Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Podczas kilku następnych tygodni staliśmy się grupką czytelników studiujących prace jednego pisarza, Gregory’ego Merralla.
Przeczytaliśmy każdą z napisanych przezeń powieści — było ich około piętnastu. Wszystkie nas porwały i oczarowały. Patrzącym z boku wydalibyśmy się grupką dziwaków: średnio zamożni ludzie rozmaitych profesji, nieustannie obnoszący się z tymi samymi książkami i omawiający je podczas wspólnych, pełnych pasji dyskusji. Do zwykłych spotkań wtorkowych dodaliśmy jeszcze jeden wieczór w tygodniu, żeby oszczędzić Gregory’emu zakłopotania.
Jedynym, który nie należał do towarzystwa czytelniczego był Andy Souter. Przez większość nocy zajęty był dmuchaniem w trąbkę, a w telefonicznej rozmowie ze mną przyznał się, że te powieści są ponad jego poziomem.
Pewnej soboty przyszedłem wcześniej i zastałem przy barze Stuarta.
— Khalid. Tyś jest tym człowiekiem… myślałem właśnie… — Zawahał się, jakby nie bardzo wiedział, od czego zacząć.
— Biorąc pod uwagę twój zawód, zdumiewa mnie fakt, że myślałeś — zakpiłem.
— Azzam, gdybyś zechciał zarabiać na życie jako komik, poszedłbyś z torbami — odciął się. — Nie… wiesz, uderzyło mnie… posłuchaj, zauważyłeś coś szczególnego w naszej grupie?
— Tylko to, że staliśmy się klubem zajadłych fanów Gregory’ego Merralla — a, i jeszcze to, że skutkiem tego chlejemy znacznie więcej piwa. — Podniosłem kufel w żartobliwym salucie. — Nie, żebym się skarżył…
Spojrzał na mnie.
— Nie zauważyłeś, że coraz częściej zastanawiamy się nad przyszłością? Chcę powiedzieć, że do pewnego czasu wydawało się, iż zadowala nas życie w tym miasteczku i nasza praca. Jakby Kethani w ogóle nie istnieli.
— A teraz patrzymy szerzej i widzimy dalej? — Wzruszyłem ramionami. — Czy nie tego należało właśnie oczekiwać? Przeczytaliśmy piętnaście książek o nich i ich przybyciu. Tam, do licha, nigdy w życiu tyle nie przeczytałem!
Patrzył w swój kufel, oddalony ode mnie myślami o dziesiątki mil.
— O co chodzi? — zapytałem.
Wzruszył ramionami.
— Wiesz, czytałem książki Gregory’ego, myślałem o Kethanich i zastanawiałem się, jakie to wszystko może mieć znaczenie. I wracam wspomnieniami do tego, co czułem zaraz po moim wskrzeszeniu. Zew gwiazd. Rozczarowanie życiem na Ziemi. Myślę, że od pierwszych dni mojego powrotu na Ziemię usiłuję odepchnąć od siebie to… irytujące wrażenie, tę myśl, iż drepczę w miejscu przed wstąpieniem na kolejny poziom istnienia. — Podniósł wzrok, by spojrzeć na mnie. — Mniej więcej to samo mówiłeś w zeszłym tygodniu.
Skinąłem głową. Po tym, jak Zara mnie porzuciła, a ja się zabiłem i wróciłem na Ziemię, zamknąłem się w sobie — a raczej wycofałem w bezpieczny krąg przyjaciół — i niewiele uwagi poświęcałem światu zewnętrznemu albo rozciągającemu się dalej wszechświatowi.
W tejże chwili otworzyły się drzwi i z podmuchem lodowatego powietrza do pubu weszli pozostali członkowie naszej gromadki.
Resztę wieczoru spędziliśmy na dyskusji o jednej z wcześniejszych powieści Gregory’ego, „Przybycie Kethanich”.
Gdzieś tak koło dziesiątej drzwi otworzyły się ponownie i do izby wkroczyła znajoma postać. Spojrzałem na przybysza lekko zaskoczony i trochę zakłopotany, jak uczniak przyłapany na paleniu papierosów za szkolną przechowalnią rowerów.
Kilkoro z nas usiłowało ukryć egzemplarze książki Gregory’ego, było jednak za późno. Uśmiechnął się i podszedł do nas.
— A więc tym zajmujecie się poza moimi plecami — powiedział i parsknął śmiechem.
— Wiedziałeś? — zapytała Elisabeth.
— Czy sądzisz, że w miasteczku tak małym, jak Oxenworth cokolwiek się ukryje? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
I wtedy spostrzegłem zawiniątko pod jego pachą.
Gregory spostrzegł, gdzie patrzyłem. Umieścił zawiniątko pod stołem i poszedł do baru.
Wymieniliśmy spojrzenia. Sam spróbowała nawet zajrzeć do paczki, ale cofnęła dłoń jak oparzona, gdy Gregory wrócił ze swoim piwem.
Do końca wieczoru nie powiedział nic o paczce, co było diablo irytujące; wsunął ją pod stół i podtrzymywał coraz bardziej słabnącą konwersację.
— Omawiamy twoją powieść — stwierdził w pewnej chwili Stuart, wskazując „Przybycie Kethanich” — i zastanawiamy się, skąd czerpiesz taką pewność w kwestii… eee… altruizmu Kethanich? Nigdy nie wątpiłeś w ich motywy?
Gregory przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
— Może mniej chodzi o pozytywne proroctwo, niż potrzebę nadziei. Zaufałem im na słowo, ponieważ nie widziałem przed ludzkością żadnej przyszłości. Byli naszym zbawieniem. Uważałem tak wtedy i nadal tak sądzę.
Przez całą noc mówiliśmy o naszych dobroczyńcach, o tym, jak ich przybycie i obdarzenie nieśmiertelnością niezasługującej na taki dar ludzkości zmieniło życie na Ziemi.
Po opróżnieniu ostatnich kufli Gregory w końcu wyjął spod stołu paczkę i rozwinął opakowanie.
— Mam nadzieję, że wybaczycie mi arogancję — stwierdził — ale bardzo chciałbym poznać waszą opinię o mojej ostatniej książce.
I podał nam zapisany drobną czcionką wydruk „Klubu samobójców”.
W dwa dni później, gdy tylko wróciłem z pracy, dostałem telefon od Richarda Lincolna.
— O ósmej we „Fleece” — powiedział. — Nadzwyczajne spotkanie grupy czytelników dzieł Gregory’ego Merralla. Dasz radę przyjść?
— Spróbuj mi przeszkodzić… — odpowiedziałem.
Punktualnie o ósmej wieczorem cała dziewiątka siedziała zgromadzona wokół naszego stołu przy kominku.
— Zakładam, że wszyscy przeczytali książkę — zaczął Stuart.
Kiwnęliśmy głowami jak jeden. Sam skończyłem czytanie w niedzielę wieczorem; treść książki głęboko mnie poruszyła.
— Więc… jakie jest wasze zdanie?
Odezwali się wszyscy naraz, wyrażając wcześniejsze opinie: dzieło geniusza, wspaniała wizja, powieść głęboko poruszająca i pełna humanizmu…
Jedynie Andy milczał i siedział z niezbyt tęgą miną.
— Andy? — zagadnąłem go. Nie należał do grupy czytelników, ale Gregory dał mu jedną kopię rękopisu.
— Sam nie wiem, co powiedzieć… Przeczytałem i czuję… pewien niepokój.
Zapadła cisza. Po chwili odezwała się Sam. Przemówiła w imieniu nas wszystkich, wyrażając myśl, która drążyła mój umysł, ale miałem zbyt mało odwagi, by wypowiedzieć ją głośno.
— Więc kiedy to zrobimy? — zapytała.
Zaskoczony i przerażony Andy powiódł wzrokiem po naszych twarzach.
Spróbowałem go zignorować. Zacząłem się zastanawiać, w którym momencie życie na Ziemi zaczęło mnie nudzić, rozczarowywać i budzić poczucie niezadowolenia. Czyżby trwało to od dawna, a ja tylko byłem zbyt leniwy i zaaferowany codziennymi zajęciami, żeby się do tego przyznać? Czy dopiero obecność wśród nas Gregory’ego Merralla uświadomiła mi, jak bardzo miałkie i ograniczone prowadziłem życie?
Sam i Stuart Kingsleyowie trzymali się za leżące na stole ręce. Sam pochyliła się naprzód.
— Po przeczytaniu książki Gregory’ego wszystko do mnie wróciło — wyrzuciła z siebie nagle. — Ja… Nie sądzę, żeby dalsze życie na Ziemi przedstawiało dla mnie jakąkolwiek wartość. Jestem gotowa do następnego kroku.
— Dyskutowaliśmy o tym wczoraj w nocy — stwierdził siedzący obok niej Stuart. — Jesteśmy gotowi… odejść.