Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Zbieram swoje rzeczy i ruszam za nim do dworu. Woje pomagają mi nieść siodło i sakwy. Któryś bierze ode mnie nawet parujący wciąż kubek. Widzę, że co najmniej dwóch z nich to zaledwie chłopcy. Jeden ma góra trzynaście lat i z trudem dźwiga tarczę, drugiemu za duży hełm z czepcem z kolczugi i okularowym nosalem kolebie się na głowie niczym kociołek. Z kolei inny woj ma szósty krzyżyk na karku i lekko utyka na prawą nogę. Jeżeli „król” wystawił przeciwko mnie trzon swojej armii, to rzeczywiście z nimi kiepsko.
Kroczę ramię w ramię z możnym i dwoma wojami, którzy niosą moje toboły, pozostali otaczają nas amatorskim, zezowato ustawionym szykiem „jeża”. Nie klinują o siebie tarcz, mylą krok i wpadają jeden na drugiego, ale mierzą na wszystkie strony świata kutymi grotami włóczni, ostatni idą tyłem, jakby w każdej chwili spodziewali się ataku. Nie na wiele się to zda, gdyby co — pełno dziur w tym ich „jeżu”.
Rozglądam się, ale zapłakana deszczem, zamglona poręba jest zupełnie pusta. Tylko gdzieś na granicy wzroku stoi biała, chuda sylwetka chłopca o oczach jak wypalone okna i długich palcach, poruszających się jak odnóża kraba.
Oba skrzydła bramy otwierają się przed nami i wchodzimy na błotnisty majdan. Deszcz siecze kałuże, chude, wielkie brytany szarpią się na łańcuchach, pachnie dymem, stęchlizną i ciałami wielu ludzi. Ciężki, piżmowy zapach przenika tu wszystko.
Główny budynek jest mroczny, długi i w środku przypomina hangar. W centralnej części między kolumnami mieści się długi stół, przy którym siedzi kilkanaście osób. W powietrzu wisi ciężki smród, który można by kroić. Dym snuje się pasmami, halla pośrodku jest prawie pusta. Trochę skrzyń, trochę futer, przy wejściu stojak z tarczami i włóczniami. To wszystko.
Deszcz pada przez dziurę w dachu prosto w palenisko, a na wprost, w szerokim karle siedzi okryty futrem Grisma Szalony Krzyk.
Jest stary. Jeszcze nie zgrzybiały, jeszcze można uwierzyć, że masywny miecz, o który się opiera, nie jest ledwie ozdobą, ale po pobrużdżonej twarzy, przetykanych siwizną, długich włosach i wyblakłym, matowym błękicie oczu znać lata. Boją się go tutaj. Widać to w sposobie, w jaki siedzą, jak udają niewidzialnych, unikając spojrzenia zmrużonych, badawczych oczu, grymasów upartych ust. I tylko ja wiem, że te jego groźne miny maskują strach i niepewność. Grisma bez przerwy się boi. O swoich ludzi, o siebie, o ciągłość rodu, o swój honor. A w tej chwili boi się mnie.
Jestem o pół głowy wyższy niż największy z nich — tego nie da się nijak zamaskować. Do tego mój półpancerz ma pokaźne naramienniki jak w stroju futbolisty i nadaje mi wygląd niemal herosa. Chodziło o efekt psychologiczny, ale i o to, że ochraniacze mają sprężynować i przejmować na siebie impet uderzenia.
Grisma mierzy mnie podejrzliwym spojrzeniem i mamle, jakby coś żuł. Uderzam karwaszem o napierśnik, trzask odbija się echem od sufitu, pochylam głowę w oszczędnym ukłonie. Ktoś nerwowy z siedzących przy stole wzdryga się wyraźnie. Za kolumnadą czai się ze czterech, przekonanych, że są niewidoczni w półmroku. Czuję ich pot, słyszę skrzypienie rzemieni, zapach dziegciu, którym zakonserwowano cięciwy. Słyszę, jak jednemu z nich wali serce.
— Wybacz cudzoziemskiemu włóczędze, wielki królu — mówię. — Jestem zagubiony w tym kraju i nie znam się na dworskich obyczajach. Ledwo i źle mówię mową Wybrzeża i nie umiem się przywitać, ale nawet ja słyszałem o Grismie Szalonym Krzyku i zapragnąłem schronić się pod twój dach.
Nie bardzo mam co mu dać, w tym problem. Złota nie mogę. Po pierwsze, ma się za króla i to on tu jest ewentualnie od rozdawania złota — tylko go obrażę. Po drugie, jeżeli zobaczą, ile tego mam, zwyczajnie mnie zabiją. Jakoś nie mogę się zdobyć na to, żeby dać mu odrąbaną łapę stwora. Dałem sobie wmówić, że to nie wiadomo co, ale teraz zaczynam być przekonany, że zarąbałem leśnego szkodnika i tyle. Co by pomyślano o średniowiecznym rycerzu, który rzuciłby królowi pod nogi kawałek węża albo łeb wilka i obwołał się smokobójcą? Wariaci istnieją w każdej kulturze.
— Podejdź, gościu — rozkazuje Grisma. — Stań tak, by stary człowiek mógł cię widzieć.
Podchodzę dwa kroki i staję w miejscu oświetlonym chybotliwym płomykiem olejowych kaganków, które kopcą tranem. Podłoga została w tym miejscu wyjątkowo zamieciona i na krzywych deskach wyrysowano węglem krąg opleciony znakami pisma. Rozpoznaję runy Wybrzeża z alfabetu Sonermanna Veigla, uchodzące za święte. O co chodzi? Test jakiś czy co?
Najwyraźniej to, czy tu stoję, czy nie, ma jakieś znaczenie. Wszyscy pochylają się w oczekiwaniu, siedzą spięci, w dziwnych pozycjach, jakby byli gotowi poderwać się w każdej chwili z ławy. Spodziewają się, że jestem jakimś upiorem, niestety nie wiem, co robią upiory. Jako człowiek miałbym bać się tych zygzaków czy wręcz przeciwnie? Zakładam, że to krąg ochronnych zaklęć, więc demon musiałby ich unikać. Niestety, to tylko teoria. Z boku, w niszy, siedzi jakaś ubrana na czarno stara baba. Kaptur albo może chusta zasłania jej twarz, siedzi zupełnie nieruchomo i wlepia we mnie uważny, podejrzliwy wzrok. Nawet dla mnie jest ledwo widoczna, ale nie sposób jej nie zauważyć, bo, niestety, śmierdzi przeraźliwie.
— Ten, co wędrował, ma suche gardło — recytuje Grisma. — Przepij do mnie, gościu.
Podają mi róg wypełniony czymś mętnawym, pachnącym drożdżami i sfermentowanym ziarnem. Warzone domowo piwo. Patrzą z najwyższą uwagą, czy się napiję. Mężczyzna, który siedzi najbliżej, zaciska dłonie w pięści, kolejny zagryza wargi. O co chodzi? Mam wypić czy nie? Pomyślmy — człowiek wypije, oczywiście. Demony są u nich niepijące?
W ciemności skrzypi cięciwa. W życiu mnie nie trafisz, synku. Nie przy tym oświetleniu. Zresztą równikowy łuk nie przebije laminatu.
Wylewam odrobinę piwa na wnętrze dłoni i przyciskam dłoń do ziemi.
— Cokolwiek piję, piję na twoją cześć, Hindzie — wygłaszam.
Wstaję i unoszę róg do ust. Patrzą tak uważnie, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Wtedy dopiero rozumiem.
Dodali czegoś do tego piwa. Czegoś, czego demony się boją, w rodzaju wody święconej, i to jest wersja optymistyczna. Ewentualnie czegoś trującego, czego człowiek by nie zauważył, i wtedy jest gorzej. Cholerna logika sądu Bożego. Zdam test, kiedy padnę trupem — coś jak próba wody. Baba tonie — była niewinna. Baba pływa — wiedźma. Jeśli zacznę kaprysić, to znaczy, że jestem demonem. Zakładam, że jednak nie usiłują mnie od razu otruć, i piję. Nie znają tu raczej jakichś piorunujących toksyn, więc jeżeli coś będzie nie tak, momentalnie wszystko wyrzygam.
Piję duszkiem aż do zapapranego resztkami zboża i drożdży dna. Piwo jest gęstawe, ohydne. Zawiera tyle zanieczyszczeń, że trudno się zorientować, co ma być tą tajemniczą domieszką. Ślady jakichś nieprzyjemnych, roślinnych garbników to chyba błędy produkcyjne. Jakiś niechluj nie powybierał chwastów ze zboża. Nie czuję na szczęście metylu, natomiast jest coś dziwnego, czego nie mogę rozpoznać. Metaliczny, miedziany posmak.
Rudzielec z brzegu stołu jest blady jak ściana, na ustach ma ledwo zamaskowany wyraz skrajnego obrzydzenia. Napluli mi w to piwo czy jak?
Piję.
Szczupła, bogato ubrana kobieta, siedząca obok króla, jest czerwona na twarzy jak piwonia i patrzy po ścianach.
Któryś z niedoszłych zabójców, ukrytych za filarami, wybiega na dziedziniec i słyszę, że rzyga tam prosto na majdan. Co z wami jest?