Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 98
Перейти на страницу:

— Teraz powiem panu coś, co wie poza mną może z sześć osób. To już nawet nie będzie najwyższa klauzula tajności. Jeżeli piśnie pan słowo komukolwiek, choćby kapral Mulligan, zginiecie oboje. Przepraszam za ten ton, ale to niezbędne. Wiadomo, że ma pan znaleźć grupę badawczą albo ustalić, co się z nimi stało, ewakuować kogo się da i usunąć ślady, ewentualnie naprawić szkody, które mogliby wyrządzić, jeżeli doszło do nieautoryzowanego kontaktu z ksenocywilizacją, ale o tym pan doskonale wie. Nie wie pan natomiast, że otrzymał pan oficjalną zgodę na użycie wszelkich środków stosownie do oceny sytuacji. Wie pan, co to znaczy?

Pociągam łyk whisky.

— Licencja na zabijanie...

— Tak. Jeżeli będzie pan zmuszony zabić, ma pan do tego prawo. Ja ponoszę pełną odpowiedzialność. Jest jeszcze druga sprawa. Natrafiono tam na zjawisko, którego nie umiemy nawet porządnie nazwać, a co dopiero wyjaśnić. Coś, co może być niebywale niebezpieczne albo przynajmniej mieć najwyższe znaczenie.

Wypijam łyk whisky. Milczę.

— Tam występuje magia — mówi wreszcie Lodowiec, jakby z zażenowaniem i niesmakiem. — Przynajmniej tak to wygląda w raportach, z którymi się pan zapozna. Niech pan wróci stamtąd żywy i powie mi, że padliśmy ofiarą złudzenia, kuglarstwa albo efektów ubocznych nieznanego fenomenu fizycznego. Mam nadzieję, że tak będzie. Albo niech pan wróci i powie, że wszechświat stanął na głowie, a nasz świat za chwilę stanie się piekłem.

Ścieżka jest wąska, kamienista i pozarastana trawą. Prowadzi w dół. Obok chlupoce potok. Idę. Czuję się jak turysta. Męcząca jest tylko myśl, że gdziekolwiek bym poszedł, nigdzie nie czeka na mnie schronisko, łazienka z gorącą wodą ani czysta pościel.

Myślę o Duvalu wrośniętym w drzewo. Duvalu, którego skazałem na powolne konanie w zrąbanym pniu. Ile to będzie trwało? Aż drzewo spróchnieje? Kto wie, ile umiera drzewo?

Rozdział 2

Dwór Szalonego Krzyku

O wiele za wcześniem przyszedł do dworu,

wiele za późno do innych;

Piwo wypite lub jeszcze nie uwarzone,

Rzadko natręt w porę przychodzi.

Havamal — Pieśni Najwyższego

Trakt jest słabo widoczny. Właściwie to zarośnięta trawą ścieżka, ale wiem, że nie zginę w jakichś nieprzebytych borach. Idę stale na wschód równolegle do wybrzeża, więc muszę w końcu trafić do ludzi. Po jakimś czasie zaczynam znajdować miejsca ogniskowe.

Okrągłe, czarne plamy węgla i popiołu. Stare, ale wzdłuż tego strumienia biwakowano od czasu do czasu. Ogień palono tuż przy ścieżce, jakby podróżni bali się zagłębiać w las. Popasy były pospieszne. Znajduję srebrny, ozdobny kubek, okuty róg do picia, kilka kościanych guzików, przyzwoity mały toporek tkwiący w pniu zwalonego drzewa.

Dwa razy trafiam na niepogrzebane, rozwłóczone zwłoki. Raz na wyschniętego, leżącego przynajmniej od pół roku trupa, na którym ocalały poszarpane resztki ubrania i topornego, lamelkowego puklerza. Opodal leży zniszczona, drewniana tarcza i zardzewiały miecz z wielokątnym, stożkowatym jelcem i taką samą masywną głowicą. Miecz z Wybrzeża, marnej roboty. Potem znowu fragmenty starego, zbielałego szkieletu w nurcie strumienia.

Obydwa nie mają głów.

Żaden nie należał do kogoś narodzonego na Ziemi.

Rozglądam się, ale widzę tylko tysiące szarych pni, ciągnących się w nieskończoność jak jesionowa kolumnada.

Mój płaszcz sztywnieje, robi się ciężki i chyba rzeczywiście nie przepuszcza już wody, ale nie ma to specjalnie znaczenia. Zostałbym suchy tylko w miejscach, gdzie chronią mnie ułożone dachówkowato folgi pancerza, ale tam jestem spocony i wszystko mnie swędzi.

Po południu czuję dym. Gdzieś płoną ogniska. Po jakimś czasie słyszę szczekanie psów i porykiwanie bydła. Przynajmniej tak to nazywam. Kiedy widzę drzewo, nazywam je „jesion”. Albo „sosna”. Albo „pinia”. To lepiej niż „welwiczja midgaardska” albo „dragomeria”. Słyszę chrapliwe pohukiwania zakończone przeciągłym skowytem, przypominające czkawkę u hieny, i myślę: „pies szczeka”, mimo że ani nie szczeka, ani to pies, tylko stworzenie funkcjonalnie najbliżej spokrewnione z tygrysem workowatym.

Ślizgam się na mokrych kamieniach i korzeniach, klnąc swój dobytek. Najchętniej rzuciłbym wszystko w krzaki, ale to głupi pomysł. Każda z tych rzeczy może mi kiedyś uratować życie.

Dwór stoi na wzgórzu, przed nim widać zakole rzeki, do której wpada mój strumyk. Polana została wykarczowana, cała pokryta jest pniami ściętych kiedyś drzew. Z miejsca, gdzie stoję, widać częstokół wieńczący wał najeżony zaostrzonymi palami. Nad nim zapadnięte dachy, pokryte omszałym gontem. Wokół wału, to tu, to tam, stoją niskie, ciemne chaty z belek, bez okien, wyglądające jak przywalone ciężkimi strzechami.

Dostrzegam ludzi. Kilkoro wybiega z lasu i rwie na wyścigi w stronę fortu.

Krzyk.

Kilkanaście metrów ode mnie, po kostki w strumieniu, stoi dziewczyna z białą, mokrą szmatą w ręku. Widzę bladą, przerażoną twarz, szeroko otwarte oczy wypełnione czernią. Kosmyki przemoczonych, ciemnofioletowych włosów przykleiły jej się do twarzy, długa, niebieska suknia też jest mokra i przylepiona do ciała. Stoi tak przez sekundę, po czym wydaje z siebie przeraźliwy pisk i rzuca się w panicznej ucieczce pod górę, błyskając bosymi stopami. Na brzegu zostaje tylko drewniany kubeł pełen zmiętych szmat.

W forcie już zamykają wierzeje, ktoś pędzi do środka dwie ryczące przeraźliwie, kosmate krowy, masywne jak bawoły, z rozłożystymi rogami. Krzyki, ujadanie psów, a nad tym wszystkim wznosi się przeciągły głos jakiejś trąby, brzmiący jak ryk mamuta.

Ależ tu kochają gości.

A jednak mieszkają tu dobrzy ludzie. Przy ścieżce postawiono krzywą, drewnianą wiatę. Zwykłą budę z belek nakrytą dachem. Ma tylko trzy ściany, a przed wejściem widać krąg kamieni i stertę wilgotnego węgla. Dalej wzniesiono półkolisty, kamienny murek, żeby odbijał ciepło do środka, jest też stos opału, pieczołowicie zasłonięty od deszczu warstwą gałęzi. W środku stół zbity z półbali i dwie ławy. Czego jeszcze trzeba?

Tutaj nie należy nikomu przychodzić znienacka do domu i dobijać się do bramy. Należy usiąść i czekać, aż po ciebie wyjdą. Jeżeli jednak nie wyjdą, jest gdzie przenocować, rozpalić ognisko, ma się dach nad głową. Odpocznij, zjedz, wyśpij się i spadaj na ryby. W gruncie rzeczy miły obyczaj.

Przede wszystkim odkładam cholerne siodło na ławę i zdejmuję mokry rynsztunek.

Odrąbaną łapę stwora zostawiam na dworze. Niech moknie. To ma być moje wkupne, coś w rodzaju „uwolniłem was od potwora”. Może zdołam się dowiedzieć, co to jest?

Rozpalam ogień pod nawisem dachu. Wymaga to benedyktyńskiej cierpliwości, rozdmuchiwania żaru, podkładania maleńkich igieł i drzazg, potem chronienia wątłych płomyczków przed wiatrem.

Po dwudziestu minutach mam już huczący ogień, który nie boi się siąpiącego deszczu. Siedzę na stole ze skrzyżowanymi nogami, palę w fajce mój bezcenny tytoń virginia i marzę o herbacie. Nic z tego. Nie dali herbaty. Dopiero teraz dociera do mnie, ile pożytecznych rzeczy mogło ocaleć w stacji. Choćby herbata. Na pewno nie wypili całej herbaty, a ja wszystko spaliłem.

1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)