Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 104
Перейти на страницу:

Bardziej wymagających i obytych znawców sztuki usługiwania niż moi goście z pewnością nie udało by się znaleźć na całym wielkim świecie. Szczególnie dotyczyło to zacnego Fomy Anikiejewicza.

Muszę wyjaśnić, że my, słudzy, mamy własną hierarchię, zupełnie niezwiązaną ze statusem naszych panów, lecz zależną wyłącznie od doświadczenia i zalet osobistych. I wedle tej hierarchii przewodził wśród nas, bez najmniejszych wątpliwości, Foma Anikiejewicz, sługa jego wysokości Symeona Aleksandrowicza, najmłodszego z wujów cesarza. Luka Jemieljanowicz zajmował mniej więcej ten sam szczebel co ja, a Dormidont, kamerdyner cesarza, przy całym blasku piastowanego przezeń stanowiska, zaliczał się w naszym kręgu jeszcze do podmistrzów. Sam znał swoje miejsce, siedział skromnie, nie opierając się o krzesło, starał się mniej mówić, a raczej słuchać. Ogólna ocena była następująca: zdolny, spostrzegawczy, umie się uczyć i daleko zajdzie. Pochodzi z dobrej dworskiej rodziny, widać to zresztą od razu po jego imieniu - Dormidont Kuźmicz. Wszyscy słudzy dworu otrzymują na chrzcinach najprostsze, stare imiona, żeby na świecie panował właściwy porządek i każda ludzka istota miała imię zgodne ze swym przeznaczeniem. Co to za lokaj czy kelner, który nazywa się - na przykład - Wsiewołod Apołłonowicz albo Jewgienij Wiktorowicz? Tylko śmiech i gmatwanina!

Przez półtora roku nowego panowania Dormidont znacznie poprawił swoją ocenę w oczach dworskich znawców. Ile wart był chociażby ten przypadek w Liwadii, zaraz po agonii poprzedniego cara, kiedy nowy monarcha, kompletnie roztrzęsiony, o mało nie wyszedł do składających kondolencje w pagonach i bez czarnej kokardy! Sielezniow ujął go za łokieć, gdy drzwi już się otwarły, i w ciągu pięciu sekund zamienił pagony na epolety, a w dodatku zdążył przyczepić do akselbantu żałobną krepę. A to byłaby konfuzja!

No, rzecz jasna, do takich ortów jak Foma Anikiejewicz albo nieboszczyk Prokop Swiridowicz jeszcze mu daleko. Fomie Anikiejewiczowi przypadł ciężki krzyż - służyć takiej osobie jak Symeon Aleksandrowicz. Krótko mówiąc, nie do pozazdroszczenia. Ile razy Foma Anikiejewicz ustrzegł jego wysokość od wstydu i sromoty! Jeżeli władza generała-gubernatora Moskwy zachowała jeszcze jakikolwiek autorytet, to tylko dzięki wielkiej księżnej Elżbiecie Fiodorownie i kamerdynerowi.

A o Prokopie Swiridowiczu, który służył jako kamerdyner Aleksandra Wyzwoliciela, krążą wśród nas legendy.

Pewnego razu podczas kampanii bałkańskiej, w samym środku trzeciej bitwy o Plewnę, zbłąkany turecki granat upadł tuż przed cesarzem, który akurat zechciał jeść podwieczorek. Prokop Swiridowicz, jak należy, był obok, trzymając tacę. Na tacy stała filiżanka bulionu, leżały bułeczka i serwetka.

A tu niespodziewanie pojawia się ognista kula! Granat wpadł w porośniętą trawą jamkę - syczy tam, podskakuje, pluje dymem, zaraz wybuchnie. Cała stojąca wokół świta zamarła, tylko jeden kamerdyner nie stracił głowy: nie gubiąc tacy, zrobił dwa maleńkie kroki w stronę jamki i wylał bulion na granat! Lont zgasł. Ale najciekawsze było to, że najjaśniejszy pan, zajęty przekąską, w ogóle tego epizodu nie zauważył i tylko się zdziwił, że w serwowanej filiżance jest tak mało bulionu. Komissarow, który uchylił wymierzony w cara pistolet zamachowca Karakozowa, otrzymał szlachectwo, a Prokop Swiridowicz - jak to się mówi - dostał figę z makiem, ponieważ żaden ze świadków, generałów i fligeladiutantów, nic carowi nie opowiedział. Wstydzili się, że kamerdyner okazał się bardziej śmiały i zdecydowany od nich, a sam Prokop Swiridowicz nie był z tych, co się swoimi zasługami chwalą.

Ale jeszcze większą odwagą ten znakomity służący wykazał się na innym froncie - intymnym. Można powiedzieć: ocalił pokój i harmonię carskiej rodziny. Kiedyś, w imieniny cesarzowej, najjaśniejszy pan popełnił nietakt - wyjmując z kieszeni podarek, pierścień z wielkim szafirem w formie serduszka i inicjałami najjaśniejszej pani, upuścił na podłogę drugi, identyczny, tyle że z inicjałami księżnej Twerskiej.

- Co to, Sandy? - spytała cesarzowa. Miała krótki wzrok i aby przyjrzeć się, co to za kółeczko turla się po dywanie, wyciągnęła z torebki lorgnon.

Najjaśniejszy Pan zamarł i nie znalazł odpowiedzi. A Prokop Swiridowicz szybko się schylił, podniósł pierścionek i natychmiast połknął. Następnie z szacunkiem wyjaśnił:

- To ja jestem winny, wasza cesarska wysokość, wypadło mi lekarstwo. Na nieżyt żołądka. Mam z nim ostatnio spore problemy.

Taki to był człowiek - później sam Pirogow usuwał mu z żołądka pierścień.

Właśnie przykład Prokopa Swiridowicza natchnął mnie, kiedy zeszłego roku, mam śmiałość tak uznać, zręcznie wyratowałem Gieorgija Aleksandrowicza z podobnej katastrofy, która przybrała postać listu od baleriny Snieżniewskiej. Dzięki Bogu, papier nie szafir. Obeszło się bez interwencji chirurga.

Kiedy dołączyłem do szlachetnego grona, rozmawiano o nadchodzących uroczystościach. Dormidont, wyraźnie się denerwując, co zresztą jest w pełni zrozumiałe - nieczęsto mu się zdarzało przemawiać w takim kręgu - opowiadał ciekawostki o najjaśniejszym panu. Foma Anikiejewicz i Luka Jemieljanowicz z przychylnością słuchali. Japończyk, nadymając policzki i wytrzeszczając kose oczka, pił herbatę ze spodeczka. Mademoiselle kiwała głową, ale po oczach można było poznać, że myślami jest daleko stąd (wydaje mi się, że już wspominałem, że przy całym swoim opanowaniu nie w pełni potrafi kontrolować mimikę). Mister Freyby pykał sobie z fajeczki i kartkował książkę.

- ...hartują charakter - mówił Dormidont, kiedy wszedłem do lokajówki. Zobaczywszy mnie, z szacunkiem uniósł się z krzesła, po czym kontynuował: - Sami są bardzo przesądni, ale chcą za wszelką cenę pokonać fatum. Datę przyjazdu do Moskwy specjalnie wyznaczyli na nieszczęśliwy dzień, dzień Hioba Męczennika, a przeprowadzkę z miasta na Kreml - na trzynastego, chociaż można by i wcześniej. Moim zdaniem niepotrzebnie tak kuszą los. Oto i macie wczorajszego Hioba; sami widzicie, czym się zakończył. - I spojrzał grzecznie w moją stronę, widać, przypuszczając, że dalsza, szczegółowa opowieść o tym nieszczęsnym wydarzeniu, które przytrafiło się Zielonemu Domowi, byłaby nie na miejscu.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)