Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Omójboże, ja też. Mają najlepsze sałatki na świecie. Cześć, jestem Elisa. – Podała rękę Penelope.
– Strasznie przepraszam, niezręcznie się zachowałam. – Zaczerwieniłam się, zdając sobie sprawą, że dla Penelope musiało to zabrzmieć śmiesznie. – Penelope, to Elisa. Przez cały tydzień pokazywała mi, jak przeżyć. Eliso, to Penelope, moja najlepsza przyjaciółka.
– Ooo, boski pierścionek – stwierdziła Elisa, chwytając lewą dłoń Pen zamiast prawej i delikatnie obmacując masywny kamień. – Blask tych karatów jest oślepiający! – Pen prezentowała swój trzykaratowy „znośny” kamień i zaciekawiło mnie, co Elisa pomyślałaby o jej drugim pierścionku.
– Dzięki – odparła Penelope, wyraźnie zadowolona. – Właśnie się zaręczyłam… – Ale zanim zdążyła skończyć, Davide chwycił Elisą od tyłu i owinął ramiona wokół jej cieniutkiej talii, uważając, żeby nie ścisnąć jej za mocno i nie złamać. Nachylił się i szepnął Elisie coś do ucha, a ona ze śmiechem odchyliła głową do tyłu.
– Davide, kochanie, zachowuj się! Znasz Bette. A to przyjaciółka Bette, Penelope.
Wszyscy udaliśmy, że wymieniamy podwójne pocałunki, ale Davide ani na sekundę nie oderwał wzroku od Elisy.
– Nasz stolik. Jest gotowy – oznajmił chrapliwie z tym włoskim akcentem, klepiąc Elisą po chudym tyłeczku i znów pochylając idealną twarz w stronę jej szyi. – Wejdźcie, kiedy będziesz finito. - Cały czas miałam wrażenie, że z jego akcentem coś jest nie w porządku. Wydawało się, że wędruje między francuskim a włoskim i wraca do francuskiego.
– Skończyłam – zanuciła radośnie Elisa, rzucając papierosa pod stół. – Chodźmy.
Mieliśmy stolik na siedem osób schowany w dalekim kącie. Elisa natychmiast mnie poinformowała, że ludzie marginalnie ocierający się o klasę mają obsesję na punkcie stolików od frontu restauracji, ale ci z prawdziwą klasą proszą o stoliki z tyłu. Skye, Davide i Leo stanowili resztę grupy, która pracowała nad imprezą z okazji książki Candance Bushnell poprzedniego wieczoru, i z ulgą zauważyłam, że tylko Elisa i Davide są parą. Wszyscy popijali drinki i o coś się kłócili, sprawiając wrażenie wyluzowanych w sposób, w jaki potrafią być tylko ludzie naprawdę pewni siebie. I oczywiście nikt nie był ubrany na czarno. Skye i Elisa miały na sobie niemal identyczne krótkie sukienki, jedna jasnokoralową, do tego cudowne srebrne buty na obcasie, a druga w kolorze idealnej akwamaryny z dobranymi sandałami, których wiązanie sięgało do połowy łydki. A mieliśmy połowę października i chłodny wieczór. Nawet faceci wyglądali, jakby przed kolacją wpadli do Armaniego. Davide jako jedyny nosił do pracy garnitur i wciąż miał na sobie ten grafitowoszary. Chociaż był znacznie bardziej obcisły niż coś, co włożyłaby większość Amerykanów, na jego wysokiej muskularnej sylwetce wyglądał znakomicie. Leo stanowił idealną kombinację tego, co modne i na luzie, w opiętych dżinsach Seven, ciasnej koszulce Vintage z napisem „Wietnam: wygrywaliśmy, kiedy wyjeżdżałem” i nowych pomarańczowych pumach dla facetów. Podeszłam, żeby zająć ostatnie wolne miejsce obok Leo, ale on podniósł się bez wysiłku, nie przerywając rozmowy, ucałował mnie w oba policzki i wysunął krzesło najpierw dla mnie, potem dla Penelope, która wyraźnie bardzo starała się zachowywać, jakby wszystko to było dla nas stałym elementem wieczoru. Kiedy usiadłyśmy, Leo wręczył nam menu i skinął na kelnera, żeby przyjął zamówienie na drinki, chociaż nadal ani na chwilę nie przerwał rozmowy.
Wysiliłam mózg, starając się wymyślić coś choćby w przybliżeniu modnego, ale po latach picia wyłącznie ginu z tonikiem z moim wujkiem okazało się to niemożliwe. Ostatnio modny był absolut, prawda?
– Ee, proszę absolut z sokiem grejpfrutowym – wymamrotałam, kiedy kelner spojrzał najpierw na mnie.
– Naprawdę? – zapytała Elisa, przyglądając mi się szeroko otwartymi oczami. – Tu chyba nawet nie podają absolutu. Może weźmiemy na początek kilka butelek wina?
– Och, jasne. Byłoby świetnie. – Cios numer jeden.
– Nie przejmuj się, ja chciałam zamówić piwo – nachylając się, szepnęła Penelope. Wybuchnęłam śmiechem, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałam.
Davide rozmawiał z kelnerem, posługując się swoim włoskim z czwartej klasy, uzupełniając wypowiedź ruchami dłoni i w pewnym momencie całując czubki własnych palców, jakby sama myśl o tym, co zamówił, była tak smakowita, że nie sposób się jej oprzeć. Elisa i Skye wpatrywały się w niego z uwielbieniem. Na potrzeby reszty nas, monojęzycznych idiotów, przeszedł na swój sztucznie akcentowany angielski.
– Zamówiłem na początek trzy butelki tego chianti, jeśli to wam odpowiada. A tymczasem wolicie gazowaną czy niegazowaną?
Elisa odwróciła się do mnie i wyszeptała:
– Davide pochodzi z Sycylii.
– Och, naprawdę? To ciekawe – stwierdziłam. – Czy jego rodzice nadal tam mieszkają?
– Nie, nie, mieszka tu od czwartego roku życia, ale wciąż ma wiele uczucia dla kraju swojego urodzenia.
Zliczono głosy dotyczące preferencji co do butelkowanej wody – rozsądnie powstrzymałam się od stwierdzenia, że wystarczy mi stara poczciwa kranówa – i Davide zamówił po trzy butelki obu rodzajów. Wedle moich obliczeń wydaliśmy już prawie trzysta dolarów, a nie zamówiliśmy nawet przystawek.
– Świetny wybór wina, Davide – pochwaliła Skye, stukając wymanikiurowanymi paznokciami w klawiaturę telefonu. – Osobiście za nie ręczę. Od lat spędzamy lato w Toskanii i innego nie tykam. – Skupiła całą uwagę na telefonie, który dzwonił, i wepchnęła go do torby, rzucając pełne niesmaku spojrzenie na numer widoczny na wyświetlaczu.
Zajęłam się badaniem menu, rozmyślając, czy wszyscy pracownicy Kelly & Company są w posiadaniu wielkich funduszy powierniczych. Nie mogłam dorzucić niczego na temat subtelności chianti. Koncepcja spędzania lata moich rodziców obejmowała jazdę samochodem z Poughkeepsie nad jezioro Cayuga w Ithaca, gdzie na ganku urządzali wegańskie barbecue z miejscowymi i popijali herbatkę z lukrecji. Nie ma to jak puścić tygodniową wypłatę na posiłek, na który od początku nie miało się ochoty.
– No więc, jak wielka była wczorajsza porażka? – zapytał Davide. – Bo, rozumiecie, jakie są szanse, że nie pokaże się ani jedna osoba ze sław kategorii A?
– Było parę osób z obsady Seksu w wielkim mieście - z namysłem przypomniał Leo.
– Ee, przepraszam, ale nie uważam, żeby Chris Noth i John Corbett liczyli się jako klasa Al – stwierdziła Skye. – Widziałeś Sarah Jessicę Parker? Nie! A poza tym SWWM – naprawdę użyła skrótu – jest taki przebrzmiały. Całość to był jeden wielki koszmar.
Warner Brooks złożyli zamówienie na urządzenie przyjęcia z okazji wydania czwartej powieści Candance Bushnell i najwyraźniej wynikło fatalne nieporozumienie. Ponieważ nie zajmowałam się tym od początku, wzięłam tego wieczoru udział w innej imprezie, kolacji powitalnej dla dyrektora jednego z nowych klientów Kelly & Company.
Leo westchnął.
– Wiem, oczywiście masz rację. Zrobiło się po prostu tak… tłoczno!
– Tak, no właśnie, prawda? Bo kim były te wszystkie dziewczyny na zewnętrznym patio? Dosłownie atakowały szampana. Można by pomyśleć, że nigdy wcześniej nie widziały bąbelków. A ci dwaj faceci z akcentem ze Staten Island, którzy wszczęli bójkę? Paskudne – dodała Skye.
– Tak, Penelope, niczego nie straciłaś – zapewniła Elisa, chociaż Penelope wyraźnie nie miała pojęcia, o czym wszyscy dyskutują. – Ale taka już uroda książkowych imprez. Wydawcy są zwykle tak bardzo poza obiegiem, że nie mają pojęcia, czy impreza przyciągnęła właściwych ludzi, czy nie.
Davide subtelnie sączył wino i potakiwał.