KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Wykluczone, zupełnie wykluczone! - rzekł z wściekłością Symeon Aleksandrowicz, zwracając się nie do Fandorina, lecz do najjaśniejszego pana. - Moi z Chitrowki i Suchariewki nigdy nie wzięliby udziału w bandyckim napadzie na cesarską rodzinę! Ukraść, zarżnąć - ile tylko chcecie. Ale ci apasze mają we krwi wierność tronowi! Nieraz kryminaliści pomagali wyłapywać terrorystów. Na przykład teraz, na czas uroczystości koronacyjnych, Łasowski zawarł swego rodzaju dżentelmeńską umowę z prowodyrem złodziei z Chitrowki, niejakim Królem. Policja nie będzie zatrzymywała kieszonkowców, a ci będą w zamian natychmiast donosić o broni i innych podejrzanych przedmiotach, jakie znajdą w kieszeniach publiczności. Król ochoczo przystał na te warunki, oznajmiając, że na swój sposób on też jest samowładcą, a monarchowie powinni sobie wzajemnie pomagać. Nie ręczę, że użył dokładnie takich słów, ale ich sens był właśnie taki.
Ta mowa trochę rozładowała ponury nastrój zebranych, a ośmielony uśmieszkami Symeon Aleksandrowicz dorzucił jeszcze:
- Swoją obietnicę chitrowski monarcha wzmocnił klątwą: „Kundlem będę”. Łasowski twierdzi, że to najbardziej przekonująca z bandyckich klątw.
- Jak, jak? - zainteresował się najjaśniejszy pan. - „Kundlem będę?” Kundel to nierasowy pies, nie tak? Opowiem Alix, spodoba się jej.
- Niki, Sem - powiedział surowo Kirył Aleksandrowicz - niech pan Fandorin dokończy. Posłuchajmy.
- Król to nie jedyny prowodyr na Chitrowce, a już w żadnym w-wypadku nie samodzierżawca. - Choć Erast Piotrowicz odpowiadał na replikę generała-gubernatora, to nie patrzył na niego, tylko na cesarza. - Mówi się nawet, że dni Króla są już policzone, że jeśli nie dziś, to jutro „skreślą” go, czyli zabiją, tak zwane pędy - młodzi, ambitni bandyci, którzy zaczynają narzucać swój styl na Chitrowce i rynku Suchariewskim. Jest banda Raneta, dorabiającego się na nowym przemyśle - handlu opium, jest niejaki Żwir - ten s-specjalizuje się w „mokrej” robocie i wymuszaniu - pojawił się jeszcze niejaki Kikut, w którego bandzie przestrzega się porządku i konspiracji bardziej surowo niż w neapolitańskiej kamorze.
- Kikut? - spytał ze zdziwieniem najjaśniejszy pan. - Jakie dziwne nazwisko.
- Tak. B-barwna postać. Amputowano mu prawą dłoń, a kikut zaślepiono płytką, do której, zależnie od potrzeb, może wkręcić łyżkę, hak czy nóż albo łańcuch z żelazną kulką na końcu. Opowiadają, że to straszna broń, zabija na miejscu. „Pędy”, wasza wysokość, w ogóle nie boją się krwi, nie uznają złodziejskich praw, a Król nie jest dla nich żadnym wodzem. Przypuszczam, że Penderecki był w kontakcie z którymś z nich. Śledziłem Bliznę i jego ludzi od samej Warszawy, ale bardzo ostrożnie, żeby ich nie wystraszyć. Dwukrotnie przychodził na Chitrowkę do knajpy „Zierientuj”, znanej z tego, że nie płaci haraczu Królowi. Wciąż miałem nadzieję, że Blizna naprowadzi mnie na ślad doktora, ale na próżno. W ciągu dziesięciu dni, które warszawiacy spędzili w Moskwie, Penderecki codziennie chodził na pocztę do okienka poste restante, często kręcił się wokół pałacu Aleksandrowskiego i parku Nieskucznego. Przynajmniej czterokrotnie przechodził przez ogrodzenie i penetrował park wokół Ermitażu. Jak teraz rozumiem, szukał dogodnego miejsca na zasadzkę. Wczoraj od południa on i jego bandyci wystawali przy wyjeździe z parku na Wielką Kałuską i obok czekała kareta. O siódmej wyjechał z bramy zaprzęg z herbem wielkoksiążęcym i warszawiacy podążyli za nim. Domyśliłem się, że zbliża się rozwiązanie. My - ja i mój pomocnik - w dwóch fiakrach jechaliśmy ich tropem. Potem z wielkoksiążęcej kolasy wysiadły dwie damy, chłopczyk i mężczyzna w zielonej kamizeli. - Fandorin spojrzał w moją stronę. - Penderecki zdążył przylepić fałszywą brodę, tak że nawet nie poznałem go od razu, kiedy za nimi poszedł. Kareta z pozostałymi bandytami jechała po cichu z tyłu. Wtedy ja z pomocnikiem weszliśmy do parku z drugiej strony i ruszyliśmy na spotkanie spacerującym. Ciągle wypatrywałem, czy nie pojawi się Lind... - Erast Piotrowicz westchnął ze skruchą. - Jak mogłem się tak p-przeliczyć! Do głowy mi nie przyszło, że jest nie jedna karoca, tylko dwie. To oczywiste. Lind przygotował dwie karety, ponieważ planował porwać i chłopaczka, i dziewczynę, a potem przewieźć ich w różne miejsca. Dlatego Blizna złapał tylko wielką księżnę. Dla wielkiego księcia przeznaczono drugą karetę. Z pewnością Lind tam był, co mnie szczególnie doprowadza do wściekłości. Guwernantka niechcący ułatwiła porywaczom robotę, odnosząc dziecko właśnie tam, gdzie s-skrywała się w zasadzce druga grupa. Plan zrealizowali tylko w połowie, ale to niczego nie zmienia. Lind i tak trzyma Rosję za gardło...
Przy tych słowach najjaśniejszy pan rozejrzał się z miną wyrażającą paniczny strach. Zrobiłem malutki kroczek w przód, próbując odgadnąć życzenie imperatora, ale nie starczyło mi wyobraźni.
- Wujku Dżordżi, gdzie tu macie ikonę? - spytał władca.
Gieorgij Aleksandrowicz, zdziwiony, spojrzał na krewniaka i wzruszył ramionami.
- Ach, Niki, na rany Chrystusa! - nasępił się Kirył Aleksandrowicz. - Tylko bez „pomazańca bożego”! A właściwie to ciebie jeszcze nie namaścili. A jeśli nie dojdzie do koronacji, to i nie namaszczą.
Najjaśniejszy pan odpowiedział na to z pełnym przekonania wyrazem twarzy.
- Nie widzę niczego, co nam tu może pomóc, oprócz modlitwy. Wszystko w rękach Wszechmogącego. Jeśli On zdecydował się poddać mnie, słabego i grzesznego, takiej próbie, to znaczy, że jest w tym jakiś wielki zamysł. Trzeba się podporządkować Jego woli, a On nas zbawi.