Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 98
Перейти на страницу:

Gdzieś tam są wyspy zatoki splickiej, góry Istrii, jeziora Mazur i Karelii. Mój potrójny dom. Hvar, Wrocław i Turku. Moje miasta. Gdzieś tam.

Gdzieś tam, przez czarną dziurę w kosmosie płynie „Manta”, a na jej pokładzie ruda Deirdre z Derry wraca do domu.

Gdzieś tam.

Zasypiam owinięty wilgotnym płaszczem, patrząc w żar ogniska. Śnię o koniach.

Budzi mnie huk eksplozji. Gwałtowny grzmot, który przetacza się echem po górach. Inny niż trzask błyskawicy, zwłaszcza że poranne niebo nie zwiastuje burzy.

Wyskakuję z szałasu jak sprężyna.

Przedzieram się między drzewami w stronę, z której dobiegł mnie dźwięk, ostrożnie, z mieczem w ręku. Blady brzask, mokre gałęzie chlastają mnie po twarzy. Tu nie ma dosłownie niczego, co mogłoby wybuchnąć. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to jakaś sztuczka van Dykena. Człowiek z Ziemi mógłby spowodować wybuch, gdyby pokombinował. Jeżeli znalazł gdzieś saletrę, siarkę i węgiel drzewny, mógł zrobić proch. Nieważne po co, ważne, że gdzieś tu jest.

Szukam dymu, leja w ziemi, czegokolwiek. Ale nie znajduję nic i, zmarznięty, wracam do obozu.

Dzień zaczyna się od braków.

Najpierw brak pasty do zębów. Brak mydła. Kremu do golenia, wody kolońskiej.

Rezygnuję z golenia. Zarost drapie mnie i swędzi, ale nie chce mi się korzystać z archaicznej brzytwy w kształcie półksiężyca schowanej w skórzanym pokrowcu.

Tajemniczy huk nie daje mi spokoju. Postanawiam jeszcze raz przed wymarszem przeszukać teren.

Brakuje mi cappuccino, grzanek i pasty z tuńczyka albo sałatki z ośmiornicy, takiej, jaką dają w restauracji „Redi Mare”.

Jest za to gorąca woda z rozpuszczoną czekoladą, pasek suszonej wołowiny i kawałek chałwy.

Po kąpieli w lodowatej rzece i myciu popiołem jestem zziębnięty i mokry, ale nie czysty.

A potem, kiedy pakuję dobytek, doskwiera mi jeszcze brak konia.

Przechodzę ledwo kilkanaście metrów i tym razem znajduję coś, co może być śladem mojej eksplozji. Okrągły placek posiwiałej dziwnie trawy, dokładnie oczyszczony z krzaków rozrzuconych dookoła, ale nie jest to ani lej w ziemi, ani nie ma śladów działania temperatury. A pośrodku — widzę konia. Gapię się w osłupieniu, przekonany, że to halucynacja. Jest duży: prawie dwa metry w kłębie, sierść o dziwacznej, pręgowanej maści jak u tygrysa. Stoi na idealnie okrągłej polance, wyciętej wśród karłowatych sosenek, jakby ktoś postawił tam gigantyczną szklankę.

Odpinam pasy i bardzo powoli kładę na ziemi bagaż i siodło. Robi mi się gorąco. Cały rząd mam zwinięty w jednej z sakw. Gorączkowo usiłuję sobie przypomnieć, gdzie podziałem zwój linki. Otwieram klapy, powoli grzebię wśród najróżniejszych przedmiotów, nie spuszczając zwierzęcia z oka.

Tańczy niepewnie po dziwacznej polance, po kręgu posiwiałej, przygiętej do ziemi trawy. Wysuwam ostrożnie dłoń i dotykam jej. Wygląda jak tajemniczy krąg w zbożu, ale trawa jest zmarznięta i pokryta szronem. Chrzęści pod potrójnymi kopytami jak szkło. Taki okrągły przymrozek z koniem pośrodku.

Najwyraźniej jest równie zdziwiony i spanikowany jak ja. Tuli uszy, wydaje dziwne, warczące odgłosy. Nie wiem, co to znaczy — szkolono mnie na normalnych, ziemskich koniach.

Znajduję wreszcie linkę i robię pętlę na jednym końcu, po czym przeplatam przez nią resztę i mam lasso.

Zwierzę wydaje z siebie nerwowy, przeciągły kwik i odbiega kawałek, ale tylko na skraj polanki, jakby bało się ją opuścić.

Krążymy jak po arenie. Ja, powolnymi, niemal hipnotycznymi krokami, jednocześnie układam linę w duże koła, równo, jedna przed drugą, tak jak mnie uczono. Zaciskającą się pętlę na końcu rozciągam szeroko i układam w palcach tak, żeby móc wykonać obszerny, okrężny ruch nad głową i rzucić. Koń nie spuszcza mnie z oczu, drepcząc bokiem i starając się utrzymać jak największy dystans.

To nie jest dziki wierzchowiec. Ktoś przyciął mu poroże, krótko, może nie aż tak krótko jak ja bym to zrobił, ale jednak. Na boku widać wypalony znak — krąg przecięty pionową linią jak greckie „fi”. Nie mam czasu badać polanki ani zastanawiać się, w jaki sposób powstała. Teraz najważniejszy jest koń. Kiedy los, Bóg albo tutejsi bogowie dają mi w ręce skarb, mam zamiar po niego sięgnąć.

Cały czas przemawiam do niego łagodnie, po chorwacku, polsku, fińsku i mową Wybrzeża. Strzyże uszami i powarkuje niechętnie, ale nie pozwala podejść. Uczył mnie Indianin. Danny Three Feathers. Zaklinacz koni z Wyoming. Uczył cierpliwości, wdzierania się w łaski stworzenia, zrozumienia dla skomplikowanej psychiki stadnego zwierzęcia.

Zwierzęcia z Ziemi. Poza tym Danny miał czas. Dużo czasu. Ocean czasu. Mógł pozwolić sobie na cierpliwość. Ja nie mam czasu.

Krążymy po polance. Nie wiem, jak długo. Tu potrzebna jest cierpliwość.

Potrzebne mi wspomaganie.

***

Mógł być pewny rzutu. Cyfral wyrysował mu w polu widzenia złudzenie toru, po jakim poleci pętla zależnie od położenia ręki i napięcia mięśni. Świetlista krzywa pływała to w górę, to w dół, czasem układała się na końskim łbie, a czasem obok.

Drakkainen skoncentrował się, lina ze świstem krążyła mu nad głową. Koń przekręcił łeb po psiemu i wyszczerzył zęby.

Najwyraźniej postanowił jednak czmychnąć z kręgu. Vuko ruszył bokiem, żeby zastąpić mu drogę ku rzece i traktowi.

— Dobry koń... Dobry, bardzo dobry koń — mamrotał na przemian przymilnie i stanowczo. Uznał, że nie ma dłużej na co czekać, i rzucił. Lasso śmignęło w powietrzu jak wąż, wierzchowiec stulił uszy i wystrzelił nagłym, panicznym kłusem wprost na Wędrowca.

Szarpnięcie omal nie wyrwało mu nadgarstka. Co gorsza, wstrząs uraził też kostkę i Drakkainen runął na ziemię. Zwierzę, kwicząc przeraźliwie, przewlokło go po mokrej, pokrytej topniejącym szronem trawie, najwyraźniej zamierzając dotrzeć do szlaku, co oznaczało, że Vuko będzie wleczony po skałach i kamieniach.

Podciągnął się na linie, ile się dało, po czym popuścił ją, usiłując przekręcić się nogami do przodu. Szarpnięcie postawiło go na nogi, ale za chwilę runął ponownie.

Uratowało go to, że podduszony wierzchowiec postanowił zatrzymać się na moment i stanąć dęba, a potem otrząsnąć się i poluzować pętlę.

— Zły koń! Bardzo zły, niepozytywny koń! Niedobry koń! — krzyknął Drakkainen, wypluwając trawę. — Znaczy właściwie nie koń, tylko ten, renifer jakiś... Czy daniel... Cholera cię wie. Zły jeleń! Bardzo niedobre zwierzę wierzchowe nieznanego gatunku! Złe okapi! Brzydka żyrafa!

Uwiązał linę do pnia i usiadł, żeby sprawdzić, co zostało z jego kostki. Pierwszy etap został osiągnięty.

Wierzchowiec szarpał arkanem, wierzgał, stawał dęba i w ogóle pokazywał na wszelkie dostępne mu sposoby, że nie akceptuje sytuacji, a zachowanie Drakkainena uważa za skandaliczne i jest oburzony.

Chwilowo nie miało to znaczenia.

Vuko przygotował sobie wszystko, niespiesznie i metodycznie układając starannie cały rząd na trawie: kantar, wodze, siodło z ułożonym na górze popręgiem, krótki czaprak.

„Należy podchodzić powoli i spokojnie — tłumaczył Three Feathers. — Zwierzę nigdy nie może widzieć, że się boisz. To najważniejsze”.

Najpierw trzeba było podejść. Z szeroko rozłożonymi ramionami, żeby wydawać się jak największym i zajmować jak najwięcej miejsca. Powoli, ale pewnie. I cały czas mówić.

Uspokajającym tonem.

Wierzchowiec znów zaczął szarpać liną i wierzgać. Odgłosy, które wydawał, najbardziej przypominały ryk wielbłąda i kwik świni.

Trzeba mówić. Łagodnie i cierpliwie.

Jeżeli idziesz, musisz podejść. Nie wolno się cofać. Jeżeli wyciągasz rękę, musisz dotknąć. Musisz pokazać, że jesteś tu szefem. To właśnie w tej chwili jest ustalane — raz na zawsze. Zwierzę nie może osiągnąć ani na chwilę przewagi. Raz stracisz twarz i koniec. Zostaniesz istotą podrzędną już na zawsze. Ale nie szarp i nie bij. To żadna metoda.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)