Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Helios pochylił się ku niej i pocałował ją ciepło. Dziewczyna na chwilę poczuła tchnienie fali żaru, a potem bóg odszedł.
Odwróciła się ku oknu, żeby popatrzeć, jak niebo zaciąga się czerwienią i różem. Zastanawiała się, gdzie będzie jutro, czy znajdzie kogoś, kto zechce z nią dzielić długie noce w pracowni i czy zdoła teraz dostrzec romantyzm w plamach na słońcu. Wkrótce miał nadejść poranek, niebo na wschodzie już się żółciło pod warstwą błękitu. Pomiędzy światami ziemi i nieba pojawiła się odległa, płaska linia horyzontu.
Przełożył Patryk Sawicki
Eric Brown
PRZYJĘCIE POŻEGNALNE
Gregory Merrall był członkiem naszej grupy przez zaledwie trzy miesiące do przyjęcia pożegnalnego, choć wydawało się, że na swój spokojny, patriarchalny sposób trwał wśród nas od zawsze. Jego twarz należała do stałych elementów wieczornych wtorkowych spotkań we „Fleece”, był naszym powiernikiem i królem, można by nawet rzec, że stał się naszym sumieniem.
Pamiętam, jak zjawił się pośród nas. Była to wściekle zimna noc na początku listopada i nasze miasteczko już od dwóch dni trwało odcięte od świata z powodu obfitych opadów śniegu. Gdy zobaczyłem, jak wkracza do naszej przytulni — w swoim tweedowym płaszczu i trzyćwierciowych pumpach wyglądał jak postać z innej epoki — wziąłem go za przybysza, który utknął w naszym miasteczku i nie może zeń wyjechać.
Oparłszy się o bar wypił za jednym zamachem dwa albo trzy kufle Landlorda.
W bocznej alkowie wokół kominka siedziało nas dziewięcioro i każdy podchodził do baru, by zamówić następną kolejkę, a obcy wykazując sporą inicjatywę usiłował nawiązać z nami rozmowę.
— W Zachodnim Yorkshire są gorsze miejsca, w których można utknąć — stwierdziłem, gdy nadeszła moja kolej. — „Fleece” to najbardziej przytulna knajpka w promieniu kilku mil.
— Nie utknąłem tu — odpowiedział z uśmiechem. — Znaczy, nie w tym sensie — dorzucił podając mi rękę. — Merrall, Gregory Merrall.
— Khalid Azzam — odpowiedziałem. — Przeprowadził się pan do Oxenworth?
— Kupiłem starą farmę Simpsona na wzgórzu.
Pojąłem natychmiast — a wspominając to wydarzenie zastanawiam się nieraz, skąd mi się wzięła ta wiedza — że Merrall zostanie członkiem naszej grupki. Spostrzegłem w nim coś, co budziło zaufanie. Był towarzyski, pewny siebie, choć nie w sposób wyzywający i biła od niego ojcowska serdeczność, uspokajająca i dobrotliwa jednocześnie.
Zauważyłem, że jego kufel jest prawie pusty.
— Stawiam kolejkę — stwierdziłem. — Czy nie zechciałby pan się do nas przyłączyć?
— Bardzo miła propozycja — odpowiedział. — Z chęcią się przysiądę.
Przedstawiłem go całej grupie, on zaś włączył się do rozmowy, jakby to miejsce nań już czekało: mam na myśli miejsce pełnego spokoju mędrca, który od tamtego wieczoru po ojcowsku wnosił do naszych rozmów przykłady ze swojego bogatego w doświadczenia życia.
Było to w kilka tygodni później; przyszedłem dość wcześnie. Przy barze siedzieli już Richard Lincoln i Andy Souter, którzy sączyli wolno pierwsze piwo. Richard niedawno skończył sześćdziesiątkę i w pierwszej chwili wziąłem go za Gregory’ego.
Przynosząc mi kufel zmarszczeniem brwi skwitował moją spóźnioną reakcję.
— Przez chwilę wziąłem cię za Merralla — wyjaśniłem.
— To przez tweed — powiedział. — Trochę już wyszedł z mody. — Richard był przewoźnikiem i zawsze uważałem za swoisty paradoks, że ktoś tak ściśle współpracujący z rządem Kethanich może się równie staroświecko ubierać.
Usadowiliśmy się przy naszym stole obok kominka i Andy wsunął pod stołek futerał z trąbką. Był zawodowym muzykiem i spokojnym człowiekiem przed czterdziestką. Miał charakterystyczny dla trębaczy odcisk na górnej wardze; prowadził miejscowy zespół trębaczy, a w Bradley College uczył gry na rozmaitych innych instrumentach. Do naszej grupki wtorkowych nocnych marków przyłączył się jako ostatni — nie licząc Merralla. Muskając dłonią szopę rudych włosów zapytał:
— Więc co sądzisz o naszym Gregorym?
— Bardzo go lubię — powiedziałem. — Jest jednym z nas.
— Dziwna rzecz — stwierdził Richard — jak niektórzy ludzie wszędzie znajdują swoje miejsce. Szczególne w nim jest to, że choć wiele mówi, tak naprawdę mało o nim wiem.
Przez chwilę zastanawiałem się nad tym, co usłyszałem.
— Nie da się zaprzeczyć, że masz rację. — O Merrallu wiedziałem jedynie, że pochodzi z Londynu i kupił farmę na wzgórzu.
Andy kiwnął głową.
— Tajemniczy nieznajomy…
— Widać, że wiele podróżował — stwierdził Richard.
Była to druga rzecz, jaką dałoby się powiedzieć o Gregorym, wnosząc z jego historyjek o Indiach i Dalekim Wschodzie.
— Czy to nie zastanawiające — zapytałem — że choć nie mówi prawie o sobie, czuję, iż znam go lepiej, niż wielu ludzi, którzy bez przerwy mówią o sobie.
Podczas kolejnej godziny nasi przyjaciele schodzili się pojedynczo lub parami, a rozmowa koncentrowała się na tajemniczym panu Merrallu. Okazało się, że wszyscy wiedzą o nim mniej więcej to samo, co Richard, Andy i ja.
— Doskonale — odezwał się w pewnej chwili Doug Standish, miejscowy policjant. — Spróbujmy więc dziś wieczorem dowiedzieć się czegoś więcej o Gregorym, dobrze?
W pięć minut później, punktualnie o dziewiątej, jak to było w jego zwyczaju, do pubu wparował Gregory, otrząsając się ze śniegu niczym wielki, święty Bernard.
Przyłączył się do naszego grona przy kominku i w kilka sekund później opowiadał nam o rozmowie, jaką miał rankiem ze swoim bankowym doradcą finansowym. Sprowokowało to kilka podobnych opowieści i wkrótce wszyscy w ferworze zamawiania kolejek piwa i przyjaznych uwag zapomnieli o zamiarze dowiedzenia się czegoś więcej o naszym nowym przyjacielu.
Dopiero gdy wlokłem się do domu z Richardem przypomniałem sobie, że fatalnie zawiedliśmy w próbie dowiedzenia się o Gregorym czegoś nowego.
Powiedziałem to przewoźnikowi.
Przez chwilę patrzył na godzącą w niebo kryształową kolumnę Stacji Odpraw, widoczną w odległości kilku mil na szczycie wrzosowiska.
— Greg zachowywał się tak przyjaźnie, że niegrzecznie byłoby pytać — stwierdził.
W tydzień później dowiedziałem się o Merrallu czegoś więcej, co — jak sądzę — po części wyjaśniało jego zaściankowość.
Zjawiłem się we „Fleece” po dziewiątej. Byłem zmęczony ciężkim dniem na oddziale implantów, ale z niecierpliwością czekałem na okazję, żeby opowiedzieć, czego się dowiedziałem.
Cała grupka siedziała przed raźno płonącym ogniem w kominku.
Ben i Elisabeth — oboje już po pięćdziesiątce, ale nadal trzymający się za ręce — spojrzeli na trzymaną przeze mnie książkę.
— Zmęczyły cię rozmowy, Khalidzie? — zapytał Ben.
— Jeśli każdy ma zajmować się swoją robotą — zaśmiał się Andy Souter — to wyjmę moją trąbkę i wyjdę na zewnątrz trochę poćwiczyć.
Uśmiechnąłem się. Wszyscy odwrócili się ku mnie, a ja podniosłem książkę trzymając ją tak, by dłonią zakryć nazwisko autora.
— „Kwestia zaufania” — stwierdziła Samanta Kingsley. — Nie wiedziałam, Khalidzie, że jesteś zapalonym czytelnikiem.
— Nie jestem. Wpadłem dziś do Bradley, a tę książkę zauważyłem na wystawie księgarni.
— No dobrze — stwierdził Richard. — Kto ją napisał?