Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 98
Перейти на страницу:

— To nie tylko sprawa bogów — odparł tajemniczo Vuko. — Tamci obcy przeszli przez twój kraj. Mówiono mi, że jeden tu był. Wysoki Pieśniarz o rybich oczach.

— Był czas, kiedy szlakiem ciągnęli wędrowcy. Przychodzili i odchodzili. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd. Teraz przychodzą już tylko Obudzeni. Jeżeli nie staniesz przy nas, pewnego dnia przejdą częstokół. Nie będzie już Dworu Szalonego Krzyku. Zostaną tylko zgliszcza, kości i kruki. Zostań. Zostań choć do wiosny. Naucz nas, jak zabijać dzieci zimnej mgły. Jedno zgładziłeś.

— Jednego — zauważył Drakkainen. — I zabrało mi to z godzinę. Gdyby było ich więcej, pewnie bym nie żył. Zabierz ludzi, dobytek i odejdźcie stąd. Znajdziesz inne wzgórze i wystawisz inny dwór. Po co żyć w takim miejscu?

— To jest ziemia naszych przodków — warknął młodzieniec. — Przestań go błagać, ojcze. Nie potrzebujesz tego przybłędy. Masz syna i masz wiernych wojów. Jeszcze jest plemię Szalonego Krzyku.

— Młodzieniec, który jeszcze nic nie widział, powinien milczeć, kiedy mówią mężowie — wycedził Grisma. — Ten obcy przyniósł dziś łapę potwora. Który z was dokonał czegoś takiego? Może ty?

— Pies też czasem przyniesie rękę z pobojowiska, ale tylko głupiec by sądził, że pies wygrał bitwę. Pokaż mi, jak zabiłeś potwora, przybyszu. Pokaż mi, to uwierzę, że cię potrzebujemy.

— Milcz!

— Pozwól mi z nim walczyć, Grismo Szalony Krzyku. Nie każ mi słuchać, jak największy wojownik i styrsman, który wiódł niegdyś piątkę okrętów na koniec świata, błaga włóczęgę o pomoc. Nie mów do niego, jakbyś był sam. Zabiję go, a wtedy zrozumiesz, kto obroni naszą ziemię. Albo umrę, a wtedy niech on cię broni.

— Milcz, głupcze! Chcę zyskać woja, a nie tracić syna.

— Nie będziemy walczyć — uspokoił go Drakkainen. — To byłaby głupota.

— Więc będziesz musiał mi to oddać — wycedził młodzieniec i postawił na stole metalowy, rzeźbiony walec wielkości półlitrowej konserwy. Pojemnik z radiolarią.

Drakkainen westchnął. Jedno uderzenie kostką palca wskazującego w punkt pomiędzy oczami i równocześnie drugie kciukiem w ścięgno na nadgarstku, żeby wypuścił pojemnik. Ułamek sekundy i będzie można wrócić do przerwanej rozmowy. Tylko że stół był za szeroki.

— I co, ojcze? Poprosisz jeszcze raz o pomoc tchórza, który boi się zdjąć zbroję nawet pod strzechą? Któremu nie wystarczy kolczuga jak mężowi, tylko okłada się cały blachami niczym żółw? Dlatego, że rzucił ci ochłap mięsa?

Grisma milczał przez chwilę.

— Niech tak będzie. Musisz wykupić fant, przybyszu. Grismalfi Deszczowy Ptak chce walki. Więc bijcie się. Pokaż nam, jak zabiłeś potwora.

— Nie będę nikogo zabijał — wysyczał Drakkainen. — Powiedziałem.

— Więc go nie zabijaj. Ale jeżeli chcesz odzyskać tę rzecz, walcz z nim. A wtedy może będziesz musiał.

Zgrzytał zębami, idąc do swojego ekwipunku złożonego pod ścianą. Otaksował szybko stertę sprzętu, ale wydawało mu się, że nic więcej nie zginęło. A jednak musiał spuścić swój dobytek z oka.

Na sali panowało poruszenie. Woje przekrzykiwali się radośnie, rozsuwano stoły, zapalono więcej pochodni, wniesiono jeszcze kilka lamp na trójnogach.

Vuko zdjął pancerz i kolczugę akurat w momencie, kiedy Grismalfi zakładał swój. Zostawił sobie tylko lewy karwasz i wyjął miecz z pochwy.

Światło nie było najlepsze, lampy kopciły. Drewniana podłoga, pokryta trocinami, oby nie okazała się zbyt śliska. Drakkainen odpiął pas i stanął pośrodku izby w wysokiej postawie z mieczem trzymanym niedbale w dłoni. Tamten sapał komicznie, spod hełmu widać było tylko usta z wyszczerzonymi jak u psa zębami i zaciśnięte szczęki. Grismalfi przeciągnął ostrzem po swojej tarczy, krzesząc pęk iskier, i wydał z siebie wysoki, wibrujący wrzask. Twarz mu poczerwieniała, a oczy w trójkątnych wizurach wydawały się obłąkane.

— Za młody chyba, żeby go trafiła apopleksja — mruknął Drakkainen po chorwacku.

Obrócił miecz w dłoni tak, że ostrze schowało się za jego ramieniem i dotknęło barku. Z dłoni wystawała mu tylko rękojeść. Stał lekko zgarbiony na wyprostowanych nogach, z lewą dłonią uniesioną na wysokość splotu słonecznego. Człowiek stojący w postawie rodem z aikido wygląda jak uduchowiony albo roztargniony i zupełnie nie na miejscu.

Młody ruszył do ataku zupełnie inaczej, tańcząc i podskakując jak bokser, miecz i tarcza cały czas poruszały się nerwowo w jego rękach jak głowa kobry. Drakkainen patrzył mniej więcej w środek jego sylwetki i czekał, rozluźniwszy mięśnie. Uznał, że Grismalfi ma niezły refleks. Pierwsze cięcie padłoby niemal niespodziewanie, gdyby nie podobny do odrazy grymas, który uniósł wargę chłopaka jakieś ćwierć sekundy wcześniej. Było to niskie, chytre cięcie w udo, obliczone na przerąbanie mięśni. Wystarczyło zrobić pół kroku w tył, a następnie zejść z łuku cięcia. Młodzieniec odzyskał równowagę kilkoma tanecznymi podskokami i wystrzelił nagle podstępnym sztychem. Drakkainen przekręcił barki i obrotem zszedł z linii ataku, po czym nadal trzymając miecz wzdłuż ramienia, sięgnął pod pachą chłopaka w stronę jego szyi.

Młody książę runął na plecy z ogromnym impetem, tarcza pojechała z łoskotem aż pod stół. Stojący w pobliżu odskoczyli na boki.

Drakkainen poczekał, aż Grismalfi znajdzie tarczę i trafi trzęsącą się z wściekłości dłonią w imaki, aż odzyska hełm, który pokoziołkował przez całą hallę.

Następny atak był jeszcze szybszy, zawierał w sobie kilka fint, jedna po drugiej, a wreszcie został wyprowadzony po pochylonej tarczy, czemu towarzyszył dziki wyskok.

Tym razem Grismalfi przewrócił ławę i przesunął stół, tarcza uwięzła na chwilę pod barkiem, blokując mu rękę.

— „Jakiekolwiek by były okoliczności, zachowaj dostojność. Dostojność to przygotować się do walki chłodno, lecz poprawnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi ruchami przeciwnika. Pozorna łagodność dostojności skrywa tysiące możliwości. Tyluż zmianom może przeciwstawić się siła. A zatem, dostojność i siła to jedno” — wyrecytował mu Drakkainen, stając na swoim miejscu pośrodku sali.

Po trzech kolejnych atakach młody książę słaniał się na nogach ze zmęczenia, poobijany upadkami i pokaleczony brzegiem własnej tarczy.

Dźgał, ciął i rąbał, ale przeciwnika nigdy nie było w miejscu, które przecinał miecz. Wędrowiec był jak obracająca się kula, jak mgła. Jednak sam ani na chwilę nie ukazał ostrza, cały czas schowanego wzdłuż prawej ręki. Wystarczał mu szybki chwyt czterech palców dłoni, który wykręcał chłopakowi nadgarstek, ciskając go o ziemię, skręt barków, krok, uniesienie ręki. Niedbałe, leniwe gesty, jakby opędzał się od owada.

— „Kawałek kory drwi sobie ze sztormu, a wierzba z huraganu” — poradził mu Drakkainen, chociaż wcale nie było mu do śmiechu. Chłopak był naprawdę szybki i niebezpieczny, a Vuka nie nauczono, jak toczyć bezkrwawe, przyjacielskie pojedynki. Co chwilę musiał koncentrować całą uwagę, żeby nie postąpić zgodnie z odruchem wbitym w mózg i mięśnie, każącym przeciąć odsłoniętą nagle tętnicę, przerąbać podstawę czaszki, kiedy widział tył głowy przeciwnika, przeszyć jednym szybkim sztychem gardło i śródmózgowie, rozpłatać brzuch, kiedy przeciwnik przelatywał obok, wybity własnym impetem. Co parę sekund następowało kilka takich momentów, gdy jedynie wysiłek hamujący na wpół bezwiedny ruch ręki dzielił Grismalfiego od śmierci.

Tamten nie miał o tym pojęcia. Myślał tylko o własnej wściekłości i porażce, coraz bardziej poobijany, zmęczony i upokorzony. Był coraz mniej sprawny i coraz bardziej niebezpieczny.

1 ... 12 13 14 15 16 17 18 19 20 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)