Pierwszy postój robię przynajmniej o trzy godziny marszu od Dworu Szalonego Krzyku. Dla pewności.
Siedzę na skale i moczę zwichniętą kostkę w lodowatej wodzie fiordu. Niska temperatura przynosi ulgę i wspomaga też gojenie.
Chodziło nie tylko o to, żeby nie widzieli, jak kuśtykam, jak wlokę się, podpierając kijem, jak szukam w krzakach odosobnienia, walcząc z nadpsutym mięsem buntującym kiszki. W moim podręczniku przetrwania stanowczo brakowało rozdziału: „Rośliny zielne Wybrzeża Żagli, mogące bezpiecznie zastąpić papier toaletowy”. Chodziło też o to, że sam mam ich dosyć.
Już mam zdecydowanie zbyt wiele materiału do uporządkowania.
Myślę o halucynacjach. Jestem pewien, że część tego, co widziałem, musiało pochodzić z mojej głowy. Zwłaszcza upiory — jakby prosto z płócien szalonego Holendra. Możliwe też, że toksyczne działanie mgły może prowokować do ataku niektóre zwierzęta. Choćby tego niedźwiedziowatego Bigfoota.
Należałoby pobrać próbki i zbadać skład. Za pomocą cyfrala może mógłbym to do pewnego stopnia zrobić, ale to ryzykowne i głupie.
Boję się.
Zresztą mgła to nie mój problem.
Mój problem to czworo ludzi, zagubionych gdzieś w puszczach Wybrzeża. Przynajmniej wiem, że idę śladem van Dykena.
Tropem, liczącym sobie dwa lata.
Wyobraźmy sobie halucynogen, który daje trwałe objawy. Na moich oczach pomidor zamienia się w pająka, potem zatrucie mija, ale już zawsze widzę owoc jako pomidorowego pająka. Trwałe uszkodzenie postrzegania. Co więcej, to samo widzą inni, którzy dostali się pod działanie trucizny. Przychodzi ktoś nowy i dla niego to nadal pomidor.
Książę zestarzał się i rozsypał na moich oczach, ale może po prostu trzasnął na zawał, a cała reszta to urojenie?
Rzeka sunie leniwie między wysokimi, skalistymi brzegami, wśród kamieni rosną pokręcone sosny, czepiające się korzeniami resztek gleby. Przypomina mi to Finlandię.
Wakacje u dziadka Vaainamoinena. Gdyby tu był, zaraz poszedłby na ryby.
Szlak, wijący się pomiędzy kamieniami i skałami, to mordęga dla kogoś ze zwichniętą kostką. Z mojej wewnętrznej mapy wynika, że czekają mnie przynajmniej dwa dni marszu. Z tą nogą może i trzy.
Wędruję, przystając co dwie godziny. Mógłbym iść szybciej, ale nie ma się do czego śpieszyć. Po raz pierwszy w życiu czuję, że dzień w tę czy we w tę nie ma znaczenia.
Muszę wkrótce coś upolować albo złowić. Skromny żelazny zapas nie wystarczy na długo.
Marzę o wierzchowcu. O przysadzistym, jeleniowatym stworze dziwnej maści, na jakich tu jeżdżą.
Królestwo za konia.
Złoto za konia.
Myśl o koniu staje się pomału moją obsesją. W tej części Wybrzeża nie ma dzikich wierzchowców. Żadnych stad mustangów. Tylko skały, drzewa i rzeka. Rzeka płynąca do morza. Przychodzi mi do głowy, by zbudować tratwę i spłynąć z nurtem do ujścia, gdzie jest port. Przynajmniej jakąś dłubankę. Kanoe.
Jednak pomysł budowy łodzi nie zagłusza obsesyjnych myśli.
Wolę konia.
Marzę o koniu.
Mam tylko maczetę — solidną tratwę będę budował z tydzień. Szybciej dotrę na miejsce piechotą.
Maszeruję pomiędzy kamieniami i z nudów wizualizuję wierzchowca. Element pozytywnego myślenia. W duszy słyszę tętent, parskanie, widzę, jak cwałuje z wyciągniętymi nogami i rozwianą grzywą.
Koń. Królestwo za konia.
O zmierzchu nad rzeką unosi się mgła. Mgliste pasma i kłęby, i na ten widok zaczyna mi bić serce, ale to zwykły, wieczorny opar. Nie ma gwałtownego spadku temperatury, nie ma halucynacji.
Znajduję zarośnięty trawą cypel i buduję sobie szałas na brzegu. Wiążę czubki małych drzewek i mocuję je do pokręconego pnia większego, podobnego do wierzby, potem okładam dach iglastymi gałęziami. Warstwą takich gałęzi wykładam też podłogę namiotu.
Gdybym tylko miał kawał swojego spadochronu... Cóż to byłby za namiot.
Po godzinie przed szałasem płonie ogień, paruje woda w manierce i tli się „Virginia” w fajce.
Na brzegu wokół mojego obozowiska rozciągnięte są potykacze, na których dyndają metalowe fragmenty oporządzenia. Prymitywne, ale może nikt nie podejdzie mnie we śnie.
Jest cicho. Nienaturalnie cicho i pusto. Czasem tylko pluszcze woda i krzyczy jakiś ptak. Łapię się na tym, że mówię do siebie.
Chyba nigdy nie byłem tak długo zupełnie sam. W domu nawet samotny człowiek bez przerwy słyszy mowę. Mówią przedmioty, sprzęty domowe. „Klucze! Brakuje kluczy!” — wykrzykuje czip wprasowany w kurtkę, kiedy wychodzisz z domu. Gada dom, lodówka, telewizor, samochód.
Kiedy byłem mały, te wszystkie rzeczy jeszcze na dokładkę usiłowały człowieka pilnować i wychowywać. Takie były czasy. „To czwarta puszka piwa!” — rugała mojego ojca lodówka. — „Jedno piwo to jedna jednostka alkoholu i stanowi równowartość dwudziestu pięciu setnych grama czystego spirytusu! Nawet taka ilość może być groźna dla zdrowia!”. Szlag mógł trafić. Zwłaszcza w środku nocy. Dlatego ojciec zaklejał taśmą kody kreskowe na opakowaniach i lodówka nie mogła podliczać mu cholesterolu, cukru, trójglicerydów i jednostek alkoholu.
Na kolację żuję suszoną kiełbasę z sucharem, popijam wodą z miodem i rakiją. Patrzę w ognisko. Potem w czyste wreszcie niebo, pełne obcych gwiazd, rozsypanych przypadkowo jak garść popiołu.