Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Więc co zamierzasz teraz zrobić? — zapytała Ejlejtyja, odchylając się ku oparciu krzesła.
— Nie wiem — przyznała Bridget. — Nie mogę dalej prowadzić przewodu… siedzenie z nim codziennie byłoby… może przez pewien czas posiedzę w pracowni?
— Miałam na myśli twojego byłego narzeczonego.
— Nie jest tak, że zdołam uniknąć widzenia go — westchnęła dziewczyna. Spojrzała w niebo, na którym wisiał sierp księżyca. — No, ale przynajmniej nie będziemy rozmawiali.
— Nie chcesz innego boga na jego miejsce?
— W żadnym wypadku!
Bridget zdumiała gwałtowność jej zaprzeczenia. Zmieniła pozycję i wygładziła fałdki na lnianej sukni.
— Jak o tym pomyślę, to widzę, że w naszym związku było coś… dziwnego. Sposób, w jaki na mnie patrzył był…
— Jak staruch patrzący na młodą dziewczynę?
— Coś w tym rodzaju.
— Idol podziwiający swojego najbardziej oddanego fana?
— O, dobrze to ujęłaś.
Ejlejtyja skwitowała to szybkim kiwnięciem głową.
— Od dawna mam taką prywatną teorię, że bogowie gustujący w śmiertelnikach są… umknęło mi to słowo… — stuknęła w stolik szkarłatnym paznokciem. — Nienaturalni? Nie, żeby nienaturalne było złe. Naturalny poród jest często bolesny i bywa, że kończy się śmiercią. Nienaturalny mógłby być lepszy.
— Są nienaturalni? — powtórzyła Bridget sceptycznie.
— Jak to wyrazić… są jak ludzie uprawiający miłość ze zwierzętami.
Bridget natychmiast się zjeżyła.
— Nie bierz tego do siebie. Nie mówię o wyższości, tylko o różnicy jakościowej.
Pojawił się mężczyzna z zamówionymi daniami: pełen talerz kawałków mięsa zawiniętych w liście winogron dla bogini i porcja jagnięciny z ryżem dla Bridget.
— Mogłaś mi o tym powiedzieć, zanim umówiłaś mnie z Heliosem — stwierdziła oskarżycielsko Bridget. — Czemu pozwoliłaś mi się zaręczyć z kimś, kogo uważasz za ułomnego psychicznie?
— No cóż… — Ejlejtyja zaczęła żuć kawał liścia. — Nie powiedziałam ci jeszcze, co naprawdę myślę o śmiertelnikach, którzy szukają towarzystwa bogów.
Bridget poczuła palący wstyd. Nienawidziła myśli o tym, że inni widzą jej ułomności. Tak ciężko pracowała nad ukryciem swoich wad.
Ejlejtyja spokojnie sączyła swoje wino.
— Śmiertelnicy i bogowie widzą w drugich tylko to, czego im samym brakuje. Boskość, pospolitość, egzaltację, ból… — odstawiwszy kielich spojrzała Bridget prosto w oczy. — Jeśli zechcesz skorzystać z mojej rady, masz dwa wyjścia. Weź moją wizytówkę i gdy już się z tego otrząśniesz, poznam cię z innym bogiem. Albo — jeżeli chcesz stać się lepszą i bardziej pełną osobą — znajdź w sobie iskrę boskości i poszukaj śmiertelnika, z którym mogłabyś się nią podzielić.
Przedramiona Bridget pokryła gęsia skórka. Poczuła się skrzywdzona, strącona na ziemię i wyczerpana.
— Dla ciebie to takie łatwe, prawda? Nie wiążesz się z ludźmi, ani z bogami?
— Nie — odpowiedziała Ejlejtyja. Bogini zerknęła na róg dachu, gdzie pośród doniczek z paprociami leżały porozrzucane dziecięce zabawki.
— Za dobrze wiem, do czego to prowadzi — powiedziała ze smutnym uśmiechem na ustach.
Helios odprowadził Jody — bo tak miała na imię poznana w hotelowym barze dziewczyna — na nocny uliczny jarmark na głównym miejskim placu. Jej przyjaciółki wlokły się za nimi. Rozbawił je wzywając do rywalizacji z połykaczem ognia. Skończyło ją pochłonięcie przez Heliosa płonącego meteorytu i posłanie go ponownie w niebo.
Każdej z przyjaciółek Jody znalazł jakiegoś śmiertelnika muskając każdego płomieniem świetlistego nimbu, żeby dodać im atrakcyjności. Przyjaciółki jedna po drugiej poznikały w mroku. Jody i Helios zostali sami.
— Zajdziesz do mojego pokoju w hotelu? — zapytał bóg.
Gdy dotarli do windy, dłonie Jody ruszyły do natarcia obmacując jego lędźwie i rozpinając koszulę. Dyszała mu w szyję ciepłem i wilgocią popołudnia w tropikach.
Gdy winda dotarła do właściwego piętra, mocno objęci ruszyli korytarzem plącząc kroki. Helios rozpiął stanik Jody. Ona sięgnęła do jego rozporka. Musiał chwycić ją za ręce, by utrzymać je na czas wystarczający do wyjęcia i przesunięcia w zamku karty, co pozwoliło im na wejście do apartamentu dla nowożeńców.
Gdy weszli do środka, oboje wytrzeszczyli oczy na pszenicznowłosego chłopca z baru. Okrakiem dosiadał Apolla w ogromnej wannie kąpielowej. Gigantyczne ilości piany wokół nie pozwalały dostrzec, co właściwie dzieje się pod wodą.
— Co jest grane? — zapytał chłopak z oburzeniem w głosie. — To nie twój pokój?
— Mój przyjaciel właśnie odszedł z kwitkiem od ołtarza — stwierdził Apollo. — Nie sądziłem, że będzie chciał skorzystać z tego apartamentu.
— Przyjmij moje przeprosiny — zwrócił się Helios do Jody.
— To mi nie przeszkadza — stwierdziła Jody. Powiodła palcem po piersi Heliosa. — Właściwie to nawet trochę podniecające.
Zostawiwszy Apolla i jego śmiertelnika w łazience, Jody z Heliosem przeszli do łóżka. Skóra dziewczyny była gładka i słodka jak kwietne płatki. Jej króciutko obcięte włosy były jak delikatny, brązowy meszek. Helios wodził po nich palcami; wrażenie było rozkosznie podniecające. Wyjął jej biustonosz przez rękaw koszuli, bez zdejmowania sweterka. Potem wsunął dłonie pod szetland i zamknął je na piersiach dziewczyny. Idealnie ukształtowane sutki były twarde niczym małe sęczki. Bóg delikatnie zdjął dziewczynie sweter przez głowę i zobaczył błysk złotego łańcuszka wokół szyi.
Ujął wisior w dłoń.
— Co to jest?
— Alaskański bursztyn — odpowiedziała dziewczyna. — Z zatopioną w nim pszczołą.
Helios przyjrzał się klejnocikowi. Wprawiono go w zwykły srebrny dysk. Gładka powierzchnia ukazywała całą gamę ciepłych kolorów: pasma umbry, karminu i głębokiej żółci wisiały w jantarze niczym mgiełka w żółtym niebie. Pośrodku zastygła pszczoła z rozpostartymi skrzydłami. Helios przypomniał sobie cały żal zamknięty w akcie tworzenia tego przypadkowego klejnotu, rozpacz jego córek po upadku Faetona. Ich utrwalony żal żarzył się w bursztynie niczym słońce. Palił boga w dłoń.
Helios puścił naszyjnik. Klejnot opadł między piersi dziewczyny niczym kulka żółci. Jody przechyliła główkę i uśmiechnęła się zachęcająco błyszczącymi ponętnie wargami. Bóg wstał z łóżka i zaczął się ubierać.
— Co się stało? — zapytała dziewczyna. — Przygnębia cię widok pszczoły?
— Przykro mi — odparł Helios zapinając guziki koszuli zdrętwiałymi nagle palcami. — Jak już powiedział mój przyjaciel, zostałem dziś porzucony przed ołtarzem.
Dziewczyna umilkła na chwilkę, a potem stwierdziła:
— Przykra sprawa.
— Możesz sobie wyobrazić, że nadal jestem w szoku. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
— W porządku — stwierdziła. Usiadłszy krzyżując pod sobą nogi zaczęła wdziewać sweter. — Mogę się spotkać z dziewczynami jutro.
Włożywszy sweter wyjęła w torebki kosmetyczkę i sprawdziła w lusterku, czy jej makijaż przetrwał pocałunki. Obdarzyła Heliosa smętnym uśmiechem, jeden kącik jej ust opadł w dół.
— Spróbuj dziś o tym za wiele nie myśleć, dobrze? — poradziła Heliosowi. — Mężczyzna taki jak ty długo sam nie pohasa, ktoś cię na pewno capnie.