Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
podskakiwały, zderzając się z czarnym materiałem spodni. Każde kolejne pchnięcie
wprawiało całe to drobne ciało w drgawki i niekontrolowane spazmy. Lśniący członek
raz po raz zanurzał się w maleńkim, zaczerwienionym otworze, rozpychając go i
brutalnie torując sobie drogę przez wnętrze chłopca. Długie palce zaciskały się na
jego bladej skórze na pośladkach, wbijając się w miękkie ciało i zostawiając na nim
brunatne ślady. Potter skamlał i wił się, jego gardłowy krzyk sprawiał jedynie, że
pchnięcia coraz bardziej przyspieszały.
Ale w tej ogłuszającej kakofonii krzyków przyjemności i bólu rozległ się zupełnie inny
dźwięk.
Śmiech.
Wysoki, lodowaty, wbijający się w umysł i zdzierający z niego wszelkie osłony.
Jakikolwiek opór przed nim mógłby się zakończyć jedynie szaleństwem.
Śmiech wzmagał się. Kiedy osiągnął punkt krytyczny, brzmiał tak, jakby zamienił się
w miliony drobnych, ostrych igieł, przekłuwających każdy nerw w ciele i paraliżujący
je.
I wtedy zaczął słabnąć. Fale bólu powoli odpływały, osłony na nowo się wznosiły.
Severus Snape otworzył oczy. Jedyną zauważalną reakcją na to, czego przed chwilą
doświadczył, było kilkukrotne zaciśnięcie powiek i pulsująca na skroni żyła.
Lord Voldemort stał kilka kroków przed nim i uśmiechał się szeroko, co w tym
wypadku wcale nie oznaczało radośnie. Jego uśmiech przypominał raczej czającego
się tuż pod powierzchnią wody rekina, gotowego w każdej chwili zaatakować i
zmiażdżyć ofiarę swoimi potężnymi szczękami.
- Ssseverusie... - zaczął, podchodząc powoli do stojącego przed nim Śmierciożercy,
którego szata wciąż jeszcze splamiona była krwią zamordowanych dwie godziny
wcześniej mugoli podczas jednej z wielu podobnych akcji. Na białej masce, którą
mężczyzna trzymał w dłoni, widniały czerwono-czarne smugi, pozostawione przez –
teraz już zaschnięte - krople krwi. Jego nieruchoma, wpatrzona w dal twarz
przypominała taką sama maskę. - Sprawiłeś mi dzisiaj ogromną satysfakcję.
Zasłużyłeś na nagrodę.
Severus pokornie pochylił głowę.
- Radość z powodu tego, że znów mogłem ci to pokazać, jest całkowicie
wystarczającą nagrodą, mój Panie.
- Ja nie rzucam słów na wiatr. W nagrodę pójdziesz z Bel atriks do Grenualdy
Thumb, aby wyciągnąć z niej interesujące mnie informacje oraz odnaleźć coś, co
powinno należeć do mnie. Bella zna szczegóły, więc zgłoś się później do niej.
Snape przytaknął.
- Bardzo dziękuję, Panie. To będzie dla mnie zaszczyt.
- Czy ten stary głupiec domyśla się czegoś?
W oczach Snape'a błysnęła zimna satysfakcja. Pokręcił głową.
- Wszystko idzie zgodnie z planem. Dumbledore jest tak pochłonięty główkowaniem,
organizowaniem sił i przygotowaniami do wojny, że nie zauważyłby w swoim
gnieździe zepsutego jajka, nawet gdyby mu je podsunąć pod brodę. Te akcje
znakomicie odwracają jego uwagę od najistotniejszych rzeczy. Od chłopaka.
- Znakomicie. - Voldemort ponownie wyszczerzył w uśmiechu swoje żółtawe,
przypominające rząd kłów zęby. - Ale na wszelki wypadek trzeba całkowicie uśpić
jego czujność. Powiesz mu, że przygotowujemy atak na siedzibę Międzynarodowej
Federacji Quidditcha.
- A przygotowujemy? - zapytał Severus z uprzejmym zainteresowaniem.
- Przygotujemy. Trzeba podsunąć mu jakiś smakowity kąsek. Poświęcimy
Legerpholta i Adraughta. I tak już mi się do niczego nie przydadzą. Ale cóż to znaczy
wobec tego, co otrzymam w zamian? - W jego czerwonych oczach rozbłysły zimne
iskry. - Jeszcze tylko niewiele ponad półtora miesiąca, Severusie, i będę ją miał. -
Zakończone długimi szponami palce Voldemorta zacisnęły się w pięść. - Krew
Pottera. Jego moc. Jego siłę. A wtedy cały świat padnie mi do stóp, a Albus
Dumbledore nie będzie stanowił już dla mnie żadnego zagrożenia. Zmiotę go z
powierzchni ziemi samym tylko spojrzeniem. - Jego głos unosił się w powietrzu,
rozbłyskując iskrami gniewnej mocy, kiedy coraz bardziej pogrążał się w swych
wizjach.
Snape czekał cierpliwie z krzywym, lecz pozbawionym krztyny zwyczajowego
szyderstwa uśmieszkiem. Był to raczej uśmiech kogoś, kto cieszy się z dobrze
wykonanego zadania.
- Kiedy "przeprowadzimy" ten atak? - zapytał po chwili.
- Pojutrze o północy. Wyślę tam kogoś, kogo strata nie będzie dla nas zbyt dotkliwa.
Wejdą głównym wejściem. Z pewnością sam wymyślisz jakieś wytłumaczenie dla
tego starego głupca. Tak mu się już miesza w głowie, że jeszcze w końcu gotów
byłby pomyśleć, że zamierzam wykraść partię mioteł. Musisz go przekonać i wziąć
udział w walce, stojąc po jego stronie. I dopilnujesz, by Legerpholt i Adraught zginęli.
Nie możemy pozwolić na to, aby Aurorzy wzięli ich w obroty, nawet jeżeli
Veritaserum, które dla nich warzysz, ma o połowę słabsze działanie. Zawsze mogą
użyć na nich Legilimens Evocis, a tego byśmy nie chcieli.
- Zostaw to mnie, Panie - odpowiedział Snape.
- A co z Miksturą Wyostrzenia?
- Brakuje mi jednego składnika. Wywaru z trupojada. Myślę, że z pewnością znajdę
go na Nokturnie. Udam się tam zaraz po naszym spotkaniu.
- Dossskonale, dossskonale. Jeżeli to już wszystko, to możesz odejść i przyślij do
mnie Malfoya.
- Tak, Panie. - Severus pokłonił się i wycofał z komnaty. Kiedy znalazł się za
drzwiami, wyprostował się i ruszył zdecydowanym krokiem przez długi, pogrążony w
mroku korytarz, wyglądając tak, jakby wtapiał się w panującą wokół gęstą ciemność.
***
Aportował się prosto przed sklepem, do którego zmierzał. Za zabrudzoną,
zaśniedziałą szybą wystawową stały wszelkiego rodzaju zakurzone słoje i butelki
wypełnione nieokreślonymi substancjami. Obrzucił badawczym spojrzeniem ciemny
zaułek ze skulonym pod murem, mamroczącym do siebie czarodziejem w
łachmanach, wokół którego unosił się odór uryny oraz innych ekskrementów. Było już
ciemno. Przebywanie na Nokturnie o tej porze równało się z samobójstwem, jeżeli
tylko znalazłby się tutaj ktoś niepowołany. Ale stojący przed sklepem z najbardziej
zakazanymi i śmiercionośnymi składnikami eliksirów, odziany w splamioną krwią
szatę Śmierciożercy mężczyzna wyglądał na tak obeznanego z tym miejscem i tak
pewnego siebie, jakby wiedział, że bez wątpienia nie spotka tutaj nikogo bardziej
niebezpiecznego niż on sam.
Przez krótką chwilę lustrował jeszcze pozostałe całkowicie wyludnione, ciemne i
brudne, cuchnące fekaliami zaułki, przez które co jakiś czas przemykał nienależący z
pewnością do żadnego człowieka cień, po czym wszedł do środka.
Stojący przy ladzie niski człowieczek z bardzo długą, przerzedzoną siwą brodą
podniósł obojętnie wzrok i w momencie, kiedy to zrobił, jego oczy rozszerzyły się
gwałtownie, tak jakby ujrzał właśnie Lorda Voldemorta we własnej osobie.
- Och, pan Snape - zaskrzeczał chrapliwie. - Jakiż to dla nas zaszczyt. Cooper!
Chodź tu natychmiast! - krzyknął w stronę znajdującego się za nim zaplecza. Niemal
w tej samej chwili w drzwiach pojawił się przygarbiony, całkowicie łysy osobnik o
wyglądzie kulejącej jaszczurki.
- Och, pan Snape. - Zaklaskał w wielkie jak łopaty dłonie, pochylając się tak nisko, że
niemal dotknął nosem podłogi. - Czego pan sobie życzy tym razem?
- Potrzebuję wywaru z trupojada - odpowiedział beznamiętnym tonem mężczyzna,