaszlę, żeby nie zauważyła, jak daremnie usiłuję powstrzymać się od śmiechu. Jeszcze w czasach Emory Abby uwielbiała oznajmiać, jak to znajduje się „w wirze” tego czy tamtego – żeńskiej organizacji studenckiej albo męskiej drużyny koszykówki czy uniwersyteckiej gazety. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co to oznacza – w sumie używała zwrotu niepoprawnie – ale z jakiegoś powodu trzymała się tej frazy i nie chciała z niej zrezygnować. Na pierwszym roku mieszkałyśmy na tym samym piętrze. Dość szybko zauważyłam, że ma dziwny talent do wyczuwania ludzkich słabości. Zawsze dręczyła mnie przesłuchaniami na temat chłopaków, którzy mi się podobali, i w ciągu dwunastu godzin od mojego wyznania „przypadkowo” zaczynała się uganiać za każdym, czyje nazwisko wymieniłam. Podsłuchałam kiedyś, jak męczy w łazience jakąś Azjatkę, chcąc wydobyć z niej wskazówki, jak uzyskać „seksowne, skośne spojrzenie” przy użyciu kredki do oczu. Kiedyś „pożyczyła” sobie pracę z historii jednej z koleżanek z zajęć i złożyła jako własną, przyznając się do „pomyłki” dopiero wtedy, gdy profesor zagroził, że obleje je obie. Penelope i ja poznałyśmy Abby mniej więcej w tym samym czasie, na seminarium pisarskim na pierwszym roku, i z miejsca zgodziłyśmy się, że trzeba jej unikać. Od początku była koszmarna: dziewczyna, która poczyni subtelny, ale złośliwy komentarz na temat twojej fryzury, chłopaka czy stroju, a kiedy nieuchronnie się obrazisz, będzie udawała, że jest przerażona tym, co zrobiła, i żałuje. Spławiałyśmy ją często i regularnie, ale wydawała się tego nie dostrzegać. Celowo podtrzymywała kontakt, żeby nas pognębić. Nietrudno zgadnąć, że nigdy nie miała żadnej prawdziwej przyjaciółki, ale za to utrzymywała stałe tempo w pracowitym zaliczaniu wszystkich męskich organizacji i drużyn sportowych w Emory.
– „Wir świata mediów”, tak? Nie, nie wiedziałam. A gdzie teraz pracujesz? – zapytałam najbardziej znudzonym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć. Przysięgłam sobie, że nie pozwolę, żeby zalazła mi za skórę.
– Niech pomyślę. Zaczynałam w „Elle”, a potem przeskoczyłam do „Slate”, bo to bardziej modne, wiesz? Miałam krótki przystanek w „Vanity Fair”, ale polityka biurowa była taka ekstremalna. Teraz działam jako wolny strzelec, wszędzie zobaczysz moje nazwisko!
Myślałam o tym przez chwilę i nie zdołałam przypomnieć sobie jej nazwiska… nigdzie.
– A ty, panienko? Jak tam nowa praca? – zaskrzeczała.
– Eee, tak, minął jakiś tydzień, chyba, i na razie jest całkiem fajnie. Nie jestem pewna, czy to wir świata public relations, ale mnie się podoba.
Nie wyczuła sarkazmu albo go zignorowała.
– Tylko tak dalej, dziewczyno! To strasznie gorąca firma, reprezentują teraz wszystkich najlepszych klientów. Omójboże, po prostu genialną masz tę bluzkę. Najlepszy możliwy wybór, kiedy chce się ukryć nieduży brzuszek, wiesz? Cały czas taką noszę!
Odruchowo wciągnęłam brzuch.
Zanim zdążyłam powiedzieć coś paskudnego, w rodzaju, że przy jej sylwetce pięć funtów wyglądałoby jak dwadzieścia, odezwała się:
– Hej, a rozmawiałaś ostatnio z Cameronem? Tak miał na imię twój chłopak, prawda? Słyszałam, że zostawił cię dla modelki, ale oczywiście nie uwierzyłam w ani jedno słowo.
To by było na tyle, jeśli chodzi o niezniżanie się do jej poziomu.
– Cameron? Nie wydaje mi się, żebyś go znała. W każdym razie facet oddycha i mieszka w Nowym Jorku, więc…
– Och, Bette, naprawdę cudownie cię widzieć – ciągnęła, ignorując mój komentarz. – Muszę cię zabrać na lunch, okej? Mamy tyle do nadrobienia. Od wieków miałam do ciebie zadzwonić, ale po college'u po prostu zniknęłaś! Z kim się teraz spotykasz? Nadal z tą cichą myszowatą dziewczyną? Była taka słodka. Jak miała na imię?
– Och, masz na myśli Penelope? Wygląda fantastycznie, jest zaręczona i owszem, nadal się widujemy. Na pewno jej przekażę, że przesyłasz pozdrowienia.
– Tak, tak, stanowczo to zrób. To co, zadzwonię do ciebie do pracy w przyszłym tygodniu i pójdziemy na lunch w jakieś boskie miejsce, dobrze? Gratulacje, że wreszcie porzuciłaś ten okropny bank i włączyłaś się w prawdziwe życie… Nie mogę się doczekać, kiedy cię wszystkim przedstawię. Są całe tłumy ludzi, których musisz poznać!
Przygotowywałam jakąś z pewnością szczególnie ciętą odpowiedź, kiedy zmaterializowała się obok nas Elisa. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę być tak uszczęśliwiona jej widokiem.
– Eliso, to Abby – powiedziałam, sennie do niej kiwając.
– Właściwie to Abigail – włączyła się Abby.
– Jasne, aha. Abby – spojrzałam na nią znacząco – to Elisa, razem pracujemy.
– Hej, my się znamy, prawda? – wymamrotała Elisa z zębami zaciśniętymi wokół papierosa, bo grzebała w torbie w poszukiwaniu zapalniczki.
– Jasne – powiedziała Abby. Chwyciła pudełko zapałek z najbliższego stolika i z galanterią zapaliła Elisie papierosa. – Masz dla mnie papieroska?
Dokonały wymiany i zaczęły gawędzić o jakiejś nowej plotkarskiej publikacji pod nazwą „Nowojorska Bomba”. Słyszałam, jak dyskutowano o niej w biurze, i zrozumiałam, że jest wydawana od lat, ale nikt nie zwracał na nią uwagi do chwili dodania nowej pikantnej kolumny, pisanej przez kogoś, kto używa pseudonimu „Wtajemniczona Ellie”. Wychodziła dwa razy w tygodniu w necie i wersji drukowanej, a felieton Ellie – w przeciwieństwie do znanych z Page Six tekstów Cindy Adams albo Liz Smith – nie miał dołączonego zdjęcia autorki. Abby upierała się teraz, że to najlepsza rzecz, jaka pojawiła się w kręgu mediów od lat, ale Elisa twierdziła, że według jej informacji zaczytują się nią tylko wybrane grupy ze świata mody i rozrywki – przewidywała jednak, że niedługo dołączą do nich inni. Temat ich rozmowy wydawał mi się interesujący przez całą długą minutę i jeszcze pół, po czym dotarła do mnie błogosławiona prawda, że mogę po prostu przeprosić i odejść.
Zdałam sobie sprawę, że stoję samotnie wśród roju wspaniałych ludzi, którzy, tak się przypadkiem złożyło, mają zdumiewające wyczucie rytmu, i nie mogłam się ruszyć. Taniec nie należał do moich mocnych stron. Jakimś sposobem udało mi się, szurając, przetrwać kilka boleśnie powolnych piosenek na szkolnych potańcówkach (oczywiście zawsze rozpaczliwie starałam się uniknąć ośmiominutowego wykonania Stairway to Heaven) i podskakiwać do wtóru szafie grającej na imprezach w college'u, ale to, co się działo tutaj, było naprawdę onieśmielające. Zanim w ogóle zdołałam się ruszyć, ogarnęły mnie te same lęki szóstoklasistki. Stało się to w ułamku sekundy, ale uczucie, że wszyscy się gapią na mój dziecięcy tłuszczyk i aparat na zębach wróciło jak burza. Musiałam wyjść albo przynajmniej wrócić do stolika i uniknąć tego tanecznego piekła, ale kiedy tylko zebrałam myśli i skupiłam je na ucieczce, poczułam rękę poniżej kręgosłupa.
– Cześć – powiedział wysoki facet z brytyjskim akcentem i opalenizną tak idealną, że mogła pochodzić tylko ze wspaniałego solarium. – Zatańczysz?