Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 146
Перейти на страницу:

Odwrócili się, by spojrzeć na siedzącego po ich lewej stronie Douga Standisha.

Doug skinął głową.

— Od piętnastu lat drepczę w miejscu. W przeciwieństwie do was dwojga — uśmiechnął się do Sam i Stuarta — nie zostałem wskrzeszony i nie doznałem tej pokusy… znaczy, aż do teraz. Jestem gotów… cokolwiek mnie tam czeka.

— A ty, Jeff? — zwróciłem się do siedzącego na lewo od niego Jeffreya Morrowa.

Nauczyciel przez chwilę patrzył w swój kufel. Potem podniósł głowę i uśmiechnął się.

— Przyznam, że jak dotąd niewiele poświęcałem myśli swojemu odejściu. Miałbym przed sobą cały wszechświat i wszystek jego czas — więc czemu niby się spieszyć? Ale… tak, wydaje mi się, że to niezły pomysł, prawda?

— Obecnie na Ziemi trzyma mnie bardzo niewiele — odezwał się siedzący obok niego Richard Lincoln. — Przypuszczam, że główną przyczyną, dla której tu tkwię — uśmiechnął się i powiódł wzrokiem po twarzach ludzi siedzących wokół stołu — jest wasza przyjaźń… i może strach przed tym, co mnie czeka tam, w górze. Ale czuję, że nadszedł odpowiedni czas.

Przyszła kolej na Bena i Elisabeth. Trzymając się mocno za ręce pod stołem spojrzeli na siebie.

— Pociąga nas ta idea — stwierdziła Elisabeth. — Chodzi mi o to, że może to być kolejny etap ewolucji rodzaju ludzkiego — krok ku gwiazdom.

Ben wyraził to, czego nie powiedziała jego żona.

— I spostrzegliśmy, co się dzieje na Ziemi. Apatia, poczucie zawieszenia w pustce, czekanie na coś, co powinno się wydarzyć. Moim zdaniem to już dotarło do podświadomości całej rasy — fakt, że nasza egzystencja na Ziemi dobiega końca. Czas wyjść z morza…

Zapadła chwila ciszy. Kolejną osobą, która miała wyrazić swoją opinię, byłem ja.

— Jak Sam i Stuart — odezwałem się — odczułem zew Kethanich. I jak Ben, spostrzegłem ostatnio zmianę społecznych nastrojów na Ziemi, o czym zresztą niedawno mówiłem. — Przerwałem na chwilę, a potem podjąłem wątek. — Nie chodzi tylko o to, że coraz bardziej liczni wskrzeszeni postanawiają zostać wśród gwiazd. Wzrasta liczba ludzi, którzy postanawiają zakończyć swoje życie i ruszyć dalej, w kolejny etap.

— Nie odpowiedziałeś, Khalidzie — zauważyła Sam z uśmiechem — czy chcesz się do nas przyłączyć.

Parsknąłem śmiechem.

— Przyjaźnimy się od dwudziestu lat. Stanowicie znaczną część mojego życia. Jakże mógłbym pozostać na Ziemi, gdy wy wybieracie się do gwiazd? — Przerwałem i odwróciłem się do Andy’ego. — A ty, co o tym myślisz?

Przez chwilę milczał jak głaz i wpatrywał się w zawartość swojego kufla. Potem potrząsnął głową.

— Przykro mi. To nie dla mnie. Jest… wiele rzeczy, które chciałbym jeszcze zrobić tutaj. Nie sądzę, żebym mógł się zdecydować… — Urwał nagle i powiódł wzrokiem po naszych twarzach. — Mówicie serio, prawda?

— Ależ oczywiście. — Tym, który przemówił za nas wszystkich był Stuart. — Mówimy poważnie.

Sam skinęła głową.

— Więc… tak się stanie. Myślę, że powinniśmy się teraz zastanowić, jak to zrobimy.

Andy ponownie wbił wzrok w swój kufel.

— Może powinniśmy zasięgnąć rady człowieka, który to wszystko zapoczątkował, samego Gregory’ego? — podsunął Richard.

— Nie wiem, czy to dobry pomysł — odpowiedziałem. — Czy nie sądzicie, że mogłaby go przerazić myśl, iż od niego się wszystko zaczęło?

— Khalidzie, przypomnij sobie, co powiedział kilka tygodni temu — odezwał się Stuart potrząsając głową. — Też jest gotów odejść. I to on w końcu napisał książkę inspirującą decyzję całej grupy.

Skinąłem głową.

— Zatem jutro — stwierdził Richard — przyciśniemy go do muru i zobaczymy, co powie.

Umilkliśmy wszyscy. Każdy wpatrywał się w swój kufel. Przez resztę wieczoru byliśmy osobliwie przygaszeni. Andy pożegnał się i wyszedł jeszcze przed ostatnią kolejką.

* * *

Następnego dnia podczas pracy na oddziale nie mogłem się w pełni skupić na tym, co robiłem: byłem jakby oderwany od rzeczywistości, zatopiłem się w rozmyślaniach o przyszłości i jednocześnie pogrążyłem we wspomnieniach.

We „Fleece” zjawiłem się tuż przed dziesiątą. Pozostali siedzieli już wokół stołu oświetlonego przez płonący w kominku ogień. Była to scena, którą obserwowałem setki razy wcześniej, ale być może zabarwiła ją goryczą świadomość, że nasze wtorkowe spotkania dobiegają końca.

Nieobecność Andy’ego Soutera była aż nadto widoczna, nikt jednak nie skomentował tego faktu.

Poprzedni wieczór zaraził nas atmosferą refleksji i kontemplacji. Przez pewien czas wszyscy milczeliśmy, a potem odezwał się Richard:

— Wiecie, to dziwne, ale przez cały dzisiejszy dzień czułem, że wszystko wokół mnie jest jakieś nierzeczywiste…

— Miałem takie samo wrażenie — zaśmiał się Jeffrey. — Usiłowałem wcisnąć znaczenie metafory w „Ostatnim seansie filmowym” Bogdanovicha do łbów znudzonych piątoklasistów… i nie mogłem odeprzeć myśli, że w życiu czekają mnie jeszcze bardziej ciekawe rzeczy…

I wtedy wypowiedziałem myśl, która od dawna mnie nurtowała.

— Dobrze, nazwijcie mnie niepoprawnym romantykiem, ale byłoby miło… znaczy, jak już się tam wyprawimy… gdybyśmy trzymali się razem…

Uśmiechy i skinienia głowy przyjaciół dodały mi otuchy.

Zanim ktokolwiek zdołał skomentować czy ocenić prawdopodobieństwo tej możliwości, do izby wkroczył Gregory Merrall.

— Dopijcie, co tam które ma. Przypominam sobie, że teraz ja powinienem postawić. — Przyjrzał się nam uważnie. — Co się stało? To jakaś stypa?

Sam spojrzała mu w oczy.

— Gregory, powinniśmy porozmawiać.

Powiódł wzrokiem po naszych twarzach, skinął głową i skierował się do baru.

Podczas jego nieobecności patrzyliśmy na siebie, jakby popierając się nawzajem w tym, że wszyscy zgadzamy się z podjętą decyzją. Milczeliśmy i tylko Sam obdarzyła nas swoim ciepłym uśmiechem.

— O cóż więc chodzi? — zapytał w dwie minuty później Gregory, stawiając na stole tacę z kuflami. — W czym mogę pomóc?

Spojrzeliśmy na Sam, za milczącą zgodą uznaną przez wszystkich za przedstawicielkę opinii całej grupy.

— Gregory… — zaczęła. — Twoja powieść, „Klub samobójców”, wywarła na nas wszystkich ogromne wrażenie. I skłoniła każdego do myślenia.

— Zawsze miło jest usłyszeć taką opinię — uśmiechnął się Gregory. — I…?

— I… — odpowiedziała Sam, zatrzymując się nagle.

— No, śmiało! — Gregory parsknął śmiechem. — Wykrztuśże wreszcie!

— Więc… doszliśmy do wniosku, każde oddzielnie i niezależnie od innych, że ostatnio w życiu czegoś nam brakuje. — W zwięzłych słowach streściła to, co każdy z nas powiedział poprzedniego wieczoru.

— Postanowiliśmy więc — zakończyła — że powinniśmy ruszyć dalej, uczynić kolejny krok i wyjść na zewnątrz…

Gregory wysłuchał jej w milczeniu, niczym sędzia przykładając wskazujący palec do warg.

Wokół stołu zgęstniała cisza, jakby wszyscy wstrzymali oddechy, czekając na jego odpowiedź.

W końcu kiwnął głową i uśmiechnął się.

— Rozumiem — powiedział. — I mówiąc szczerze sam ostatnio myślałem o czymś takim. — Powiódł wzrokiem po naszych twarzach, nikogo nie pomijając. — Zastanawiam się, czy mielibyście coś przeciwko temu, żebym się do was przyłączył.

* * *

Przyjęcie pożegnalne urządziliśmy w pierwszą sobotę lutego, co dało nam nieco mniej niż dwa tygodnie na załatwienie ostatnich spraw na Ziemi i pożegnania z tymi, z którymi chcieliśmy się pożegnać. Zrezygnowałem z pracy na oddziale w Bradley General i powiadomiłem kolegów, że zamierzam wziąć roczną przerwę na podróże — co nie odbiegało w końcu zbyt daleko od prawdy. Poza przyjaciółmi z wtorkowych wieczorów nie miałem w zasadzie innych, więc pożegnania nie były żadnym emocjonalnym wstrząsem.

1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)