Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Dwór na wzgórzu wydaje się opuszczony, ciemny, ponury i cichy. Czuję, że jestem bacznie obserwowany, ale w gruncie rzeczy cieszę się, że postanowili mnie ignorować.
Zmieniam bieliznę i wyciągam z tobołów suche spodnie. Znajduję też półkożuszek z kapturem i robię remanent wśród zapasów.
Mam bulion w kostkach, zamknięty w jakimś natłuszczonym, skórzanym woreczku. Mam trochę karpackich wędzonych serów, suchą kiełbasę, mięso w paskach, suchary owinięte w pergamin. Szklany słoik z miodem, zamknięty szerokim korkiem. Trochę prasowanych, suszonych owoców z orzechami, kilka batonów chałwy, ale bez opakowań, są owinięte w jakieś liście, chyba winogronowe.
Nie mogli mi dać cukru. To byłoby okropnie niebezpieczne. Mogli natomiast chałwę albo prasowane figi, albo kawał korka. O ile wiem, ani migdały, ani figi, ani dęby korkowe tu nie występują, więc co by szkodziło dać trochę herbaty? Nie mogli owinąć tego w liście herbaciane?
Znajduję też rzeczy, które przemyciłem nielegalnie, i te, które mi wciśnięto. Ale ani śladu kawy czy herbaty. Z radością znajduję trzy tabliczki czekolady, trochę tytoniu, butelkę rakiji, drugą rumu, obie są plastikowe i płaskie. Prędzej zginę, niż je wyrzucę. Co to za wspaniała rzecz — plastik. Lekka, nietłukąca i szczelna. Śliwowicę dał mi Levkovič, a „Navy Rum” pewnie Dartlow.
Rozkręcam metalowy pojemniczek i montuję wędkę. Żyłka jest z plecionego, końskiego włosia — trudno, przynajmniej haczyki i ciężarki są normalne. Mogło im przecież przyjść do głowy wyposażyć mnie w kościane haczyki. Komuś się nie chciało, Bogu dzięki.
A potem wycinam sobie kij i naprawdę idę na ryby.
Widać je. Przemykają tuż przy dnie, kryją się za kamieniami, ale nie interesują ich ani dżdżownice, ani kulki z przeżutego suchara, ani kawałki mięsa. Są pękate i spasione, działają mi tylko na nerwy. Trzeba będzie spróbować zrobić jakiś oścień.
Warto byłoby złożyć łuk, ale okropnie mi się nie chce. Już i tak chodzę obładowany jak muł. W częściach jest jednak poręczniejszy.
Gotuję wodę z miodem zaprawioną odrobiną śliwowicy. Prócz tego na kolację będzie czekolada, kawałek kiełbasy i suchar.
Przeczytałem miliony książek, których akcja toczyła się w baśniowych światach, jak mój tkwiących w pseudośredniowieczu. I wszędzie można było wejść do karczmy, rzucić na stół monetę i zakrzyknąć „Karczmarzu, piwa!” — zawsze chciałem tak zrobić.
Rozpalam ogień, ile wlezie. Chcę wysuszyć ubranie, ale i pokazać, że nie jestem z tych, którzy przemykają się chyłkiem.
W forcie chyba trwa gorączkowa narada. Gdybym tylko mógł tam być — głosowałbym za tym, by zostawić dziwnego obcego w spokoju przynajmniej do jutra.
Powinienem znaleźć ślady moich sierot, ale upłynęło tyle czasu, że jedna noc nie zrobi nikomu różnicy. A strasznie nie chce mi się nawiązywać kontaktów. Trochę mam tremę, a trochę jestem zmęczony. Podoba mi się ta wiata. W Finlandii całkiem podobne stawiają na parkingach przy plaży.
Zjem sobie kolację, popatrzę w ogień, pomyślę, wypiję jeszcze łyk śliwowicy i z rozkoszą wyciągnę się na tym szerokim stole, nakryty kocem, z siodłem pod głową. Komu to będzie przeszkadzało?
Cały czas czuję na sobie czyjś wzrok. Kiedy mieszam swój dziwny grog, dokładam do ognia albo kroję twardą jak kamień kiełbasę. Przenikliwy, badawczy.
Widzę tylko sieczone deszczem krzaki, milczący, najeżony palami ciemny dwór i mgłę. Robi się zimno. Powoli zbiera się na zmierzch.
Pewno skądś mnie obserwują. Ze szczytu palisady albo przez jakieś strzelnice. Proszę bardzo.
I wtedy zauważam dziecko.
Pojawia się nagle, jakby wysnuło się z mgły wijącej się po ziemi. Chłopiec, może ośmioletni, karykaturalnie chudy, z wydętym, okrągłym brzuchem. Stoi, milcząc, zupełnie nagi na deszczu i chłodzie, ze złożonymi rękami, jakby piastował coś na piersi.
Zapomnieli o nim? Nie zauważyli, że nie zdążył za bramę? Może nie wiedzą dokładnie, ile mają dzieci? A teraz pan Grisma Szalony Krzyk udaje, że go nie ma w domu, a ten tu moknie goły na wściekłym zimnie.
— Nie bój się — mówię łagodnym tonem. — Chcesz coś do jedzenia?
Nie odzywa się. Stoi nieruchomo i wpatruje się we mnie tymi niesamowitymi oczami, które z daleka w szarówce wyglądają jak puste oczodoły. Opuszcza nagle lewą rękę i okazuje się, że to, co tak tulił do chudej piersi, to jedynie druga ręka, ze strasznie zniekształconą dłonią o tylko czterech palcach, ale za to długich na dwadzieścia centymetrów, z wieloma stawami, jak odnóże kraba.
Patrzę osłupiały, nadal trzymając w wyciągniętej dłoni kawałek czekolady, a wtedy jego oczy nagle błyskają fosforyczną zielenią i chłopiec staje się mgłą, obłokiem mgły, który rozchodzi się niepostrzeżenie.
Cofam rękę z czekoladą i czuję, jak włosy jeżą mi się nad karkiem. Hiperadrenalina uderza jak prąd.
Czekam, ćwicząc oddech ibuki, aż się rozejdzie. I wtedy znowu rozlega się zawodzenie rogu.
Po prostu cofnął się trochę i zniknął we mgle, myślę, patrząc, jak otwiera się dwuskrzydłowa brama i wychodzi z niej kilku ludzi. Schodzą ostrożnie ze wzgórza, osłaniając się tarczami o dziwacznym kształcie, przywodzącym na myśl kontrabas. Widzę błysk grotów na włóczniach.
Idą do mnie.
Odstawiam kubek i, klnąc pod nosem, zakładam ciężki półpancerz, przypinam okuty pas z mieczem. Czas do pracy.
Idą. Powoli, godnym krokiem, żeby pokazać, że zupełnie się mnie nie boją. Jednak tarcze są uniesione, włócznie gotowe do ciosu. W sumie ośmiu mężczyzn. W środku idzie dwóch bez tarcz i włóczni, ale podobnie jak reszta w zbrojach.
Zatrzymują się jakieś dziesięć metrów od mojego obozowiska i patrzą w milczeniu. Jeden z tych dwóch w środku to stanowczo ktoś ważny. Zdobiony kaftan, nabijany metalowymi płytkami, opina pękate ciało, mężczyzna ma rozłożystą, siwą brodę i długie włosy ujęte w złotą obręcz, też siwe. Kto wie, może to sam szef. Jednak nie wydaje szalonych krzyków, tylko milczy, przyglądając się badawczo.
Tarczownicy wymieniają półgębkiem uwagi, przekonani, że nie mogę ich usłyszeć.
„Znać, że możny. Pancerz cudzoziemskiej roboty. I miecz jaki... Patrz, czy ma ludzkie oczy. Może to mara...”.
Czekam.
To oni mokną, nie ja. Sięgam po swój kubek i wypijam łyk gorącego napoju.
— Ten, kto wędruje, śpi na kamieniu, daleką ma drogę do domu. Miast piwa, witają oszczepem, nie dadzą zdjąć szłomu — powiadam dobitnie i wypijam następny łyk. Wysiliłem całą znajomość mowy Żeglarzy, żeby sklecić ten wierszyk. Tu lubią takie rzeczy. Ciekawe, czy stary też odpowie rymowanką.
Rozpycha stojących przed nim i podchodzi ostrożnie, trzymając jedną dłoń na głowicy miecza. Taksuje mnie od stóp do głowy i zagląda mi uważnie w oczy.
To może oznaczać, że widziano tu Ziemian. Moje oczy zostały ucharakteryzowane i wyglądają jak oczy tutejszych, całe wypełnione ciemnymi, orzechowymi tęczówkami niczym u krowy. Ilekroć zobaczę własne odbicie, aż mnie odrzuca. Nie mogę się przyzwyczaić. Na szczęście tutaj lustro to rzadkość. Ale naukowcy nie przechodzili żadnych operacji. Ich oczy musiały zwracać uwagę.
Dwóch z jego ludzi od niechcenia, powoli odwraca włócznie ostrzem w dół i opiera je o ziemię. To nie znaczy, że przestali na mnie uważać. Teraz jeden ruch ramienia powinien wystarczyć, żeby cisnąć drzewcem i przygwoździć mnie do ściany szałasu.
— Lekkomyślny wędrowiec staje przed dworem, gdzie co noc śmierć kołacze, chciałby strawy, ognia i piwa, a tutaj tylko kruk kracze — odpowiada stary. — Jeżeli składasz wiersze, może ucieszysz króla. Chodź, jeśliś człowiekiem, a nie Obudzonym. Zasiądź przy stole.