Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 98
Перейти на страницу:

Patrzyły na łapę powieszoną nad bramą.

Drakkainen potrząsnął głową i spojrzał normalnie, bez rozkładu temperatur, tylko przy wzmocnionym świetle.

— Widzisz coś? — zapytał strażnik.

— Mgłę. — Była to prawda.

Znowu widział jedynie mgłę.

Obudził się nagle, pogrążony w ciemności łaźni i dusznym zapachu wygasłego paleniska. Obudził się i nasłuchiwał. Nie usiadł, tylko uchylił powieki i powoli przesunął dłoń, by namacać rękojeść miecza. Łaźnia nie miała okna, a światło wpadające przez dymniki było zbyt słabe, nawet po wzmocnieniu. Spojrzał na rozkład temperatur, ale i tak czuł, że budka jest pusta. To było coś na zewnątrz.

Odwinął koc płynnym, bezszelestnym ruchem i ześlizgnął się z podestu, na którym rozłożył posłanie.

Na zewnątrz cicho, uspokajająco szumiał deszcz. Odzywały się powolne kroki ciężkich butów strażnika. Stuknęło drzewce. Napłynął delikatny odgłos towarzyszący rozcieraniu mokrych, zmarzniętych dłoni. Gdzieś blisko wyłowił cichutki oddech: przez nos, powolny, ale przecież każdy oddech to dźwięk. Lekki szelest ubrania. Mlaśnięcie błota.

Poczuł mrowienie dłoni. Hiperadrenalina. Skoncentrował się, wyhamował nadejście przyspieszenia. Proces można było zatrzymać, ale wymagało to kilku sekund. Ostatnie, czego potrzebował w tej chwili, to trzepotać się po tej łaźni jak nietoperz w klatce, gruchocąc wszystko wokół.

„Twoją jedyną bronią jest mózg — mówił Levisson. — Nie mięśnie, nie miecz, ale mózg. To nie będzie tak jak na filmach. Wiele razy zostaniesz osaczony albo zaskoczony. Stracisz broń albo nie zdążysz jej dobyć. Poznasz smak paniki, porażki, zmęczenia walką. Pamiętaj, giną głównie ci, którzy przestali myśleć. Poddali się. Opuścili ręce. Nigdy nie przestawaj planować. Nawet na sekundę. Wszystko jest bronią. Krzyk, omdlenie, wezwanie pomocy, łyżka albo kawałek szmaty. Każde przetrwanie to zwycięstwo improwizacji”.

Spokojnym ruchem wyciągnął miecz z pochwy i spojrzał na trójkątny wylot jednego z dymników. Po prostu niezabudowaną przestrzeń pod szczytem dachu, trochę za małą, żeby zmieścił się tam człowiek. Na zewnątrz rozległo się plaśnięcie błota. Ktoś tam wdepnął w kałużę.

Rozejrzał się jeszcze raz. Zgaszona lampa. Stos sprzętu w kącie. Podest z rozwłóczonym posłaniem. Kamienne palenisko. Wszystko może być bronią.

W szczelinie drzwi pojawiło się wąskie ostrze noża i zaczęło unosić obrotowy, drewniany rygiel. Leciutko. Tylko tak, żeby wysunął się z haka, ale nie wywrócił w drugą stronę. Potem wystarczyło lekko naprzeć na drzwi. Zawiasy ze skórzanych pasów nie powinny zaskrzypieć.

Intruz wślizgnął się do środka, zamykając drzwi za sobą. A potem bezgłośnie podkradł się do podestu, na którym spoczywał skulony kształt przykryty kocem. W łaźni było kompletnie ciemno, więc przybysz nie mógł zobaczyć Drakkainena stojącego nad drzwiami na ościeżnicy, przylepionego do ściany. Vuko natomiast widział zupełnie wystarczająco. Wsadził ostrze miecza tępą stroną do ust i, wyciągnąwszy przed siebie dłonie, runął płasko na twarz. Wszystko odbyło się w ciszy.

Drakkainen trafił dłońmi na belkę stropową, wyrzucił ciało do przodu, lądując na klepisku, po czym jednym ruchem sięgnął pod pachę intruza, chwytając go za gardło, i zaciskając mu tętnice po bokach tchawicy, ujął miecz. Podbił kolanem nogi napastnika, przewracając go na siebie. Odwrócone w dół ostrze oparło się o tętnicę szyjną. Teraz wystarczył jeden ruch.

Krótki.

Ale ostrze się nie poruszyło.

— Teraz cię puszczę — tchnął Drakkainen delikatnym szeptem. — Ale jeżeli spróbujesz krzyknąć, jeśli poczuję, że twój brzuch się napina, przetnę ci linię oddechu. Nie zdążysz nawet kwiknąć... moja pani.

Puścił ją.

Królowa kaszlała chwilę i rozcierała gardło, klęcząc obok niego ze zwieszoną głową.

Podniósł nóż, który upuściła. Wąski, niezbyt długi. Szydło. Przebije prawie każde ubranie i sięgnie głęboko, ale nie zostawi wiele śladów. Narzędzie skrytobójcy.

Próbowała coś powiedzieć, znowu się zakrztusiła. Zaczerpnął kubek w cebrze z wodą i podał jej.

— Mówił, że przyjdziesz. Mówił, że za nim będą szli inni. Od razu cię poznałam. Nie masz świętych oczu jak on, ale jesteś podobny. Wysoki, o dziwnej twarzy. Wiedziałam, że też jesteś synem bogów. On tak samo siedział i patrzył. Tak, jakby widział wszystko na wylot. Czekałam, aż przyjdziesz. I przyszedłeś. Przynosząc rękę mojego syna.

Drakkainen zdrętwiał.

Należało zadać teraz jedno z miliona pytań, które przyszły mu do głowy, ale nie wiedział które.

Szarpnęła zapinkę i otulające ją futro spadło na ziemię. Królowa podgarnęła kiecki i położyła się na wznak z brzegu podestu, rozkładając szeroko nogi. Wyciągnęła do niego ramiona.

— Weź mnie.

— Chciałaś mnie zabić.

— Odkąd odszedł, co dziewięć miesięcy rodzę dziecko, chociaż nie chodzę brzemienna. Boją się. Stara każe wynosić je w tajemnicy. Do lasu. W zimną mgłę, żeby umarły. Ale one wracają. Idą do swojego ojca. Pewnego dnia pomszczą mnie i zabiorą ze sobą. Należę do niego. Nie chcę, żeby to się skończyło. Weź mnie, chcę rodzić więcej dzieci zimnej mgły. Pewnego dnia stara mnie zabije. Tyle lat udawała Wiedzącą, dopiero on jej pokazał, czym jest naprawdę.

Co ten van Dyken tu narozrabiał? — pomyślał rozpaczliwie Drakkainen. Piękna sytuacja. Był ciekaw, czy wielu ludzi w historii, znajdujących się w analogicznej sytuacji, zdążyło krzyknąć przed śmiercią: „Królu, to nie jest to, co myślisz!”.

— Musisz mi odpłacić. Oddaj mi dziecko za to, które zabiłeś.

— Miałaś dziecko z van Dykenem?

— Z kim?

— Pieśniarzem o rybich oczach. Czy to on kazał ci mnie zabić?

— Miałam z nim wiele dzieci. I dalej będę miała. Z nim i z tobą. A nazywał się Aaken.

Aaken. Hieronimus van Aken, zwany Bosch.

I dzieci zimnej mgły. Rodzone bez ciąży i wynoszone do lasu.

Jasne.

Ciemność łaźni maskowała te wszystkie odpychające, drobne różnice. Wąskie skrzydełka nosa. Wypełnione czernią wole oczy. Włosy rosnące na karku i u szczytu pleców, jak końska grzywa. Wydłużone uszy. I inne szczegóły, które sprawiały, że wydawała się nieludzka. W ciemnościach była po prostu jak kobieta. Miała zimne dłonie i mokre stopy.

Pachniała trochę końskim potem, trochę piżmem i skisłym mlekiem. Obco. Nieludzko.

Mógłby ją wziąć.

Uświadomił sobie, że mógłby ją również zabić, gdyby miał taki kaprys.

Mógłby zrobić właściwie wszystko, co przyszłoby mu do głowy. Zabić Grismę i rządzić zamiast niego. Panować nad tłumem zwariowanych, zawszonych, naćpanych halucynogennym oparem dzikusów. Albo pozabijać ich wszystkich i iść dalej. Nie miał nad sobą prawa ani religii, ani niczego. Był tu sam. Mógł robić wszystko albo nic. Obie możliwości były równie nudne i do niczego nie prowadziły. Świat nihilizmu.

Spojrzał w jej szeroko rozwarte, wole oczy, rozchylone usta pełne drobnych zębów.

Królowa...

Zachciało mu się śmiać.

To nieprofesjonalne.

— Chodź... — stęknęła.

Na dworze rozległ się nagle jakiś hałas. Trzaskanie drzwi, tupot wielu nóg, wrzaski, coś przewróciło się z łomotem, psy eksplodowały zaciekłym ujadaniem.

Odskoczyli od siebie. Drakkainen porwał spodnie, wskoczył w buty, owijając cholewki byle jak rzemieniami, wbił na głowę hełm i, z jednym karwaszem trzymanym w zębach, spojrzał na królową, skuloną na podeście, patrzącą na niego wilgotnymi oczami jak przestraszony szczurek.

1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)