Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Później, gdy Faeton stracił panowanie nad końmi i Zeus raził chłopca oślepiająco jasnym piorunem, który zapłonął na niebie jak bliźniacze słońce, córki Heliosa tak bardzo opłakiwały młodzika, że władca Olimpu zamienił je w topole. I w ten sposób Helios stracił je także. Zeus uszanował panieńskie łzy, dając światu nowe klejnoty — zamienił je w bursztyny. Gdy Helios po raz pierwszy spędził noc w mieszkaniu Bridget, prosił ją, by pozbyła się bursztynowej biżuterii. W zamian kupił jej zielone nefryty.
Helios nie bardzo wiedział, co w śmiertelniczkach leczyło jego rozpacz. Może zresztą nie leczyło jej w ogóle. Może wabiła go ku nim krótkotrwałość ich ziemskiej egzystencji. Były niczym kwiaty, które szybko rozkwitały, a i równie szybko więdły — wcierały sól i ziemię w jego rany.
Apollo spojrzał w jego stronę. Wespół z chłopcem trzymali się za ręce niczym dzieci.
— No dalej, poderwij sobie kogoś — zaproponował Heliosowi. — Poczujesz się raźniej.
— Chyba masz rację…
Helios przyjrzał się obecnym w knajpce. Zatrzymał wzrok na czarnoskórej kobiecie w nadającym jej skórze lśniący odcień swetrze z wełny o złotej barwie. Siedziała i plotkowała z przyjaciółkami. Jej śmiech przypominał dźwięk dzwoneczków w zimowy poranek. Bóg zwolnił stołek przy barze.
— Mogę się wtrącić? — zapytał.
Przyjaciółki nieznajomej spojrzały na nią pytając wzrokiem o aprobatę. Kiwnęła główką. Dziewczyny rozsunęły krzesła i zrobiły Heliosowi miejsce w swoim kręgu.
— Zastanawiam się, czy dziś wieczorem mógłbym liczyć na pani towarzystwo? — zapytał bóg. Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozpalił na jej ramionach maleńkie, delikatne płomyki tańczące i wirujące niczym baletnice na scenie.
W orzechowych oczach dziewczyny błysnęła ciekawość. Zwilżyła wargi koniuszkiem języka. Zaczęła szybciej oddychać. Sztuczka Heliosa oszołomiła ją i zachwyciła.
Bridget nie brakowało romantycznych skłonności, ale też nigdy nie dawała się porwać im całkowicie. Większość mężczyzn uważała za nudnych. Szukała takiego, który umiałby w sobie rozniecić płomień zainteresowania i poświęcenia się czemuś unikalnemu i wszechogarniającemu. Rzadko chodziła na randki. Miała romans z mistrzem świata w szachach, z programistą budującym zmyślne pałace z kodów i wulkanologiem badającym kratery tuż przed erupcją. Ale kolejno odkrywała, że ich pasje były czymś innym, niż się wydawały: bezprzykładnym natręctwem, podświadomą niezdolnością do zrobienia czegoś bardziej znaczącego niż oddychanie i skłonnością do autodestrukcji zbudowaną na gruncie niechęci do samego siebie.
Pierwszą randkę Bridget i Helios spędzili na brzegu jeziora płynnej lawy, z którego wydobywały się groźnie bulgoczące pęcherze gazów zdradzające wzrost ciśnienia. Powietrze pachniało siarką.
Towarzyszyła im Ejlejtyja. W pierwszej chwili Bridget zjeżyła się na myśl o przyzwoitce, kiedy jednak swatka namówiła Heliosa do rezygnacji z pomysłu wykąpania się z Bridget nago w lawie, dziewczyna zaczęła rozumieć potrzebę obecności smukłej bogini.
Siedzieli i rozmawiali o banałach: ich światy tak się różniły, że rozmowa nabrała bajkowej atmosfery, ale osobliwie nieskładna natura ich konwersacji nie zdołała zerwać coraz silniejszej więzi pomiędzy nimi, jakby rozmawiali w różnych językach, ale intuicyjnie odgadywali znaczenie słów. Ejlejtyja podczas ich rozmowy siedziała nieopodal, opierała się o bryłę bazaltu, a na jej dyskretnie odwróconej twarzy gościł miły, choć nieco szelmowski uśmieszek.
Na godzinę przez świtem, gdy na niebie pojawiła się różowawa łuna zwiastująca moment, w którym Helios miał się pojawić nad horyzontem w swoim rydwanie, bóg ujął Bridget za ręce i powiódł na obsydianowy występ skalny, poza zasięg słuchu bogini.
— Mogę ci powiedzieć wszystko, co chcesz — powiedział słusznie zakładając, że obietnica wiedzy podsyci żądzę Bridget. — Mogę ci zdradzić, jak wyglądają inne gwiazdy, jaki jest skład chemiczny innych słońc, dlaczego pole magnetyczne pulsuje tak, jak pulsuje. Mogę cię zabrać na dziwne planety, zawieźć do odległych mgławic i pulsarów.
— Podejrzewam, że nie przeżyłabym takiej wycieczki — stwierdziła Bridget.
— To zapytaj, o co chcesz, a ja ci przyniosę odpowiedzi.
Bridget skwitowała to uśmiechem. Bóg stał przed nią założywszy w tył ramiona i mocno wparłszy w ziemię rozstawione szeroko stopy. Miał gorące dłonie i przeszywał ją ognistym wzrokiem. Miał wygląd istoty tak pewnej siebie, jak nikt, kogo Bridget spotkała wcześniej. Przez całe życie czuła się niepewnie i mgliście, zbierała wiedzę ze świadomością wiszącej nad nią nieuchronnej śmierci, niczym wiewiórka gromadząca orzechy przed hibernacją. A teraz stał przed nią ktoś, kto płonął, lśnił i BYŁ.
Bridget myślała o tym wszystkim w łazience hotelowego apartamentu Ejlejtyi, wymieniając pospiesznie zaimprowizowaną togę na jedną z sukien bogini. Była to luźna suknia z szarego lnu, jedyna rzecz w garderobie Ejlejtyi, która była mniej więcej rozmiarów Bridget. Bridget nie miała nadwagi, ale bogini była chuda i długa jak wykrzyknik.
— Pomóc ci? — zapytała Ejlejtyja przez drzwi.
Bridget spojrzała na smugi pod oczami po łzach, widoczne w zwierciadle. Starła je szybko i sięgnęła po gniew, żeby wzmocnić się wewnętrznie. Płonął, ale nieświadomie, bardziej jak ogień, niż jak mężczyzna. Dokonała właściwego wyboru.
Wyszła z łazienki. Bogini bacznie ją obserwowała.
— Dziękuję za pożyczenie sukni — stwierdziła Bridget. — Nie zniosłabym konieczności powrotu do mojego apartamentu po bagaż.
— Czy twoja rodzina wie, gdzie jesteś? — zapytała bogini.
— Zadzwoniłam do ojca i kazałam mu jechać do domu. Nie chcę go teraz widzieć.
— A nie masz innych śmiertelników, którzy mogliby cię pocieszyć? Siostry? Przyjaciele?
— Jestem jedynaczką — stwierdziła Bridget. — Samotność to stary nawyk.
Ejlejtyja skinęła głową, rzeczowo, choć nie nieuprzejmie. Przy tym geście błysnęły diamenty w jej uszach.
— Powinnyśmy coś zjeść.
Bridget uniosła w górę brwi.
— O tej porze, w nocy?
— Znam niedaleko miłą grecką knajpkę.
Bridget poszła za boginią przez labirynt miejskich uliczek. Do knajpek na nabrzeżu rzeki nieustannie wchodzili i wychodzili jacyś ludzie. W powiewach rześkiego wiatru niósł się zapach piwa. Weszły w jakiś zaułek i Ejlejtyja poprowadziła Bridget w górę po wąskich, metalowych schodach. Dziewczyna skrzywiła się, gdy bogini po prostu zastukała do jakichś drzwi.
— Jest już późno… — zaczęła Bridget.
Ejlejtyja uciszyła ją podniesioną dłonią. Bridget ugryzła się w język.
Nie musiały długo czekać, drzwi otworzyła tęga kobieta w białej nocnej koszuli. Za nią stał człowiek w kalesonach i białym podkoszulku; miał podkrążone z bezsenności oczy. Oboje mieli takie miny, jakby wtargnięcie nocnych gości wcale ich nie zdziwiło.
— Wejdźcie na górę — odezwała się kobieta bezbarwnym głosem.
— Coś ty im zrobiła? — zapytała Bridget szeptem boginię, gdy w towarzystwie gospodarzy szły wąskim, wykładanym kafelkami korytarzykiem.
— Nic — odpowiedziała Ejlejtyja.
Skinieniem dłoni wskazała w głąb mrocznego korytarzyka. Bridget zobaczyła kilkoro dzieci w białych piżamkach wyglądających zza rogu.
— Po prostu mnie tu znają — wyjaśniła bogini.
Kobieta poprowadziła je schodami na górę. Wyszły na ogródek na dachu, gdzie pomiędzy paprociami stało kilka żelaznych stolików. Mężczyzna podał im menu, ale bogini zbyła go machnięciem ręki i złożyła zamówienie za siebie i Bridget. Mężczyzna kiwnął głową i odszedł.