Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 98
Перейти на страницу:

Stali na brukowanym dziedzińcu, kiedy wchodził do łaźni i trzasnął za sobą drzwiami. Słychać było, jak zapiera czymś drzwi.

Klan Szalonego Krzyku stał na dziedzińcu i patrzył na łaźnię.

Padał deszcz.

Rano przestało padać, ale wszyscy dalej stali, milcząco i bezradnie.

Wreszcie stopniowo się rozeszli. Trzeba w końcu jakoś żyć. Otwarto bramę, pasterze wyprowadzili krowy i kozy. Zaczął się jakiś ruch. Spod strzech chałup zaczął sączyć się dym.

Tylko z dworu dobiegało już zawodzenie kobiet i głos bębenka Wiedzącej. Książę miał wyruszyć w daleką drogę.

Ktoś zaprzągł wołu do porąbanego trupa potwora i odciągnął kawałek od grodu. Najmędrsi i najodważniejsi woje poszli tam z rogami piwa w dłoniach, żeby dźgać ścierwo włócznią, gapić się i wymieniać fachowe uwagi.

Późnym rankiem drzwi łaźni otworzyły się i ukazał się Drakkainen. Utykał trochę na jedną nogę, ale szedł pewnie, objuczony sakwami i torbą, w pełnej zbroi, z siodłem na ramieniu. Dalej miał kamienną twarz i nadal się nie odzywał.

Grisma zastąpił mu drogę.

— Mój syn umarł wczoraj w nocy — oznajmił.

— Widziałem — warknął Drakkainen.

— Umarł po to, żebyś ty z nami został. Jesteś mi to winien — zaczął Grisma, ale zobaczył minę Vuka i przerwał.

Ten rzucił siodło na ziemię i szybkim, wężowym ruchem wydobył miecz. Tylko trochę — na pięć palców, ale Grisma odskoczył gwałtownie do tyłu. Pozostali też się cofnęli.

— Spróbuj mnie zatrzymać, królu — powiedział Drakkainen cichym, strasznym głosem. — A obiecuję ci, że jeszcze dziś do południa nie będzie plemienia Szalonego Krzyku.

Grisma milczał.

Nitj’sefni schował miecz i zarzucił siodło na ramię. Odszedł wzdłuż strumienia, nie oglądając się za siebie i nikt go nie zatrzymywał. Mówili, że mgła szła za nim.

Rozdział 3

Koń, kruk i człowiek

Szronogrzywy zwie się, co dnia każdego

noc bogom przynosi;

Piana rosy ze swego pyska parska każdego poranka

o brzasku nad dolinami.

Pieśni o Wafthrudnirze (Vafthrudnismál)

Pierwszy postój robię przynajmniej o trzy godziny marszu od Dworu Szalonego Krzyku. Dla pewności.

Siedzę na skale i moczę zwichniętą kostkę w lodowatej wodzie fiordu. Niska temperatura przynosi ulgę i wspomaga też gojenie.

Chodziło nie tylko o to, żeby nie widzieli, jak kuśtykam, jak wlokę się, podpierając kijem, jak szukam w krzakach odosobnienia, walcząc z nadpsutym mięsem buntującym kiszki. W moim podręczniku przetrwania stanowczo brakowało rozdziału: „Rośliny zielne Wybrzeża Żagli, mogące bezpiecznie zastąpić papier toaletowy”. Chodziło też o to, że sam mam ich dosyć.

Już mam zdecydowanie zbyt wiele materiału do uporządkowania.

Myślę o halucynacjach. Jestem pewien, że część tego, co widziałem, musiało pochodzić z mojej głowy. Zwłaszcza upiory — jakby prosto z płócien szalonego Holendra. Możliwe też, że toksyczne działanie mgły może prowokować do ataku niektóre zwierzęta. Choćby tego niedźwiedziowatego Bigfoota.

Należałoby pobrać próbki i zbadać skład. Za pomocą cyfrala może mógłbym to do pewnego stopnia zrobić, ale to ryzykowne i głupie.

Boję się.

Zresztą mgła to nie mój problem.

Mój problem to czworo ludzi, zagubionych gdzieś w puszczach Wybrzeża. Przynajmniej wiem, że idę śladem van Dykena.

Tropem, liczącym sobie dwa lata.

Wyobraźmy sobie halucynogen, który daje trwałe objawy. Na moich oczach pomidor zamienia się w pająka, potem zatrucie mija, ale już zawsze widzę owoc jako pomidorowego pająka. Trwałe uszkodzenie postrzegania. Co więcej, to samo widzą inni, którzy dostali się pod działanie trucizny. Przychodzi ktoś nowy i dla niego to nadal pomidor.

Książę zestarzał się i rozsypał na moich oczach, ale może po prostu trzasnął na zawał, a cała reszta to urojenie?

Rzeka sunie leniwie między wysokimi, skalistymi brzegami, wśród kamieni rosną pokręcone sosny, czepiające się korzeniami resztek gleby. Przypomina mi to Finlandię.

Wakacje u dziadka Vaainamoinena. Gdyby tu był, zaraz poszedłby na ryby.

Szlak, wijący się pomiędzy kamieniami i skałami, to mordęga dla kogoś ze zwichniętą kostką. Z mojej wewnętrznej mapy wynika, że czekają mnie przynajmniej dwa dni marszu. Z tą nogą może i trzy.

Wędruję, przystając co dwie godziny. Mógłbym iść szybciej, ale nie ma się do czego śpieszyć. Po raz pierwszy w życiu czuję, że dzień w tę czy we w tę nie ma znaczenia.

Muszę wkrótce coś upolować albo złowić. Skromny żelazny zapas nie wystarczy na długo.

Marzę o wierzchowcu. O przysadzistym, jeleniowatym stworze dziwnej maści, na jakich tu jeżdżą.

Królestwo za konia.

Złoto za konia.

Myśl o koniu staje się pomału moją obsesją. W tej części Wybrzeża nie ma dzikich wierzchowców. Żadnych stad mustangów. Tylko skały, drzewa i rzeka. Rzeka płynąca do morza. Przychodzi mi do głowy, by zbudować tratwę i spłynąć z nurtem do ujścia, gdzie jest port. Przynajmniej jakąś dłubankę. Kanoe.

Jednak pomysł budowy łodzi nie zagłusza obsesyjnych myśli.

Wolę konia.

Marzę o koniu.

Mam tylko maczetę — solidną tratwę będę budował z tydzień. Szybciej dotrę na miejsce piechotą.

Maszeruję pomiędzy kamieniami i z nudów wizualizuję wierzchowca. Element pozytywnego myślenia. W duszy słyszę tętent, parskanie, widzę, jak cwałuje z wyciągniętymi nogami i rozwianą grzywą.

Koń. Królestwo za konia.

O zmierzchu nad rzeką unosi się mgła. Mgliste pasma i kłęby, i na ten widok zaczyna mi bić serce, ale to zwykły, wieczorny opar. Nie ma gwałtownego spadku temperatury, nie ma halucynacji.

Znajduję zarośnięty trawą cypel i buduję sobie szałas na brzegu. Wiążę czubki małych drzewek i mocuję je do pokręconego pnia większego, podobnego do wierzby, potem okładam dach iglastymi gałęziami. Warstwą takich gałęzi wykładam też podłogę namiotu.

Gdybym tylko miał kawał swojego spadochronu... Cóż to byłby za namiot.

Po godzinie przed szałasem płonie ogień, paruje woda w manierce i tli się „Virginia” w fajce.

Na brzegu wokół mojego obozowiska rozciągnięte są potykacze, na których dyndają metalowe fragmenty oporządzenia. Prymitywne, ale może nikt nie podejdzie mnie we śnie.

Jest cicho. Nienaturalnie cicho i pusto. Czasem tylko pluszcze woda i krzyczy jakiś ptak. Łapię się na tym, że mówię do siebie.

Chyba nigdy nie byłem tak długo zupełnie sam. W domu nawet samotny człowiek bez przerwy słyszy mowę. Mówią przedmioty, sprzęty domowe. „Klucze! Brakuje kluczy!” — wykrzykuje czip wprasowany w kurtkę, kiedy wychodzisz z domu. Gada dom, lodówka, telewizor, samochód.

Kiedy byłem mały, te wszystkie rzeczy jeszcze na dokładkę usiłowały człowieka pilnować i wychowywać. Takie były czasy. „To czwarta puszka piwa!” — rugała mojego ojca lodówka. — „Jedno piwo to jedna jednostka alkoholu i stanowi równowartość dwudziestu pięciu setnych grama czystego spirytusu! Nawet taka ilość może być groźna dla zdrowia!”. Szlag mógł trafić. Zwłaszcza w środku nocy. Dlatego ojciec zaklejał taśmą kody kreskowe na opakowaniach i lodówka nie mogła podliczać mu cholesterolu, cukru, trójglicerydów i jednostek alkoholu.

Na kolację żuję suszoną kiełbasę z sucharem, popijam wodą z miodem i rakiją. Patrzę w ognisko. Potem w czyste wreszcie niebo, pełne obcych gwiazd, rozsypanych przypadkowo jak garść popiołu.

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)