Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 98
Перейти на страницу:

Strzelam przez jakiś czas w kupę piachu pomiędzy wysokimi skałami na brzegu. Wracam do wprawy. Strzały latają rozmaicie, więc staram się obliczać poprawki, aż wreszcie po dłuższym czasie trafiam za każdym razem w mięsisty liść, umieszczony na skarpie jako cel. Mój łuk z naciągiem bloczkowym wali z siłą siedemdziesięciu funtów, ale dzięki wielokrążkom naciąga się jak trzydziestofuntowy — strzały wbijają się w piach aż po brzechwy. Mimo to po godzinie bolą mnie już mięśnie prawego ramienia i pleców. Przed oczami stają mi zniekształcone szkielety średniowiecznych łuczników, o krzywych kręgosłupach i ze śladami po nadwerężonych ścięgnach. Naciągam po angielsku od nogi, po sportowemu na wprost i po japońsku znad głowy. Dla pewności strzelam jeszcze spod pachy, i z biodra, trzymając łuczysko poziomo. Na dwadzieścia metrów umieszczam już strzały mniej więcej gdzie chcę, z wyjątkiem jednej, którą wyraźnie znosi.

Wbijam strzały w ziemię obok namiotu, gotowe do użytku. Broń strzelecka poprawia mi samopoczucie. Pochodzę ze świata, gdzie najchętniej zabija się na odległość.

Przerwa w podróży, przeznaczona na czekanie.

Więc czekam.

Po jakimś czasie zabieram miecz, nóż, kołczan i idę na polowanie.

To nie takie proste. Jedną strzałę marnuję kretyńsko, strzelając do lecącego ptaka, który wydał mi się apetycznie podobny do gęsi. Zbytnio ufam we wspomaganie cyfrala i chybiam o włos, ale strzała pryska na dobre dwieście metrów w górę, a potem spada w gęstwinę i znika mi z oczu.

Po kilku godzinach tracę nadzieję. Okolica jest jak wymarła. Nie ma nawet niczego w rodzaju królików. Większe zwierzęta trawożerne żerują o świcie, to nie jest odpowiednia pora. Ale nie tylko o to chodzi. Nie napotykam żab, myszy, nie słychać ptaków, nie widać nawet owadów.

Ostatecznie kończę, brodząc po płyciznach rzeki z łukiem w ręku i wypatrując ryb wśród kamieni i skał. Kilka razy strzelam bez żadnego skutku, aż wreszcie wijący się, srebrzystopręgowany kształt podobny do mureny, zaznaczony sterczącą z wody strzałą jak gigantycznym spławikiem, wieńczy moje dzieło. Niosę rybę do obozu i przepełnia mnie trudna do wyobrażenia duma. Czuję się jednocześnie niepokonany i śmieszny. Przez całe życie, kiedy chciałem rybę, to ją sobie kupowałem. Szedłem do Tesco w Hvarze albo na nabrzeże za portem, gdzie cumowały rybackie poduszkowce, albo do ribaricy i tam przebierałem wśród skorpen, sardeli i zubatacy, leżących pięknie na lodzie, prosto z nocnego połowu. A teraz rozpiera mnie duma z powodu jednej rybki. Tylko dlatego, że zdobyłem jedzenie w zapomnianym przez Boga i ludzi zakątku Wybrzeża, zdany jedynie na łuk i naturę.

Po dwóch latach szkolenia, modyfikowany bionicznie, ćwiczony w szkole komandosów, zyskałem umiejętności, które tutaj posiada każde dziecko.

Kiedy zapada zmierzch, piekę nad żarem rybę pociętą na dzwona.

Po raz pierwszy tutaj kolacja mi smakuje.

Parujące kawałki białego mięsa, dzielone palcami na liściu, kubek słabego grogu.

Zaczynam czuć, że jestem częścią natury. Na przykład nigdy tak bardzo nie obchodziła mnie pogoda. Przez całe moje życie to mógł być najwyżej powód, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Deszcz, upał albo śnieg to było zjawisko występujące za oknem. Trzeba podkręcić ogrzewanie albo włączyć klimatyzację, albo schować zapomniane meble z tarasu.

Tutaj dopiero literalnie nie mam dachu nad głową i bez przerwy spoglądam w niebo. Nic, tylko ten lichy szałasik, który wzniosłem sobie z gałęzi i związanych młodych drzewek. Wydaje mi się, że zbiera się na deszcz, więc okrywam go jeszcze cuchnącą derką, którą zabrałem ze stacji do noszenia łapy mojego Grendela. Nie mam nic, a mimo to zbudowałem schronienie i zdobyłem żywność. Czuję się jednocześnie ubogi i dziwnie wolny.

Budzi mnie zimno i migotliwy, seledynowy poblask jak zorzy polarnej. Wpół do trzeciej rano — wilcza godzina. Czas, kiedy śpi się najmocniej, a do świtu jeszcze daleko. Czas, kiedy człowiek jest psychicznie najsłabszy. Czas zasadzek i nocnych ataków.

Siedzę potem u wejścia do szałasu, skryty za tarczą, którą zastawiłem wejście, z łukiem w dłoni i strzałą na cięciwie, i patrzę na rzekę.

Przy brzegu woda aż się gotuje od tysięcy ryb i wodnych zwierząt, które migocą jak garść srebrnych monet i wyglądają, jakby chciały uciekać na ląd przed tym, co dzieje się na środku nurtu.

Trochę to rzeczywiście przypomina zorzę. Przelewa się pasmami i obłokami, opalizuje sino i seledynowo, i rzuca migotliwy blask na brzegi. Tylko że pełznie po powierzchni wody jak gigantyczny wąż. To zimna mgła wędruje rzeką. W pływających nad wodą smugach i pasmach majaczą przenikające się sylwetki bestii i potworów, kłębią się gmatwaniny macek. Widzę mgliste grzywy i łby koni, widzę najeżone kolcami grzbiety. A wewnątrz oparu materializują się bardziej solidne sylwetki maszerujących zwierzoludzi. Pokracznych, pokręconych, jak z płócien Boscha. Przypominam sobie pradawne plemię, z celtyckich wierzeń, starsze od ludzkiej rasy. Fomorianie. Przedstawiano ich jako człekokształtne bestie o wyraźnie zwierzęcych cechach. Potwory pochodzące z głębin, walczące z ludźmi o wyspę, którą potem nazwano Irlandią. Właśnie to w tej chwili widzę.

Ciągnący w zupełnej ciszy nad powierzchnią rzeki niekończący się korowód Fomorian, spowitych w opalizującą mgłę.

Siedzę, ściskając łuk, i patrzę. Zimno ścina skórę.

Wiem, że to tylko halucynacja, ale nic nie poradzę na to, że wali mi serce, że dłoń ściskająca łuk jest mokra od potu, że powstrzymywana ostatkiem sił hiperadrenalina gotuje mi się pod skórą.

Patrzę na cudaczne, żabie, rybie, gadzie i końskie pyski, na lśniące grzbiety, pokryte guzami podobnymi do wrzodów, z kolcami albo gładkie, patrzę na ryje i mordy pełne kłów, i zaczyna we mnie narastać idiotyczne, przesądne przekonanie. Besztam się w myślach, ale to nie pomaga.

Jestem pewien, że Dwór Szalonego Krzyku padł.

Korowód ciągnie środkiem rzeki i trwa to prawie godzinę.

Potem odchodzą i na powrót zapada ciemność. Z minuty na minutę robi się cieplej.

Przeszli.

Wiem, że byli halucynacją. Byli tylko mgłą. Szli przecież środkiem rzeki, po powierzchni wody. Zatem halucynacja albo iluzja.

Moje niezłomne „wierzę tylko w to, co ma sens” jednak nie bardzo chce działać o wpół do czwartej rano w ciemną, bezksiężycową noc.

Wierzę w to, co widziałem.

A widziałem wędrującą rzeką armię upiorów.

Kolejny ranek bez kawy, mydła i pasty do zębów. Znajduję jakieś piekielnie kwaśne, szkliste jagody i je żuję. Cierpki, ściągający sok pełen garbników czyści mi zęby. Nie jest toksyczny, ale smaczny też nie. Nie dostanę próchnicy, tak samo jak nie dostanę grypy czy dżumy, ale dzień rozpoczęty bez miętowej piany w ustach, z zębami szorstkimi od osadu, od razu jest jakiś niechlujny.

Siedzę przy niewielkim, porannym ognisku i zajadam wczorajszą pieczoną rybę.

Cywilizacja jest okropnie uciążliwa. Tłoczna, hałaśliwa, panoszy się i wciska w każdy zakątek. Mimo to bez przerwy mi czegoś brakuje. A to gazety, a to sieciowego radia, a to kawy, a to soku pomarańczowego. Ciągle czegoś mi się chce.

I nieodmiennie jest to coś, czego tu nie ma.

Tu jest tylko wrzątek z miodem, który za parę dni się skończy, łykowate, tłuste mięso podobne do węgorza, niebo, las i okolony górami, kryształowy fiord. Chcę poczytać książkę, obejrzeć holofilm, chcę iść do eleganckiej konoby w marinie i pić cappuccino, patrząc na białe, śródziemnomorskie jachty. Chcę czystą koszulę i białe spodnie.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)