Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
To są jakieś grupy hemowe — krew. Nakapali mi tam krwi. Śladowo, ale wyczuwalnie. Człowiek by nie wyczuł, więc spokojnie wypijam. Zostaje mi jakiś wyraźny ślad. Obcy i nieprzyjemny. Jakieś kwasy octowe, mlekowe. Okropne.
To miesięczna krew. Paskudny dowcip.
Trudno. „Morsy” nie pękają.
Uśmiecham się promiennie i z hukiem stawiam odwrócony róg na stole tuż przed rudym dżentelmenem, który cofa się odruchowo. Najchętniej rzuciłbym tym w łeb babie siedzącej w niszy. Głowę daję, że to jej pomysł.
Król wygląda, jakby połknął żabę. Jest wściekły. Ale chyba nie na mnie. Strzela piorunującym spojrzeniem w kierunku niewidocznej staruszki.
— Usiądź przy stole, gościu — powiada.
Siadam. Sąsiad robi mi miejsce i skwapliwie wręcza kolejny róg piwa. Na jego twarzy miesza się wyraz ulgi, obrzydzenia i współczucia. Biorę od niego róg niespiesznie i bez nerwowości.
— Mówisz, żeś cudzoziemiec, a kłaniasz się naszemu Hindowi jak człowiek pobożny — mówi Grisma podejrzliwie i z troską.
— Moi bogowie są daleko — odpowiadam i nagle rozumiem jego zatroskanie. On mi podsunął zapaskudzone piwo, a ja je poświęciłem bogu wojów, braterstwa broni, gniewu, burzy i honoru. Zrobiłem to w dobrej wierze, więc to on ma teraz przerąbane jako ten, który obraził boga. Widzę, że wpuściłem go na amen, i poprawia mi się nastrój.
Królowa patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Czyżby to był prezent od ciebie, wasza wysokość?
Wypijam kolejny łyk piwa. Jest trochę lepsze, ale nie bardzo.
Stawiają mi powyginany, metalowy talerz, podsuwają drewnianą misę pełną parujących kawałków gotowanego mięsa. Zalatuje lekko — ugotowano je już w ostatniej chwili. Nie jest jeszcze zepsute, ale prawie.
Wraca gwar rozmów, ktoś siedzący w niszy zaczyna grać na flecie.
Przeszedłem staranne szkolenie. Apetytu nie psuje mi ani stęchły posmak łykowatego mięsa, ani mętne piwo, ani czarne obwódki za połamanymi paznokciami mężczyzny siedzącego naprzeciw, ani tłusty sos sklejający rzadką brodę następnego woja. Jego twarz jest straszliwie zniekształcona, prawie nie ma dolnej szczęki, aż po kość policzkową ciągnie się nierówna, poszarpana blizna, pewnie od topora.
Zjadłbym porządną pleskavicę.
Z serem.
— Musisz być szalony, żeby samotnie wędrować po Pustkowiach Trwogi, przybyszu.
— Jestem tu obcy i nie wiem, czym są Pustkowia Trwogi. Szukam kilkorga swoich i idę przez świat, nie pytając, jak inni zwą lasy i wzgórza, które przemierzam.
— Jak cię wołają?
— Według waszej mowy byłoby to Ulf Nitj’sefni — odpowiadam. U nich imiona nie zawsze mają znaczenie, są rodowe. Przydomki zaś są indywidualne i powstają trochę jak indiańskie imiona. Chciałem zachować własne imię — Vuko, co znaczy po chorwacku „wilk”, ale niestety „vuko” to w jednym z tutejszych żargonów „ptasie łajno”. Przetłumaczyli mi imię na norweski — Ulf to to samo, a na szczęście w mowie Wybrzeża nic nie znaczy, tyle że lepiej brzmi niż „guano”.
— W młodości wiele podróżowałem — powiada Grisma. — Może byłem i w twoim kraju, przybyszu. Jak go zwą?
Uśmiecham się.
— Mój kraj to Chorwacja — mówię bezczelnie i widzę, że mina mu rzednie. — Jest tak daleko, że świecą nad nim inne gwiazdy.
— A bywałeś w kraju, który zwiemy Amistrand?
Amitraj. Ich znienawidzony wróg. Spluwam na ziemię i unoszę pięść, mamrocząc imię Hinda. Patrzą z aprobatą — zareagowałem prawidłowo. Czy on mnie ma za durnia? Przecież gdybym był amitrajskim szpiegiem, zrobiłbym tak samo.
— Widziałem go — odpowiadam krótko. — I nie chcę widzieć więcej.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy podróżuje się po obcych krajach, to po powrocie ludzie przede wszystkim pytają: „Co tam jadłeś?”. Sam też o to zwykle pytam. To tak, jakby kulinarne odmienności najwięcej mówiły o obcej kulturze. Zresztą może i tak jest.
Głównie szare, gotowane mięso, lekko zalatujące stęchlizną i dziwnymi korzeniami, które mają zabić smród. Jakieś trąbkowate grzyby, może porosty, kiszone w soli, skrzypiące w zębach niczym guma. Trochę marynowanych warzyw o dziwnych kształtach, kolorach i smakach, ciągnących piwnicą. Solone, suszone paski ryby. Mętne, drożdżowe piwo. Kłącza podobne w smaku do czosnku i zarazem do pora, wyglądające jak tatarak. Przegryza się tym kolejne ociekające tłuszczem i wodnistym rosołem kęsy. Na wpół wyrośnięte razowe podpłomyki, zgrzytające w zębach od piasku z kiepskich żaren. Tylko nieliczni mogą poszczycić się metalowymi albo bazaltowymi żarnami, które nie kruszą się do mąki, ale Grisma Szalony Krzyk najwyraźniej do nich nie należy.
Piwo ma z sześć procent. Przy tym tempie picia w ciągu godziny do dwóch większość przy tym stole będzie już pijana.
Bez przerwy dopytują się o wieści ze świata. Wykręcam się, opowiadam jakieś głupstwa. Chcę sprawić wrażenie, że dobiłem do ich brzegu bezpośrednio i nic nie wiem o nowinach. Że mój okręt zatonął i tylko ja ocalałem. Czuję, że pytają z niepokojem. Dzieje się coś niedobrego. Wiedzą, że coś nadchodzi. Czyżby zanosiło się na wojnę? Ich kraj leży na uboczu. Reszta kontynentu leży daleko na zachodzie, odcięta przez pustynię i potężny łańcuch górski. Tereny niemal bezludne. Na morzu trzeba pokonać labirynt skalistych, niebezpiecznych wysepek, cieśnin i szkierów, którymi góry schodzą do morza. Żadna flota inwazyjna nie przejdzie. A nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie wlókł armii przez pustynię i góry w tę dzicz. Po co? Po ich okute miedzią wiadra? Szczerbate siekiery?
Pytają, czy nie widziałem wędrownych mnichów w czerwonych płaszczach o twarzach ze srebra.
Nie widziałem.
A czy nie widziałem szalonych, czarnych jeźdźców o tatuowanych twarzach, ubranych w poczerniałe żelazo, na żelaznych koniach? Mówi się, że pojawiają się już coraz bliżej?
Nie widziałem nikogo takiego.
A czy widziałem Obudzonych?
Nie wiem, kim są Obudzeni. Jestem tu obcy, a w moich stronach nikt o nich nie słyszał.
— Wojna bogów jest wszędzie — mruczy Spalony Gniew, rudy, krótko ostrzyżony woj siedzący naprzeciwko, obok tego porąbanego toporem o imieniu Dębowa Twarz. — Pewnie u siebie zwiecie ich inaczej. Dzieci zimnej mgły.
Kręcę przecząco głową.
Chcą wiedzieć, czy nie widziałem niczego dziwnego podczas podróży przez ich las.
— Nie jestem pewien. Widziałem coś dziwnego, co mnie zaatakowało. Zabiłem to — mówię. — Ale to pewnie zwierzę.
Idę do swoich rzeczy, które ułożono pod ścianą na schludny stos, i wyjmuję zawiniątko. Patrzą na mnie w osłupieniu, kiedy rozsupłuję sznur i odwijam koc. Odrąbana łapa spada z trzaskiem na drewnianą podłogę pomiędzy święte znaki. Palce wciąż jeszcze trochę się poruszają.
Krzyk. Zrywają się na równe nogi, kobiety i dzieci piszczą, ktoś wykrzykuje imię Hinda, ktoś złorzeczy i wydaje entuzjastyczne, bojowe ryki, ktoś doskakuje i kopie łapę, po czym tchórzliwie chowa się w tłum. Zdziczeli.
Stoję pośród tego zgiełku i powoli, metodycznie składam koc. Prześmierdł odorem padliny i jakby rybą. Trzeba go będzie uprać.
Jedni są wściekli, a inni przerażeni. Królowa jest blada jak prześcieradło i gryzie pięść. Czarne, wole oczy szklą się od łez.
Szok czy jak?
Król woła o włócznię. Podają mu ze stojaka krótkie, masywne drzewce. Rozstępują się. Grisma przydeptuje łapę haftowanym, skórzanym butem i, sapiąc, wbija w nią kute, wąskie ostrze. Powoli i metodycznie. Skóra stworzenia jest śliska, twarda i elastyczna, a trójkątny grot nienadzwyczajnie ostry. Ustępuje niechętnie, wreszcie Szalony Krzyk dopina swego i unosi kończynę nadzianą na włócznię, wciąż poruszającą palcami, przypominającą zdychającego kalmara.