KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Pani, panowie, proponuję następujące postępowanie...
Od razu zapadła cisza i nawet mister Freyby oderwał się od księgi, z ciekawością patrząc sponad okularów na Fomę Anikiejewicza.
- Naszych panów, na nieszczęście, wiele dzieli. To może zaszkodzić sprawie. Umówmy się, że w takim razie chociaż my, służący, ustanowimy jedność. Będziemy uprzedzać się nawzajem i strzec najjaśniejszego pana i ich wysokości przed błędami. Na miarę naszych sił.
Tak rzekł - prosto i mądrze.
Akurat wtedy do pokoju wsunął głowę mój pomocnik Somow i przyłożywszy rękę do piersi, przeprosił:
- Afanasiju Stiepanowiczu, panowie, proszę wybaczyć, ale mademoiselle Declique proszą do jej wysokości.
I w tym samym momencie, skłoniwszy się, zniknął.
- Ach, tak, monsieur Ziukin - zwróciła się do mnie guwernantka. - Biedna Ksenia o niczym nie wie. Co ja jej mogę powiedzieć?
- Nie należałoby mówić jej cesarskiej wysokości o pogróżkach Linda - rzekłem surowo, trochę niezadowolony ze zbytniej familiarności mademoiselle w stosunku do Kseni Gieorgijewny. - Po prostu powiedzcie jej cesarskiej wysokości, że porywacze żądają okupu i że będzie on zapłacony.
Moim zdaniem została w należyty sposób utemperowana.
Już po minucie pożałowałem nieobecności mademoiselle, ponieważ mister Freyby nagle otworzył usta i wyrzekł jakieś krótkie słowo.
- Co pan zechciał powiedzieć? - spytał Foma Anikiejewicz.
- On rzekł „spieg” - przerwał Masa, który, jak się okazało, rozumiał po angielsku.
- W jakim sensie „szpieg”? - nie skojarzyłem.
Brytyjczyk spojrzał z nadzieją na Fomę Anikiejewicza i ten nagle zasępił się, zatroskany.
- Pan Freyby ma całkowitą rację. Tutaj nie mogło się obejść bez szpiega. Porywacze zbyt dobrze wiedzieli o waszych wczorajszych posunięciach. Nie chcę pana denerwować, Afanasiju Stiepanowiczu, ale to bardzo prawdopodobne, że wśród waszych podwładnych jest wtyczka doktora Linda. Czy możecie poręczyć za swoich ludzi?
Poczułem, że blednę.
- Zupełnie nie. Za petersburżan ręczę. Wszyscy oprócz Lippsa - tego, który nam podaje - to sprawdzone stare sługi. Ale mam tu u siebie tymczasową grupę dziewięciu ludzi, a i jeszcze dochodzących. Miejscowych nie znam wcale, nimi zarządza Somow.
- To oznacza, że konieczna jest wyjątkowa ostrożność - stwierdził poważnie Luka Jemieljanowicz.
A Foma Anikiejewicz rzekł do Anglika:
- Dziękuję wam, mister Freyby, za rozsądną uwagę.
Ten wzruszył ramionami, nie rozumiejąc. Przypomniałem sobie, że mam w kieszeni podarowany słownik.
„Dziękować” po angielsku brzmiało „tenk”. „Wam” jeszcze prościej - „ju”.
Tak więc powiedziałem:
- Tenk ju, mister Freyby.
Butler skinął głową i znowu zagłębił się w swojego Trollope’a (sprawdziłem w bibliotece - to taki angielski powieściopisarz).
Jeszcze przez jakiś czas omawialiśmy sposoby, za pomocą których możemy się ze sobą komunikować, a potem narada została przerwana - znowu pojawił się Somow i po wyrazie jego twarzy poznałem, że zdarzyło się coś niezwykłego. Przeprosiwszy, wyszedłem na korytarz.
- Proszę - powiedział Somow nie wiadomo dlaczego szeptem, podając mi jakąś białą kopertę. - Znaleźli. Szwajcar podniósł. Skąd się wzięło, nie mam pojęcia.
Wziąłem kopertę i przeczytałem napisane ołówkiem słowa:
AVEC LES COMPLIMENTS DE DR. LIND*. [Z pozdrowieniami od dr. Linda (fr).]
Jedynie niesłychanym wysiłkiem woli potrafiłem zachować niewzruszony wyraz twarzy.
- Gdzie znaleziono?
- Na ganku, przed samymi drzwiami. Szwajcar wyszedł popatrzeć, czy jeszcze pada, a to leżało.
To znaczy, że mogli podrzucić i z zewnątrz - pomyślałem. Przeszli przez ogrodzenie i podrzucili, to proste. Zrobiło mi się lżej na sercu. Ale tylko troszeczkę.
Otwierać koperty, rzecz jasna, nie próbowałem, chociaż nie była zaklejona - szybko zaniosłem ją na bel etage. Gdyby nie obserwował mnie Somow, to pewnie bym pobiegł.
U drzwi małej bawialni zatrzymałem się na chwilę. Zawsze tak postępuję, i to wcale nie dlatego, aby podsłuchiwać, tylko żeby nie przeszkodzić swoim stukaniem w czymś ważnym albo intymnym.
Z wnętrza dobiegł mnie wściekły głos Kiryła Aleksandrowicza.
- Niki, no nie można być takim bałwanem! Podczas audiencji Li Hun-czana nie wolno nawet wspominać o koncesji! W żadnym wypadku! Wszystko zepsujesz!
Mimowolnie pokiwałem głową, myśląc, że długo tak trwać nie może. Najjaśniejszy pan już nie jest taki zupełnie bezwolny, jak się wydaje ich wysokościom. I jest pamiętliwy.
Głośno zastukałem, przekazałem list i natychmiast wyszedłem na korytarz.
Nie czekałem nawet pięciu minut. Gieorgij Aleksandrowicz wyjrzał i przywołał mnie palcem. Jego wzrok wydał mi się jakiś dziwny. Tak samo patrzył na mnie najjaśniejszy pan i wszyscy pozostali wielcy książęta - jakby widzieli mnie po raz pierwszy albo, powiedzmy, po raz pierwszy zauważyli, że na świecie żyje niejaki Afanasij Stiepanowicz Ziukin. Bardzo mi się to nie spodobało.
- Znasz francuski? - spytał Kirył Aleksandrowicz. - Masz, poczytaj.
Nie bez drżenia zacząłem czytać rozwinięty arkusik.
Warunki przyjęte, ale opłata za każdy dzień opóźnienia - milion. Jutro o trzeciej po południu Wasz pośrednik, sam, w otwartym powozie, powinien jechać po Sadowym Koku od strony placu Kałuskiego w stronę ulicy Żytniej. Pieniądze mają być w walizce, w formie asygnat państwowych o wartości dwudziestu pięciu rubli. Przy najmniejszym sygnale nieuczciwego postępowania z Waszej strony uznam się za zwolnionego z jakichkolwiek obowiązków i zwrócę Wam księcia - tak jak obiecałem, po kawałku.
I ostatnie. Pośrednikiem ma zostać ten sługa, który był w parku: z brodawką na policzku i psimi bakenbardami.
Wasz oddany
doktor Lind
Pierwszym uczuciem, które mną owładnęło, była obraza. Favoris de chien* [Psie bakenbardy (fr.).]? To on tak pisze o moich zadbanych bakenbardach?!
Dopiero potem dotarł do mnie cały straszny sens tego listu.
8 maja