Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 98
Перейти на страницу:

Za drzwiami zabrzmiał wściekły, zawodzący ryk. Przeciągły, wywołujący ciarki na plecach. Taki sam, jaki wydał z siebie książę podczas pojedynku.

— Szalony krzyk... — wyszeptała. A potem jej zęby odsłoniły się w obłąkańczym uśmiechu. — Idą moje dzieci! Przywołałeś je! Nadchodzi zimna mgła!

Drakkainen spojrzał na nią ciężko, nadal trzymając blachę karwasza w zębach, i szarpnął drzwi.

Na majdanie panował kompletny chaos. Można było zobaczyć wojów w hełmach, ale bez gaci albo kompletnie ubranych, za to bez broni. Ludzie biegali we wszystkie strony bez ładu i składu, wpadając na siebie. Zapalono pochodnie w kagańcach wzdłuż częstokołu i teraz majdan zalany był migotliwym światłem jak od pożaru. Mokre pochodnie sypały iskry i kopciły, ktoś przewrócił się o beczkę, ktoś wrzeszczał jakieś komendy, ale nikt go nie słuchał. Nad tym wszystkim wznosiło się ponure buczenie rogu.

Drakkainen znalazł niewybrukowany kawałek dziedzińca i wbił miecz w ziemię, po czym wsunął palce w otwory skórzanej mitenki umocowanej do karwasza.

— Co za burdel... — wymamrotał niewyraźnie po chorwacku, zaciągając zębami paski. Klepnął dłonią w blachy, wyjął miecz i schował go pod pachę. — W środku nocy... A miałem akurat rozbieraną randkę... Z królową, piczku materi...

Ktoś wybiegł zza niego. Vuko trzasnął go płaską dłonią w pierś, zgarnął w garść jego kolczugę i przyciągnął do siebie.

— Co się dzieje?! Gdzie lecisz?!

— Obudzeni... — wybełkotał tamten, zionąc zapachem przetrawionego piwa. — Obudzeni...

— Wszyscy tu już są obudzeni, barania głowo! — warknął Drakkainen. Pchnął tamtego na ścianę łaźni i ruszył do bramy.

Dziki, bojowy wrzask rozbrzmiał ponownie, mrożąc krew w żyłach. Woje zatrzymali się i ucichli na chwilę.

Książę stał w deszczu z mieczem i tarczą w ręku. Półnagi, tylko w futrzanych butach i spodniach. Drakkainen nie poznał go w pierwszej chwili, bo Grismalfi wymalował sobie na twarzy i piersi czarne, szerokie zygzaki. Stał teraz i wydawał z siebie ten upiorny wrzask, od którego dzwoniło w uszach. Odpowiedzieli mu chórem jak stado szakali.

Chyba trochę za mocno go palnąłem, pomyślał Drakkainen z troską.

— Grismalfi, nie! — wrzasnęła piskliwie jakaś dziewczyna i zaniosła się rozdzierającym płaczem.

— Stanę na zgliszczach, ostatni żywy — krzyknął książę. — Nie cofnę się ani nie zapłaczę! Niech płacze świat, niech cofną się wrogowie. Niech staną za mną umarli. Niech pamiętają ci, co zostaną. Obudźcie boga opowieścią o ostatnim żywym! Zapłacz, Hindzie, nad tym, który się nie cofnął! Oto nadchodzę! Ten, który zastąpi drogę! Nie przejdziecie!

To jakiś obrzęd, pomyślał Drakkainen. Pozostali rozstąpili się, dając Grismalfiemu przejście. Strażnicy mocowali się z zasuwą małych drzwi na środku wrót. Najeżonych od zewnątrz żelaznymi kolcami, drewnianych drzwiczek wielkości człowieka. Uchylili je lekko, Grismalfi przecisnął się przez szczelinę i wsiąkł w mrok.

Stłoczyli się na podeście wieży bramnej, żeby popatrzeć, jak bohaterski syn władcy będzie zmywał hańbę wieczornej klęski. Przy kolacji śmiali się z niego, a teraz mają łzy w oczach, kiedy poświęca się w ostatecznym męstwie. Będzie tam stał i odpędzał narkotyczne widziadła, wymachując swoim prostym mieczem. Będzie dźgał mgłę i rozpędzał opar.

Bohater.

Wędrowiec przecisnął się przez zbitą lękliwie grupkę wojów na schodkach i wyszedł na pokład z mokrych żerdzi nad bramą.

Nic nie było widać. Nawet mgły.

Tylko Grismalfiego stojącego w ciemności, z ciałem pomalowanym w czarne zygzaki, krzeszącego pęki iskier ostrzem o brzeg tarczy.

— Tam nic nie ma — powiedział głośno Drakkainen. — Nie ma potworów. To tylko widziadła. Mgła jest trująca.

Spalony Gniew, stojący obok, chwycił go za ramię i, milcząc, wskazał leżącego na podeście bezgłowego trupa strażnika. Tego samego, z którym Drakkainen rozmawiał przed kilkoma godzinami. Nad bramą sterczała połowa rzeźbionej włóczni, ale łapy potwora nie było.

Vuko otworzył usta, jednak nic nie powiedział.

Najpierw pojawiło się przerażone stadko jeleni. Samiec, samica i cztery młode. Wybiegły z lasu i puściły się w stronę fortu, ignorując zupełnie Grismalfiego, jakby ich nie interesował.

Mgła zatopiła nagle drzewa i zalała polanę jak fala powodziowa. Ogarnęła uciekające zwierzęta i, zanim znikły, Drakkainen zobaczył z osłupieniem, że pędzący na przedzie rogacz rozpada się nagle w biegu na idealnie kwadratowe połcie, jakby przebiegł przez siatkę wiązek lasera. Potrząsnął głową.

— Tam nic nie ma — powtórzył.

A potem przypomniał sobie stwora, którego zarąbał. Mgła czy nie, tamto stworzenie było realne i piekielnie niebezpieczne. Zadrapania na skórze wciąż piekły go jak ukąszenia mrówek.

Zrobiło się zimno. Vuko spojrzał przez filtr termiczny i zobaczył, jak przed stojącym z wyciągniętym mieczem Grismalfim gęstnieje słup mgły, jak majaczy w nim coś krzywonogiego, wielkiego i człekokształtnego niczym rozwścieczony goryl górski.

Ktoś wrzasnął. W zwykłym widzeniu stwór był zgęstniałą ciemnością. Kosmatym mrokiem, w którym lśniły tylko rozjarzone czerwienią oczy i palisada potężnych zębów.

— Tam nic nie ma — powiedział Drakkainen po raz trzeci. — To tylko widziadło. Patrzcie, to przeleci na wylot.

Wyrwał pochodnię z kagańca i cisnął prosto w potwora. Huczący płomieniami pocisk przekoziołkował i odbił się od piersi stwora, sypiąc iskrami. Stworzenie przysiadło nieco i wydało z siebie grzmiący, infradźwiękowy ryk niemal na granicy słyszalności, od którego drżało powietrze.

Drakkainen zaklął, wyrzucił miecz za blanki i przeskoczył barierę, starając się nie poharatać o zaostrzone końce pali.

Przyspieszenie spadło na niego jak zasłona, zmieniając lot w senne szybowanie jak opadanie na spadochronie. Ustawił nogi, napiął mięśnie, podwinął język i zacisnął zęby. Z podestu do ziemi nie było więcej niż cztery i pół metra. Pamiętał, że na wprost bramy nie było żadnych pali.

Ziemia napłynęła mu na spotkanie. Zamortyzował upadek przewrotem przez bark i wyrwał swój miecz z ziemi.

Uniósł oręż z boku głowy, patrząc przez sunące ku ziemi krople deszczu, każda lśniła w blasku pochodni jak diament. W wyhamowanym świecie hiperadrenaliny mgła wydawała się sztywna jak zasłona. Krzyk Grismalfiego zmienił się w zawodzenie wieloryba.

Stwór zmaterializował się nagle i ruszył do przodu jak kosmata góra. Przypominał niedźwiedzia jaskiniowego, którego mama zapomniała się z Yeti. Sękata łapa z hakowatymi szponami śmignęła mu obok głowy, drąc zgęstniałe powietrze jak odrzutowiec. Uniknął jej półobrotem, zanurkował przewrotem między nogami potwora i, powstawszy po drugiej stronie, ciął dwukrotnie tam, gdzie powinny być ścięgna.

Ryk bólu brzmiał nisko, wibrująco, aż drżała przepona. Stwór odwrócił się, grzmotnął po gorylemu obiema olbrzymimi pięściami, wzbijając fontanny błotnistej wody, ale Drakkainena już tam nie było. Mokra rękojeść doskonale trzymała się dłoni, a klinga była ostra jak brzytwa. Wiwat zakłady Nordland, producent najlepszych mieczy we wszechświecie.

To tylko zwierzę, pomyślał Vuko. Duże, ale tylko zwierzę.

Ogromny łeb strzelił do przodu, szczęki zatrzasnęły się jak potrzask. W powietrzu poszybowały lepkie, ciągnące się jak nici krople śliny, owiał go ciężki, niemal mineralny smród. Drakkainen uchylił się półobrotem i ciął jedną ręką odwróconym ostrzem tuż pod potężnymi szczękami. Po gardle.

Patrzył, jak z szyi stwora wytryskuje pulsujący strumień czarnej krwi, jak rozpada się na okrągłe krople.

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)