Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 98
Перейти на страницу:

Zwłaszcza dla siebie.

Wystarczy, pomyślał Drakkainen i jednym ruchem strącił księciu hełm z głowy, po czym dziobnął go nad uchem głowicą miecza.

Grismalfi zatoczył się, chwycił za krawędź stołu i zwalił się twarzą w rozdeptane trociny. Poruszył lekko jedną nogą i znieruchomiał.

Drakkainen odszedł do kąta w nagłej ciszy i schował miecz do pochwy.

— Żyje — oświadczył, patrząc Grismie w oczy. — Rano trzeba mu dać wody i zrobić okład na głowę.

Sięgnął przez stół i ujął pojemnik z radiolarią.

— To jest moje — oznajmił. — I tak już zostanie.

***

Łaźnia, w której mam spać, to kamienna przybudówka. Szopka trzy na trzy, dostawiona do jednego z budynków. Jest w niej murowane z wielkich głazów palenisko, wylepiona skamieniałą gliną podłoga i drewniany podest. Na belkach pod sufitem suszą się jakieś zioła, dym snuje się leniwie przez otwory w szczycie dachu. Czuję ulgę i złość.

Nie radzę sobie. Nie umiem się z nimi dogadać. Niczego się nie dowiedziałem, niczego nie rozumiem, dałem sobie podprowadzić radiolarię i pozwoliłem wkręcić się w bójkę. Brawo, Drakkainen.

Nie muszę za to leżeć pokotem razem z innymi wojami w wielkiej, cuchnącej halli, wśród smrodu niemytych ciał. W kosmatym półmroku, gdzie co chwilę ktoś chrapie, stęka, drapie się albo puszcza wiatry.

Siedzę na swoim siodle, pykając fajkę, i patrzę na żarzące się polana w palenisku.

Nie wiem nawet, czy to gościnność, przywilej, czy objaw nieufności.

Noc jest czarna, na zewnątrz wciąż siąpi deszcz. Słychać tylko kaszel stojących na podeście wartowników. To, co się tu dzieje, to coś w rodzaju podwyższonej gotowości bojowej. Zazwyczaj chyba nie śpią w sali. Nawet rycerstwo Grismy ma jakieś kobiety, dzieci, domy albo kwatery. Teraz jednak jest inaczej. Teraz jest czas zimnej mgły, cokolwiek to znaczy. Kobiety i dzieci śpią w osobnej komorze, również z bronią pod ręką, jedne na drugich. Woje, po zakończeniu pijatyki, drzemią na stołach i podłodze halli, broniąc dostępu do ich sypialni. Ostatnia linia obrony. Przytuleni do siebie nawzajem jak króliki. Nawet za potrzebą wychodzą chyłkiem i jakoś trwożnie tuż za próg. Przed bramę grodziska pewnie nie wyszliby nocą za żadne skarby.

Wystukuję fajkę o kamienie paleniska, przeciągam się i wychodzę na zewnątrz, zakładając kaptur półkożuszka. W świetle rozedrganych płomieni lamp, stojących pod dachem na podeście bramy, krople deszczu przypominają lśniące jak rtęć kreski.

Nasłuchuję. Dobiega mnie tylko szczekanie psów, kroki wartownika punktowane stuknięciami drzewca, syk olejowych knotów, skrzypienie pasów, szczęk metalu i szum deszczu. Nic więcej.

Stoję przez chwilę, czekając, aż wartownik mnie zauważy. Boi się oderwać wzrok od ciemności za częstokołem, zerka tylko przez ramię. Wchodzę po oślizgłych, drewnianych szczeblach, starając się narobić jak najwięcej hałasu. Wszyscy tu są jacyś nerwowi.

— Ty jesteś ten obcy, co samotnie wędruje? Ten, który zabił Obudzonego? — pyta woj, wskazując ruchem głowy sterczącą nad bramą włócznię z nadzianą łapą.

— To ja. Chciałem zobaczyć zimną mgłę.

— Nic nie widać. Nigdy nic nie widać, aż jest za późno.

— Widziałeś kiedyś Obudzonego?

Kręci głową.

— Nie wiem. Coś widziałem. Ruch, mgłę. Czasem tylko oczy się świecą. Raz widziałem, jak człowiek się nagle zapalił. Ale zazwyczaj tylko znajduje się trupy. Będziesz szedł dalej?

— Taki los.

— Mówią, żeś szalony. Ale mnie się widzi, że jak stąd pójdziesz, to dłużej pożyjesz niż my wszyscy.

— Więc czemu nie odejdziecie?

— Jak ze swojej ziemi iść? Jednemu łatwiej. A całym klanem? Chałup przecież ani ziemi nie zabierzemy. Jak styrsman powie, to pójdziemy. Nie powie, zostaniemy. Od wojny bogów nie uciekniesz. Wszędzie tak jest. Trzeba dziwne dzieci wynosić i nie kraść pieśni bogów. I pilnować obyczaju. Zawsze jakoś było, to i teraz złe minie. Daleko tak idziesz?

— Szukam szalonych obcych o rybich oczach. Podobno jeden tu był. Mówili mi, że Pieśniarz.

— Był taki. Dawno, ale był. Wysoki taki, z czarną grzywą i blady jak ryba. Z miesiąc posiedział i jednej nocy zniknął. Oczy miał straszne, aż słabo się robiło. Taki brzydki, a baby za nim latały. A podobno Grisma chciał go zabić, tylko się bał. Dobrze mówią, że to był Pieśniarz. Zaraz jak zniknął, to przyszła mgła i ośmiu mężów zginęło. A mówią, że mgła idzie za Pieśniarzami. Żeby pieśni odebrać i oddać bogom. Powiadają, że nie ma nic gorszego niż Pieśniarz, bo jego pieśni czynią, ale za to sprowadzają zły los. Ze wszystkim innym człowiek sobie poradzi. Na żelazo jest ostrze, na truciznę i chorobę — zioła i uroki, nawet na babę znajdzie się sposób. Tylko na pieśni bogów człowiek nic nie poradzi. A najgorzej, jak przez to jakiś bóg się o tobie dowie. Po co go szukasz?

— Taki los — odpowiadam wymijająco. — Jest coś komuś winien. Nie tu jego miejsce. Muszę go stąd zabrać. Mój król chce go widzieć. — Cztery głupie wyjaśnienia są lepsze niż jedno dobre. Widać wystarczy, bo wartownik kiwa głową i milknie.

Koncentruję się i aktywuję cyfrala.

***

We wzmocnionym świetle też niewiele widział. Ta sama poręba, te same krzaki, wijąca się wśród skał rzeka i mroczny las na horyzoncie. Skoncentrował się na temperaturze i wtedy zobaczył zimną mgłę.

Rzeczywiście była zimna — o dobre dziesięć stopni niższa niż temperatura otoczenia. Sam efekt mgły wynikał z kondensacji, ale wokół grodu utrzymywał się falujący pierścień lodowatego powietrza. Jeszcze dalej było widać snujące się pasma, sięgające lasu niczym macki.

Drakkainen oparł się o balustradę i spojrzał uważniej. Mgła, którą widział jako sinobłękitny opar, była cały czas w ruchu. Na przemian gęstniała i rzedła, kłębiła się niewyraźnymi kształtami, wydawało się, że pojawiają się w niej sylwetki ludzi i zwierząt, i jeszcze jakieś nieokreślone kształty, trochę jak gałęzie albo wijące się macki, albo kłębowiska węży. Wszystko to pozostawało w nieustannym ruchu, zmieniało się z jednego w drugie. Mgła gęstniała gdzieniegdzie w plamy otoczone intensywnym błękitem, które jakby wysysały ciepło z otoczenia. Trwało to chwilę, po czym obłok rozchodził się i wydawało się, że stoi tam pokraczna, półludzka sylwetka. Zobaczył coś, co przypominało garbatego mężczyznę o karykaturalnie zniekształconych rysach, z poszczerbionymi toporami zamiast dłoni i nitowaną czaszką porośniętą kolcami, na które nadziane były ludzkie uszy. Jego nos i podbródek przypominały pokręcone korzenie i splatały się ze sobą, tylko oczy były zupełnie okrągłe i rybie. Skóra stwora wyglądała jak wypolerowana, zardzewiała blacha.

Im dłużej patrzył, tym więcej dostrzegał straszydeł jak w jakiejś łamigłówce. Wydawało się, że sylwetki podchodzą do grodu i patrzą, stojąc kręgiem jakieś dwadzieścia metrów przed bramą. Wszystkie natrętnie przypominały postaci z obrazów Boscha. Te same karykaturalne rysy, taki sam sadystyczny surrealizm, tylko że nie miały stałego kształtu. Cały czas rosły, zmieniały się, pulsowały. Na jego oczach krępy, żabiogłowy stwór wyciągnął się nagle, wyprostował chude nogi, po czym załamał wydłużony tułów, złożył pod nim kolczaste kończyny i uniósł trójkątną głowę z twarzą Deirdre, Deirdre Mulligan z Derry, o wielkich, rozwartych, wężowych oczach i z wijącą się grzywą jak kłębowisko rozżarzonych drutów. Zobaczył parę piersi kłapiących wyszczerzonymi zębami i wzdrygnął się.

To jest jak narkotyczny odjazd, pomyślał. Ta cholerna mgła jest halucynogenna.

Stwory widział tylko w podczerwieni. Nic nie robiły. Po prostu stały i patrzyły.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)