Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Dlaczego stąd nie odejdziecie?
— My jesteśmy ludzie Grismy. Plemię Szalonego Krzyku. Nie odejdziemy. Chcemy się bić. To nasza ziemia. Nie mamy dokąd odejść. Stara mówi, że przyjdzie dzień, kiedy Obudzeni przestaną nas nachodzić. Że oni dokądś idą, tylko nasz gród stoi im na drodze. Ale pewnego dnia pójdą wszyscy i wtedy zabiorą ze sobą mgłę. To z niej biorą siłę.
To mogą być wyziewy wulkaniczne, pomyślał Drakkainen. Toksyczne i wywołujące halucynacje. Albo podwodne pokłady jakiegoś gazu jak w jeziorze Tanganika.
— Teraz, jak jesteś z nami, poradzimy sobie — oświadczył znienacka Spalony Gniew. Drakkainen osłupiał. — Umiesz zabijać Obudzonych. Nauczysz nas i pójdziemy się bić. Odpędzimy ich. — Tępawa twarz zaczęła promieniować entuzjazmem. Spalony Gniew przepełniony uniesieniem zaczął wyglądać prawie sympatycznie. — Puszcza znowu usłyszy Szalony Krzyk. Wrócimy na swoją ziemię.
Może też chodzić o sporysz lub coś podobnego w zbożu, pomyślał Drakkainen.
— Nikt nie chodzi szlakiem? Byłem pierwszy? Od jak dawna?
— Czasem tak jest, że wędrowiec okazuje się Obudzonym. Wygląda jak człowiek, a potem jest za późno.
Drakkainen sięgnął po dzban i nalał Spalonemu Gniewowi piwa. Szczodrze.
— Dziwny człowiek to może być cudzoziemiec albo ktoś obłąkany. Jednego spotkałem po drodze. Nazywał się Kruczy Cień. Niekoniecznie to musi być akurat Obudzony. Nie przychodził tu nikt dziwny? Ze dwa lata temu?
Spalony Gniew pił przez jakiś czas, a w końcu postawił róg zaopatrzony w posrebrzane nóżki i otarł twarz rękawem.
— Teraz wszystko jest dziwne — odpowiedział niepewnie. — Wojna bogów... Zły czas...
— Dobrodoszli. Jesteśmy w punkcie wyjścia — mruknął Drakkainen i pociągnął łyk ze swojego rogu. Postanowił zaryzykować: wszystko na jedną kartę.
— Szukam kogoś. Czworga ludzi. Cudzoziemców z bardzo daleka. Trzech mężczyzn i kobieta. To nie są Obudzeni, ale mogą być niebezpieczni. I są — dziwni. Nie mówią waszą mową i mają ślepe, białe oczy.
Spalony Gniew uniósł głowę znad stołu i prześwidrował Wędrowca czarnym, paciorkowatym spojrzeniem jak u jeża.
— Jeden był. Jeszcze zanim się na dobre zaczęło. Miał rybie oczy. Powinien być ślepy, ale widział. I mówił chropawym językiem jak cofnięty umysłowo. Nos miał dziwny. I czarne włosy, takie długie, sczesane na tył. A twarz białą jak wosk. I wysoki był, jak nieczłowiek. Jeszcze wyższy niż ty. Ale to był Pieśniarz.
— Kto?
— Umiał sprawić, że rzeczy się stawały. Kiedyś było takich wielu, ale teraz już nie. Ludzie mówią, że pozabijali się nawzajem. A potem to i inni ich zabijali. Niektórzy się tacy rodzą, ale lepiej ich wynosić. Ponoć sprowadzają zimną mgłę.
— Dlaczego?
— To są tacy, co ukradli pieśni bogów. Takie, co potrafią leczyć albo zabijać, albo czynić. Różnie. Jeden zna jedną, a drugi dziesięć. Kiedy bogowie się o tym dowiadują, wysyłają mgłę, żeby go znalazła. Tak było i z tamtym. Wiele nie umiał, ale wystarczyło. Był dwa dni i poszedł. A potem przyszła zimna mgła i pojawili się Obudzeni. Mgła szła za nim.
— A co zrobił? — zapytał Drakkainen bardzo ostrożnie.
— Różne rzeczy mówili. Ja widziałem tylko, jak zapalił ogień błyskawicą z dłoni i jadł piasek z wodą.
Blady, wysoki, o długich, czarnych włosach... Van Dyken, pomyślał Vuko. Van Dyken z zapalniczką i zupą w proszku. Ale gdzie reszta?
Spalony Gniew kiwał się przy stole, a jego jeżowe, paciorkowate oczy zmętniały. Od dołu pojawił mu się nawet wąski pasek białkówki.
— Nie wolno o tym mówić. Jest noc. Zły czas... Wojna bogów...
Trochę to wszystko przypominało nieudane wiejskie wesele. Pomimo wszelkich prób część już zasypiała. Fizjologia i alkohol zaczynały brać górę. Zwijali się w kłębek pod ścianami, kładli twarzą na stole pomiędzy ogryzionymi kośćmi, kałużami piwa i resztkami warzyw. Ci, którzy pozostawali trzeźwi i przytomni, przysuwali się bliżej paleniska, na którym żarzyły się belki, posykujące pod kroplami drobnego deszczu. Drakkainen rozejrzał się za kolejnym ewentualnym informatorem, konstatując z niejakim zaskoczeniem, że codzienność średniowiecza to upiorna, wszechogarniająca nuda.
Tu nie było co robić. Można było siedzieć nad piwem ewentualnie opowiadać sobie jakieś historie. To wszystko. Poza tym był jeszcze strach. Spoglądali trwożnie w ciemność za drzwiami, starali się mieć pod ręką jakąś broń, nawet kiedy spali. Wzdrygali się nerwowo przez sen jak dzikie zwierzęta, czasem budzili i toczyli wokół siebie przerażonym wzrokiem, a potem znowu zasypiali. Nuda i strach. Długie okresy monotonii przerywane krótkimi spazmami lęku i przerażenia.
Pojawił się van Dyken. Co tu robił? Dokąd odszedł?
— Styrsman chce z tobą mówić. — To był ten sam krępy starzec, który po niego wyszedł. Wędrowiec wiedział już, że tamten nazywa się Nulle Śpiący Na Lodzie. Stanął na wprost Drakkainena i pochylał się nad ławą, ogryzając kość. Zwiadowca zabrał róg, do którego zdążył się już przyzwyczaić, i poszedł za starcem, usiłując nie nadepnąć nikogo z drzemiących na ławie i pod nią, i przeciskając się pomiędzy plecami tych, którzy usiłowali nadal biesiadować.
Przy tym lepszym końcu stołu, przy którym siedział władca, zabawa była jeszcze gorsza niż gdzie indziej. Domniemana królowa siedziała sztywno, jakby połknęła kij, i patrzyła szklanym wzrokiem prosto przed siebie, młody żuł pogardliwie małe kęsy mięsa, a chłopiec drzemał, wtulony w futro okrywające ramiona matki.
Sam Grisma patrzył przed siebie spod krzaczastych brwi i mamlał przez chwilę wargami.
— Idzie jesień — oświadczył znienacka. — Dokąd pójdzie przybysz, który nie ma nikogo? Żadnej strzechy, pod którą by się schronił, żadnego ognia, by ogrzał ręce, żadnej strawy w kociołku? Zostań z nami. Dam ci kobietę i dom. Mam ich więcej niż mężów, którzy mogliby tam palić ogień. Dam ci złoto. Stań u mojego boku, Wędrujący Nocą, i wesprzyj słabnące ramię starca. Razem odeprzemy Obudzonych i wtedy mgła odejdzie.
— Nikt nie może stawać na drodze przeznaczeniu — oświadczył Drakkainen. — A moim przeznaczeniem jest wędrówka. Nie mogę ogrzać się przy ogniu ani zamieszkać pod dachem, póki nie odnajdę czworga szalonych obcych o ślepych, rybich oczach. Taka jest wola bogów.
„Kiedy rozmowa będzie szła nie po twojej myśli, odwołaj się do sił wyższych” — radzili.
Szalony Krzyk wydął wargi.
— Sam rzekłeś, że twoi bogowie są daleko, pod innymi gwiazdami. Wątpię, żeby tutaj, na ziemi naszych bogów, mieli wiele do powiedzenia. Teraz, kiedy bogowie toczą wojnę, a świat oszalał, nikt rozsądny nie wdaje się w takie rzeczy. Kto wie, czego mogą chcieć? Po co masz szukać czegoś, czego już nie ma? Kości tych, co wędrowali, może dawno już gniją na szlaku.