Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Wyciągnął dłoń do wielkiego łba. Koń rzucił się, przewrócił dziko oczami i kłapnął imponującymi zębami, a potem spróbował stanąć dęba, ale uniemożliwił mu to naprężony arkan.
Drakkainen momentalnie uchylił się przed trzaskającą szczęką, a potem dotknął jego szyi. Dla konia taka pieszczota powinna być uspokajająca.
Pogłaskał po bokach wielki łeb, doskonale wiedząc, że i tak zdąży odskoczyć przed każdym atakiem.
Jeden z indiańskich sekretów to delikatne dmuchanie koniowi w nozdrza. W stadzie jest to objaw sympatii. Budzi uczucie wspólnoty i zaufania.
W zupełnie innym świecie, u zupełnie innych zwierząt.
Nie zauważył, czy to odniosło jakiś skutek. W każdym razie nie oberwał.
Teraz smakołyk. Postanowił sprawdzić, czy w tej roli może wystąpić suchar.
Kiedy podchodził po raz drugi, wierzchowiec rzucał się już mniej, boczył się, warczał i potrząsał głową, ale nie próbował kopać.
— Dobry koń, dobre konisko... Dobre, dobre zwierzę. — Miał wrażenie, że za chwilę ochrypnie. Paplał tak bez przerwy już od godziny.
Suchar został bardzo dokładnie obwąchany, a następnie zniknął z chrupnięciem w olbrzymich szczękach, znacznie większych niż u zwykłych koni, jak we młynie.
— Dobra — powiedział Drakkainen. — Teraz ziarno. Wcale mi się to nie podoba, ale tak być musi i miejmy to już za sobą. Nie ma wyjścia, mój drogi. Ja tak naprawdę nie znam się na ujeżdżaniu antylop i żaden ze mnie kowboj. Zaliczyłem kurs i tyle, ale wcale nie byłem ulubieńcem Three Feathersa ani ukrytym talentem.
Otworzył skrytkę w skórzanych zakamarkach sakwy i znalazł szprycę oraz trzy ziarna zamknięte w metalowych ampułkach.
— To nie będzie bolało — zapewnił przekrzywiającego łeb wierzchowca, otwierając pokrywy szprycy i rozkręcając ampułkę. — Sam przeszedłem przez coś podobnego i żyję.
Ziarno pływało w pojemniczku jak szklista, zielonkawa kijanka. Drakkainen zatrzasnął pokrywę szprycy i zaczął pompować powietrze miarowymi ruchami tłoka.
— Gdybyśmy mieli więcej czasu — tłumaczył. — Gdybym był lepszym mówiącym-do-koni, a przynajmniej, gdybym miał lepszą wiedzę o twojej biologii zamiast tych ogólnych, niechlujnych i niedokładnych bzdetów, które mamy... No, ale jest, jak jest.
Westchnął i podszedł do wierzchowca, chowając lśniącą szprycę w dłoni.
— Czuję się okropnie — zapewnił zwierzę, lewą ręką głaszcząc bok łba, a potem garbaty, czarny grzbiet nosa. Koń zamruczał i brzmiało to prawie przyjaźnie. Drakkainen westchnął i podniósł drugą dłoń, pewnym ruchem wsunął zwierzęciu wylot szprycy w nozdrze i nacisnął tłok.
Koń wydał z siebie przerażający kwik i stanął dęba, a potem szarpnął się gwałtownie, napinając linę. Drakkainen odskoczył, unikając potężnego kopnięcia w głowę, po czym przetoczył się po trawie. Lasso zacisnęło się na szyi zwierzęcia i koń, zamiast ryczeć, charczał. Oczy wyszły mu z orbit, na pysku pojawiła się piana. Nie mogąc do niego podejść, żeby zdjąć pętlę, Vuko wyjął nóż i ciachnął linkę tuż przy drzewie. Koń wystrzelił jak rakieta, wierzgając na przemian to przednimi, to tylnymi nogami, przeskoczył kępę niskich krzaków kosówki i pogalopował w las.
Drakkainen schował nóż.
Ależ ze mnie skurwysyn, pomyślał ze zdumieniem. Czuję się, jakbym zerżnął delfina.
Odwrócił się i osłupiał. Na jego sakwach panoszyło się wielkie jak gęś czarne ptaszysko z ogromnym łbem i potężnym jak ostrze czekana dziobem.
— To niewiarygodne! — wrzasnął Drakkainen pełen zaskoczonego oburzenia. — Wynocha mi stąd!
Ptak przekręcił łeb na bok, patrząc na Drakkainena, błysnął białą powieką, po czym chamskim, chrapliwym tonem, ale całkiem wyraźnie powtórzył: — Wynocha!
Rozgarnął dziobem rozsypane rzeczy i znalazł kawałek suchej kiełbasy, który połknął natychmiast, nie przejmując się krzykami i dzikim galopem Wędrowca. Drakkainen pędził przez całą polanę, wywrzaskując najgorsze fińskie przekleństwa, ale podskakując na obolałej nodze, nie miał żadnych szans. Ptak dziobnął potężnie w stertę jego rzeczy, co wyglądało, jakby zdzielił je kilofem. Kiedy uniósł łeb, w jego dziobie tkwił mały, lśniący metalem walec.
Ziarno.
— Nie! — darł się Drakkainen. — W tej chwili to wypluj!
Ptak uderzył ogromnymi skrzydłami i wzniósł się nad polankę. Niezbyt pospiesznie.
— Żeby cię pokaziło! — wrzeszczał zwiadowca. — Żebyś ssał łosiowi w piekle, cholerna pokrako!
Ale kruk unosił się już wysoko nad drzewami.
— Zakracz triumfująco, sukinsynu — krzyknął za nim Drakkainen. — Zakracz i wypluj to! Żebyś się tym udławił, cholero.
Obejrzał pozostałe rzeczy. Kociołek został przedziurawiony, co gorsza, jego ostatnie ocalałe ziarno miało wgniecioną obudowę. Klnąc, złożył szprycę i pozbierał pozostałe rzeczy, a potem zabrał się za montowanie łuku.
— Nigdy więcej, nigdy już! — wycedził, montując oba pióra łuczyska i osadzając bloczki wielokrążka. Jeżeli ptak połknie pojemnik w całości, nie powinno się nic stać. Przez głupie ptaszysko człowiek będzie teraz zabijał kruki dziesiątkami, a potem je patroszył. Zajęcie na lata. Chyba że bydlę ozdobi ziarnem gniazdo, tak jak to robią sroki. Beznadziejne.
— Dlaczego nie mogłeś zeżreć czego innego! — wrzasnął ku niebu. — Nie wystarczyła ci moja łowiecka?! Nie mogłeś się nażreć złota, jeżeli to już musiało być coś błyszczącego?
Miał parę strzał, które trzeba było poskręcać. A i tak musiał tu czekać. Nic więcej nie można było zrobić.
Założył z powrotem zbroję, pozbierał swój dobytek i wrócił na kamienistą łachę, gdzie wciąż wznosił się jego szałas. Miał wrażenie, że zaczyna się tu już zadomawiać.
Na miejscu znowu rozpalił ognisko, skręcił do końca wszystkie elementy łuku i specjalnym kluczem skrócił i napiął kilkumetrową cięciwę, przeplecioną przez system wielokrążków. Dobrych strzał o toczonych drzewcach było tylko pięć, ale miał jeszcze spory zapas grotów w specjalnym woreczku.
Zabrał maczetę i poszedł szukać materiału na strzały.
Zabrało mu to sporo czasu — znalezienie w naturze zdecydowanie prostych prętów nie jest takie łatwe. Tak naprawdę, produkcja głupich strzał powinna trwać przez całą zimę — wybrane patyki, obciążone na dole odważnikami, wiesza się gdzieś w suchym miejscu i czeka, aż wysezonują się, wyschną i staną idealnie proste, a dopiero potem zaopatruje je w brzechwy i groty.
Siedzę i robię strzały. To uspokajające zajęcie. Ludzie, żyjący w prymitywnych kulturach, spędzają w ten sposób większość wolnego czasu. Robi się strzały, naprawia narzędzia i broń, szyje ubrania. Tak trzeba robić bez przerwy i muszę się do tego przyzwyczaić. Pas pełen złota niczego tu nie zmienia. Nie mogę wezwać taksówki, pojechać do supermarketu i kupić sobie wiązki strzał albo paczki risotto z owocami morza. Pewnie gdzieś tu istnieje handel, ale na ogół nikt nie sprzedaje butów, strzał, cebuli, bułek czy masła. Każdy robi takie rzeczy sam. Każdy sam hoduje kury, piecze chleb, tka koce albo warzy piwo. Możesz gdzieś kupić gwoździe lub zapinki, ale nie ma tu sklepów spożywczych. To rolnicza kultura.
Dzięki spacerowi wśród krzaków znalazłem cztery pióra różnej wielkości, które nadadzą się na brzechwy. Dzielę je na pół, nacinam końce, mocuję pióra żywicą i dratwą, a po dwóch godzinach pracy mam jeszcze sześć strzał.