Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Zadzwoniłam do Willa.
– W porządku. Napiszę do Kelly i poproszę o informacje, jakie ma wymagania. Możesz mi podać jej adres mailowy?
Will prychnął.
– Jej co? – Odmówił zakupienia nawet automatycznej sekretarki, więc komputer zdecydowanie nie wchodził w grę. Wszystkie felietony pisał na rozklekotanej maszynie do pisania, a któraś z jego asystentek wprowadzała tekst do Worda. Kiedy przychodził moment redakcji. Will stawał za jej plecami, przyciskał palec do ekranu i polecał usunąć, dodać albo uzupełnić tekst.
– Specjalny komputerowy adres, dzięki któremu mogę napisać do niej elektroniczny list – powiedziałam powoli.
– Jesteś rozkoszna, naprawdę, Bette. Czemu miałabyś tego potrzebować? Poproszę, żeby do ciebie zadzwoniła z informacją, kiedy zaczynasz.
– Nie uważasz, że trochę uprzedzamy fakty? Może byłoby lepiej, gdybym najpierw wysłała jej swój życiorys, a potem, jeśli się spodobam, moglibyśmy wykonać kolejny krok. Zwykle tak to działa, wiesz?
– Tak, słyszałem – powiedział głosem zdradzającym coraz większe znudzenie. – W najlepszym razie strata czasu. Idealnie nadajesz się do tej pracy, ponieważ doprowadziłaś do perfekcji wszystkie te bankowe umiejętności – skupienie na szczegółach, pedanterię, dotrzymywanie terminów. A ja wiem, że Kelly to wspaniała dziewczyna, ponieważ była kiedyś moją asystentką. Po prostu do niej zadzwonię i wyjaśnię, jakie ma szczęście, że będziesz dla niej pracowała. Nie masz się czym martwić, kochanie.
– Nie wiedziałam, że była twoją asystentką! – w myślach starałam się obliczyć wiek Kelly.
– W rzeczy samej. Świeżo po college'u. Zatrudniłem ją w ramach przysługi dla jej ojca. Najlepsza asystentka, jaką miałem – inteligentna i miała motywację, zorganizowała mi pracę, a ja w zamian wyszkoliłem ją od zera. Potem poszła pracować w „People”, następnie przerzuciła się na PR. Z radością powita cię na pokładzie, możesz mi wierzyć.
– Dobrze. Skoro twierdzisz…
– Ja to wiem, kochanie. Uważaj sprawę za załatwioną. Poproszę, żeby do ciebie zadzwoniła, by omówić szczegóły, ale nie spodziewam się żadnych problemów. Jeśli tylko przejrzysz swoją garderobę i usuniesz z niej wszystkie garsonki – i to, co mogłoby przypominać garsonkę – wszystko uda się znakomicie.
6
Kelly osobiście czekała na mnie w holu i objęła jak dawno utraconą przyjaciółkę, kiedy zgodnie z instrukcją zjawiłam się pierwszego dnia pracy dokładnie o dziewiątej.
– Bette, kochanie, jesteśmy szczęśliwi, że jesteś z nami! – Sapnęła, szybkim spojrzeniem obrzucając moje ubranie. Przelotne spojrzenie szeroko otwartych oczu – niezupełnie panika, ale coś bliskiego zdenerwowaniu przemknęło po jej twarzy, zanim uzbroiła się w szeroki uśmiech, wzięła mnie za rękę i poprowadziła do windy.
Miałam dobre wyczucie, żeby uniknąć pełnej garsonki, ale dopiero kiedy rzuciłam okiem na ubrania całej reszty, zdałam sobie sprawę, że poczyniłam kalkulacje nie do końca trafne. Najwyraźniej moje wyobrażenie zwykłego stroju do pracy (grafitowe spodnie z mankietami, błękitna koszula i nierzucające się w oczy buty na niskim obcasie) różniło się nieco od koncepcji reszty personelu Kelly & Company. Biuro zajmowało rozległą przestrzeń w śródmieściu, było to pomieszczenie z oknami od podłogi do sufitu, które zapewniały widoki aż na Wall Street i na zachód do New Jersey, zdecydowanie nadając miejscu charakter loftu. Wokół dużego okrągłego stołu siedziało kilka osób, wszyscy, bez żadnych wyjątków, mieli irytująco atrakcyjną powierzchowność i wszyscy ubrani byli na czarno. Dziewczyna wyglądająca na najbardziej niedożywioną zawołała do Kelly:
– Page Six w sprawie komentarza co do trendu w przyjęciach przedślubnych, druga linia!
Kelly pokazała, żebym usiadła, po czym założyła za ucho i poprawiła coś, co wyglądało jak miniaturowa słuchawka. Sekundą później witała kogoś po drugiej stronie chichotem i gratulacjami, spacerując wzdłuż okien wychodzących na południe. Usiadłam obok superchudej dziewczyny i odwróciłam się, żeby się przedstawić, ale zobaczyłam przed oczami jej rękę z wyciągniętym w górę palcem, wyraźny znak, że powinnam zaczekać. W tym momencie zauważyłam, że każda z osób siedzących przy stole entuzjastycznie rozmawia, wszyscy jednocześnie, chociaż nie wyglądało na to, żeby rozmawiali ze sobą. Kolejną chwilę zajęło mi dostrzeżenie, że wszyscy mają wetknięte w uszy maleńkie bezprzewodowe słuchawki. Nie miałam pojęcia, że za kilka krótkich tygodni będę się czuła zupełnie naga – bezbronna! – bez telefonu na stałe umieszczonego przy twarzy. W tamtym momencie po prostu dziwnie to wyglądało. Dziewczyna poważnie skinęła głową i zerknęła w moją stronę, mrucząc coś niezrozumiale. Grzecznie odwróciłam wzrok i czekałam, aż ktoś się rozłączy i przywita.
– Halo? Halo? Mówiłaś, że jak ci na imię? – usłyszałam jej pytanie, kiedy przyglądałam się reszcie grupy. Zaskakująca równowaga między liczbą facetów i kobiet, podstawowa cecha wspólna: nieco odbierająca pewność siebie fizyczna atrakcyjność. Przestałam się przyglądać, a zaczynałam gapić, kiedy poczułam klepnięcie w plecy.
– Hej – powiedziała chuda. – Jak masz na imię?
– Ja? – zapytałam głupio, przekonana, że wciąż rozmawia przez telefon.
Zaśmiała się. Niezbyt przyjemnie.
– A jak myślisz, czyjego jeszcze imienia mogę tu nie znać? Jestem Elisa. – Wyciągnięta do mnie ręka była lodowato zimna i bardzo, bardzo chuda. Zaczęłam się przyglądać, jak pierścionek z brylantem obraca się wokół jej wychudzonego środkowego palca, i dopiero wtedy przypomniałam sobie, że muszę odpowiedzieć.
– Och, cześć. Jestem Bette. Bette Robinson. To mój pierwszy dzień.
– Tak, słyszałam. Cóż, witamy na pokładzie. Mało prawdopodobne, żeby Kelly szybko skończyła tę rozmowę, więc może cię przedstawię? – Zwinęła faliste, rudawoblond włosy w splątany węzeł i od spodu zabezpieczyła go klamrą. Kilka kosmyków się wysunęło i założyła je za ucho. Dotknęła głowy, żeby się upewnić, czy włosy wysuwają się z zapięcia w ten fantastyczny przypadkowy sposób, który to efekt zawsze usiłowałam osiągnąć, ale nigdy mi się nie udawało, a potem umieściła na głowie parę przesadnie wielkich czarnych plastikowych okularów słonecznych, żeby wszystko trzymały. Po krzyżujących się literach C z kryształków zorientowałam się, że to Chanel. Była w naturalny sposób szykowna, miałam wrażenie, że mogłabym przyglądać się jej bez końca.
Elisa podeszła do dalszego końca stołu i trzykrotnie, w krótkich odstępach czasu, pstryknęła włącznikiem światła. Natychmiast usłyszałam chór głosów oznajmiających do słuchawek, że bardzo ważna osoba dzwoni do nich na drugą linię i czy mogą oddzwonić za chwilę? Niemal jednocześnie sześć wymanikiurowanych rąk sięgnęło do sześciu par uszu i wyjęło sześć słuchawek, a Elisa w parę sekund zdołała skupić na sobie uwagę całej sali, nie mówiąc ani słowa.