Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Wbijcie to nad bramą. Niech wszyscy Obudzeni zobaczą, co ich czeka. A wy patrzcie, czym jest męstwo. Oto przyszedł tu dziś obcy mąż. Sam przebył Pustkowia Trwogi i daje mi martwego Obudzonego. A wy?
Boją się nawet wziąć od niego włócznię. Przez chwilę nie ma chętnych. Wreszcie występuje długowłosy młodzian o fioletowych włosach i nieprzeniknionej twarzy. Wygląda, jakby był wściekły. Kiedy zamykają się za nim okute wierzeje halli, słychać krzyki na dziedzińcu.
Nie mam pojęcia, czy ich ucieszyłem, ale z pewnością zrobiłem wrażenie.
— Czemu nie wziąłeś głowy? — pyta mnie Grisma.
— Była ciężka — odpowiadam krótko. — Poza tym gryzła.
Parska śmiechem i patrzy na mnie podejrzliwie.
— Jak zabiłeś Obudzonego?
— Zarąbałem.
— Potrafią zabijać spojrzeniem i być w trzech miejscach naraz — krzyczy ktoś. — Żaden człowiek nie może zabić upiora! Żelazo im nie poradzi!
— Poradzi — mówię uspokajająco. — Tylko trzeba się szybko ruszać.
Wracają do stołów, starając się nie stąpnąć na miejsce, w którym przed chwilą leżało moje trofeum.
Patrzę, jak piją chciwie, piwo kapie im po brodach, wsiąka w zarost. Z hukiem odstawiają rogi na stół i krzyczą o kolejne dzbany. Niektórzy spoglądają na mnie z podziwem, inni z zabobonnym lękiem, a jeszcze inni z niechęcią.
Królowa wciąż jest blada jak papier, podbródek jej drży, ale kształtne usta zaciskają się w grymasie uporu i wściekłości. Grisma natomiast zerka na mnie z nadzieją. Chyba.
Nie umiem rozpoznawać ich emocji. To przez te dziwaczne, zwierzęce oczy. Oczy niedźwiedzi, oczy krów, wiewiórek, psów. Oczy zajęcy. W całości wypełnione błękitem, brązem, czernią albo fioletem.
Wraca młody. Chyba jest tu kimś znacznym. Następcą tronu? Siada przy stole i, sięgając po piwo, częstuje mnie ciężkim spojrzeniem. Nie lubi mnie. Uznał za swojego rywala? Odebrałem mu pierwszeństwo?
Patrzę, jak zaciskają się mu szczęki, jak bezwiednie rozdymają nozdrza.
Aktywuję cyfrala. Ot tak, na wszelki wypadek.
Przełknąwszy kolejny łyk z lekko zalatującego bawolego rogu, Drakkainen stwierdził, że ostatecznie da się to pić. Nie przypominało „Karlovaczko”, ale niech tam. Wyciągnął dłoń do drewnianej misy i przez chwilę trzymał wyciągnięty palec, poruszając nim od jednego kawałka mięsiwa do drugiego, aż zrezygnował. Sięgnął po coś, co postanowił uważać za ogórek.
Uczta przedłużała się i nic nie wskazywało na to, by woje zamierzali kłaść się spać. Niektórym zamykały się już oczy, niektórzy podrzemywali nad miskami, ale wyraźnie usiłowali na siłę zachować przytomność. Kiedy tylko komuś głowa zaczynała kiwać się nad stołem, sąsiad budził go szturchnięciem, najwyraźniej zaniepokojony. Sam śpiący też sprawiał wrażenie przestraszonego.
Przez chwilę jakby dali mu spokój i Drakkainen umilał sobie czas obserwacją. Szalony Krzyk wlepiał w niego badawczy wzrok i siedział zasępiony, pociągając co jakiś czas mały łyk. Na ile można było ocenić, robił wrażenie kogoś, kto coś knuje. Jego małżonka siedziała ponuro nad pustym talerzem i patrzyła spode łba na towarzystwo przy stole. Wyglądała na sporo młodszą od Grismy. Nie było to łatwo ocenić, ale sprawiała wrażenie, że nie przekroczyła jeszcze trzydziestki. Zważywszy, że pewno wyszła za mąż około czternastego roku życia, spokojnie mogła być matką i nabzdyczonego młodzieńca z długimi włosami, i może ośmioletniego chłopca siedzącego obok niej. Obaj byli porządniej ubrani niż reszta, ich kaftany uszyto z barwionych tkanin i ozdobiono przy dekolcie i na mankietach rękawów skomplikowanymi haftami. Obaj mieli przy pasach metalowe okucia i zdobione noże. Na szyi nosili złote amulety. Dlaczego byli tacy ponurzy? Królowa mogła być rozczarowana życiem na tym pustkowiu. Może dojadło jej to tajemnicze zagrożenie, przed którym tak się trzęśli? A może chodziło o Drakkainena? Przyłapał ją kilka razy na taksującym, przeciągłym spojrzeniu, zbyt natrętnym, by było przypadkowe, i uznał, że to stare jak świat zjawisko. Biedna, ambitna dziewczyna uwięziona na prowincji ze starym i bogatszym od niej mężem i tajemniczy przybysz. „Ucieknijmy razem”. Melodramatyczne, ale możliwe. Młody człowiek z kolei był przypuszczalnie po prostu zazdrosny o sławę jaką dało Wędrowcowi przyniesienie łapy potwora. Biedny smarkacz, nie miał pojęcia, że bez cyfrala Vuko nie miałby najmniejszych szans tak samo jak każdy człowiek. Potwór był zbyt szybki i sprawny. Jeżeli takich zwierząt było tu więcej, to rzeczywiście mieszkańcy dworu Szalonego Krzyku mieli problem.
Spekulował z nudów. Robił to, przed czym go przestrzegano.
„Nie znamy tej kultury” — mówili. Ostrzegali przed złudnymi podobieństwami i myśleniem własnymi kategoriami. „Będziesz widział różne rzeczy, ale nie będziesz rozumiał ich znaczenia. Niektóre będą ci się wydawały złe. Będziesz widział dzieci pijące alkohol, przemoc w rodzinie, morderstwa, intrygi, okrucieństwo, kazirodztwo i kanibalizm. Odpuść sobie. Nie twoja sprawa. To się dzieje po drugiej stronie kosmosu. Ty masz znaleźć i wyciągnąć stamtąd kilkoro ludzi. Reszta niech się toczy jak chce”.
Baba ukryta w niszy nie poruszała się od dłuższego czasu i chyba przysnęła. Nie. Ktoś podszedł do niej, niewidoczny dla pozostałych w głębokim cieniu kolumnady, i nachylił się do jej ucha. Drakkainen wyostrzył słuch.
„Słońce na pewno już zaszło... Mrok gęstnieje”.
„Czy idzie zimna mgła?” — odszepnęła stara.
„Na razie nie”.
„Przyniosłeś?”.
„Boję się dotykać jego rzeczy, czcigodna”.
„Głupcze! Wypił krew i nic nie zauważył! Jest słaby. Musi odejść”.
„Sprowadzi na nas Obudzonych...”.
Ja ci dam dotykać moje rzeczy, zaniepokoił się Drakkainen. Ubrany w czerń informator odszedł od baby, ale nie zbliżał się do jego ekwipunku, tylko wyszedł z halli.
Stara coś knuje, Grisma knuje, Królowa też, młody gapi się, jakbym mu kozę wydoił... Co za towarzystwo.
— Kiedy zaczęła się ta „wojna bogów”? — zagadnął Spalonego Gniewa. Ten spojrzał na niego jak na idiotę.
— Kto może znać sprawy bogów? Dla nas liczy się to, że Obudzeni zaczęli wychodzić z uroczysk. Kiedyś, dawniej, opowiadano różne rzeczy o Pustkowiach Trwogi, ale dało się przez nie chodzić. Polowaliśmy na jelenie, uprawialiśmy pola. Byliśmy tymi, którzy nie znają strachu, bo umieją tu mieszkać. Wiedzieliśmy, gdzie są uroczyska i jak je omijać. Umieliśmy przejść przez bagna i skały. Latem spuszczaliśmy łodzie na rzekę i płynęliśmy aż do morza, a potem szukaliśmy szczęścia w dalekich krajach. Teraz już od lat nie wypływamy. Cała nasza ziemia stała się uroczyskiem. Gdybyśmy wsiedli na łodzie, po powrocie znaleźlibyśmy tylko pogorzelisko i Obudzonych. Kto wyjdzie do lasu, już nie wraca. Pod pług czy stępor idzie tylko takie pole, które widać z grodu. Szlakiem też już nikt nie ciągnie. Nie ma wędrowców, kupców ani pieśniarzy. Droga zaczyna zarastać. Mówią, że to zimna mgła i puszcza, ale ja myślę, że wszędzie już tak jest.
— Co to jest „zimna mgła”? — Podczas zdobywania informacji ważne jest, by rozmówca mógł mówić o tym, co go interesuje. Większość ludzi chce mówić tylko o sobie. Zatem kiedy chce się zdobyć informacje, trzeba stać się wdzięcznym słuchaczem. Nie czekać na moment, kiedy samemu zacznie się mówić, ale słuchać i dopytywać się o szczegóły. Spalony Gniew pochylił się w jego stronę i zaczął mówić szeptem.
— Najpierw robi się zimno. Nawet w słoneczny dzień. Potem światło robi się dziwne i pojawia się mgła. Inna niż zwyczajna. Gęsta i zimna. Robi się cicho. Nawet ptaki nie śpiewają. A potem przychodzą Obudzeni. Czasem to są zmarli. A czasem potwory. A czasem nic nie widać, tylko człowiek zaczyna się palić. Albo obraca w kamień. Mój szwagier zestarzał się na moich oczach i umarł. A to, co umarło, dalej się ruszało. Przybiłem go włócznią do ziemi i uciekłem. Kiedy nadchodzi zimna mgła, czasem najgorsze, co człowiek ma w głowie, staje przed nim jak żywe. Moja żona bała się wody. Nie nauczyła się pływać, nie podchodziła do strumienia, nawet studni się bała. Mówiła, że często śni o tym, że tonie. Mgła dopadła ją na polu pod lasem. Mówili, że rzucała się jak szalona, jakby obsiadły ją osy. A potem rzygała wodą. Całe kubły wody z niej wychodziły, aż utonęła. W wodzie, którą miała w środku. Na suchym jak pieprz polu.