Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
I wtedy oberwał.
Dopiero kiedy upadł po długim, idiotycznym locie, ciągnącym się bez końca w spowolnionym czasie, zrozumiał, że jest niedobrze. Ból napłynął gdzieś z kostki długą, mdlącą falą i już został.
Zlekceważyłeś to bydlę, skarcił się w myślach. Odpuściłeś sobie, pompatyczny durniu.
Próbował wstać, ale upadł z powrotem na mokrą trawę. Zmienił pozycję, ale w tym momencie rozczapierzona łapa, czarna jak skórzana rękawica, spadła mu na pierś, przygważdżając do ziemi.
Głupio tak, pomyślał Drakkainen, szkoda.
„Giną ci, którzy przestają myśleć” — mówił Levisson. Do miecza było za daleko. Wyciągnął dłoń, nie spuszczając wzroku z paskudnego, płaskiego jak ludzka twarz, niedźwiedziowatego pyska. Z przeciętej tętnicy buchał pulsujący strumień, ale część posoki powoli, szybującymi w nocnym powietrzu kroplami, wsiąkała w futro i kapała na twarz Wędrowca.
Miecz leżał za daleko.
Nie przestawaj myśleć.
Zarzucił zdrową nogę na przyciskające go do ziemi ramię i zrobił potworowi dźwignię na łokieć.
Równie dobrze mógłby chcieć złamać filar mostu.
Czarne wargi uniosły się, odkleiła się od nich kropla lepkiej śliny, a Drakkainen niby urzeczony patrzył, jak pojawiają się kły, a potem stożkowaty, częściowo wyliniały łeb, wielki jak ceber, spada na niego, prosto na jego głowę.
Szczęki zatrzasnęły się.
Na skorupie karwasza, którym Drakkainen się zasłonił. Ochraniacz pod warstwą udającego blachę tytanu miał modyfikowany, siedemnastowarstwowy laminat. Szkielet o strukturze plastra miodu, wypełniony prasowanym arachnidem. Ciekawe, jakie to bydlę miało nacisk szczęk.
Karwasz zatrzeszczał. Lada chwila pęknie, a wtedy ramię Vuka po prostu rozbryźnie się niczym pomidor.
Sięgnął drugą ręką i wetknął ją w ranę na szyi potwora, po czym namacał tam w środku cokolwiek i szarpnął.
Stwór wyprostował się nagle i na chwilę uniósł łapę przygważdżającą Wędrowca do ziemi, wydając z siebie grzmiący ryk. Nie poruszał się specjalnie szybko. Miażdżący nacisk powoli ustąpił, łapa podjechała w górę, a w tym czasie Drakkainen zdążył poderwać zdrową nogę, odepchnąć się od tułowia bestii i pojechać plecami po mokrej trawie, rozcinając sobie skórę o jakiś korzeń.
Miecz leżał w trawie, nietknięty.
Rozminęli się w ataku. W zwolnionym tempie wydawało mu się, że potwór człapie jak bawół krok za krokiem, wyrywając strzępy darni i rozbryzgując błoto. Sam wykręcił ciężki, zezowaty unik, skacząc na jednej nodze i ciął poziomo przez brzuch.
Potwór walił się do przodu sennie, powoli jak wysadzony budynek, uderzył o ziemię z łomotem, od którego wszystko zadrżało. Mięśnie i futro zafalowały od wstrząsu, w górę wyleciały bryzgi mokrej ziemi i koziołkujące patyki.
A potem krople pomknęły normalnie, wrócił szum deszczu i wrzaski wojów stojących na podeście.
Trącił łeb potwora czubkiem buta, doskonale wiedząc, że to idiotyzm, ale nic się nie stało. Zwierzę jak zwierzę. Żaden tam Obudzony.
— Aleś ty brzydki — mruknął Drakkainen. — Chyba niepodobny do taty.
Przez chwilę siedział, dysząc ciężko.
Niedługo.
Grismalfi stał samotnie przed bramą z wyciągniętym mieczem, jakoś żałośnie i bezradnie.
Na podeście zapadła martwa cisza. Straszna. Nawet psy umilkły.
Przed chłopakiem wyrósł wysoki, chudy stwór w czarnej, mokrej pelerynie z głową wyglądającą jak szczurza czaszka. Trzymał coś, co przypominało jakiś instrument muzyczny podobny do masywnego fletu.
Bardzo ciężko jest biec, kuśtykając na jednej nodze, z obnażonym mieczem. Zwłaszcza po kilku minutach przyspieszenia.
Istota stojąca przed bramą uniosła piszczałkę i wydała z niej dźwięk, który brzmiał jak krzyk kobiety. Przerażający, pełen udręki i strachu, tylko dłuższy niż mogą wydać z siebie ludzkie płuca.
Drakkainen biegł.
W powietrzu unosił się upiorny lament, a Grismalfi stał z uniesionym mieczem.
I starzał się.
Starzał się z trzaskiem. Z chrzęstem podobnym do odgłosu płonącej trawy. Błękitne włosy blakły i pokrywały się srebrem siwizny, skóra marszczyła się głębokimi bruzdami, miecz dygotał w coraz bardziej pajęczych palcach, na końcach których rosły połamane, żółtawe paznokcie, zwijając się w haki. Z półotwartych ust wypadały mu zęby, jeden po drugim, ciągnąc nitki gęstej krwi i śliny.
Drakkainen biegł. Unosząc w powietrzu skręconą nogę, kuśtykając i podskakując.
Nawet ubranie Grismalfiego się starzało. W jednej sekundzie pokryło się plamami, metalowe okucia poczerniały, hafty straszyły strzępami zetlałych nitek.
A nad tym wszystkim unosiła się niekończąca się skarga jak krzyk torturowanej banshee.
Vuko dobiegł i zatrzymał się w pozycji kota, pozwalając wywichniętej nodze ledwo dotykać ziemi.
Pod przyspieszeniem skarga była niskim, wibrującym buczeniem pełnym infradźwięków.
Nie zdążył.
Zanim klinga opadła, przecinając śpiew upiornego grajka, ten urwał nagle i zaczął się rozsypywać.
To nie był pył.
Grajek o głowie w kształcie szczurzej czaszki rozpadał się na ćmy. Pękate, o lśniących metalicznie odwłokach i skrzydłach jak maleńkie, czarne peleryny. Setki małych owadów odlatujących w noc.
Miecz przeciął pustkę.
Grismalfi leżał nieruchomo na ziemi, z wyblakłymi, czarnymi oczami patrzącymi w deszczowe niebo. Nie mrugał mimo drobnych kropli deszczu prószących mu prosto w źrenice.
Był bardzo lekki jak pusta skorupa. Przypominał zrzuconą wylinkę węża, ale rysów twarzy nie byłoby łatwo rozpoznać. Wyglądał jak mumia.
Mgła się rozwiała. Pozostał tylko deszcz.
Vuko uderzył czołem hełmu w tę część bramy, na której nie było kolców, i usłyszał w środku zgrzyt rygli.
Rozstąpili się w milczeniu, kiedy szedł, kuśtykając, z martwym księciem na rękach.
Położył go na stole w wielkiej halli tuż przy wygasłym palenisku.
Patrzył, jak wchodzą za nim, stając pod ścianami, jakby bali się podejść.
— To twój syn, Grismo! — krzyknął Drakkainen. Szczęki mu pulsowały. — Miał rządzić po tobie, ale zginął, żeby cię bronić. Zginął, rozpędzając włócznią mgłę. Stając przeciwko burzy. Dźgając mieczem wulkan. Rąbiąc trzęsienie ziemi. Po to, byś mógł mówić, że nigdy się nie cofasz. Nazywał się Grismalfi Deszczowy Ptak.
Odkuśtykał od stołu. Stojący rozstępowali się przed nim, kiedy lazł niezgrabnie na dwór. Patrzyli w milczeniu, jak szuka czegoś po majdanie. Wreszcie znalazł drabinę, potem wszedł do stajni i przyniósł stare tręzle. Stali dookoła, śledząc każdy jego krok. Patrzyli, kiedy obwiązywał nogę rzemieniami i zaczepiał stopę o szczeble drabiny. Przez jakiś czas szukał odpowiedniego ułożenia, w końcu szarpnął całym ciałem, z nogą unieruchomioną między szczeblami. Rozległ się chrupot, a potem zduszony krzyk brzmiący jak głos wilka. Patrzący cofnęli się.
Drakkainen, siedząc, rozwiązał rzemienie i rozmasował sobie kostkę, obracając stopę we wszystkie strony. Potem założył but i wrócił do halli, roztrącając tych, którzy nie zdążyli się cofnąć.
Znalazł kość, na której zostało sporo mięsa, wyschniętą gomółkę sera, pozbierał jakieś nadgryzione cebule, przysunął sobie faskę z ogórkami.
Patrzyli, jak łapczywie rwie placki chleba, jak prosto z dzbana żłopie piwo cieknące mu po brodzie, jak rwie zębami gicz, wgryza się w cebulę.
Nikt nic nie powiedział.
Nawet Grisma.
Potem Drakkainen odsunął od siebie resztki jedzenia, wstał i wyszedł z halli.