Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Bridget zrozumiała wszystko dopiero podczas piątego roku doktoratu, gdy zestawiała dane dotyczące tezy, którą tak naprawdę mogło zrozumieć tylko niewielu ludzi zajmujących się tym samym, co ona.
Była jednym z czołowych światowych ekspertów od Słońca. A właściwie części Słońca. Zajmowała się badaniem plam na Słońcu, miejsc względnie zimnych, kładących się na jego powierzchni niczym łzy. Spędzała całe godziny w laboratorium, obliczając częstotliwość pojawiania się zawirowań w koronie i porównując je z przewidywanym pojawianiem się słonecznych rozbłysków.
— Słońce to romantyczna metafora — lubiła mawiać przyjaciołom przy drinkach, wtedy, kiedy jeszcze miała przyjaciół i wychodziła z nimi na drinki. — Te niewielkie ciemne plamki są powodowane intensywną aktywnością magnetyczną. Wszystko dzieje się dzięki przyciąganiu i odpychaniu. One sprawiają, że Słońce się rozgrzewa, ochładza, albo wyrzuca z siebie rozbłyski tak silne, że zostawiają ślady na Grenlandii.
Bridget miała umysł sprzyjający samotności i rozmyślaniom, tak przynajmniej sobie wmawiała z braku czegoś innego, niż nadmiaru samotności i rozmyślań. Na piątym roku doktoratu ostatni z jej przyjaciół, którzy nie otrzymali dyplomów, pozałatwiali sobie jakieś prace i powyjeżdżali; nie, żeby miała już z nimi wiele wspólnego. Jej ojciec żył w oddalonym o trzy stany domu spokojnej starości w towarzystwie dwóch zatwardziałych starych kawalerów i choć utrzymywał, że chce, by Bridget informowała go o wszystkich zmianach w swoim życiu, wyczuwała pewien żal w jego głosie, gdy odbierał jej telefony. Miała ciemne, głęboko osadzone oczy matki i włosy koloru kłosów zboża. Wiedziała, że dla ojca jest przypomnieniem choroby i śmierci matki. Niełatwo mu było znosić dolę wdowca. Poradził sobie ze smutkiem i żalem zaczynając nowe życie. Bridget była częścią starego. I najczęściej trzymała się z daleka.
Codziennie budziła się o świcie. Brała prysznic, myła zęby i ruszała na rowerze do kampusu, gdzie wypijała kubek kawy z ekspresu w studenckim klubie. Potem zaszywała się w swojej pracowni i patrzyła na słońce, które wzbijało się widocznym przez wysokie okna łukiem, przygrzewając ostro w południe. Potem słońce chyliło się ku zachodowi, w pracowni zapadał zmrok, ona zaś pozostawała w niej jeszcze przez jakiś czas. Około drugiej nad ranem ruszała rowerem do swego mieszkania i waliła się do łóżka w opakowaniu.
Pewnego popołudnia, gdy na wzgórzach kampusu zgromadziły się czapy śniegu, których iskrzące się na nich promienie słońca nie były w stanie roztopić, siedząca w pracowni Bridget spojrzawszy na klawiaturę stwierdziła, że nie czuje swoich palców. Od godziny same stukały w klawisze bez jej rozkazów. Były bardziej częścią kompa, niż jej samej.
Ekran pokreślony był czerwonymi i niebieskimi liniami, które nakładały się na wpisane przez nią dane. Bridget nie poznała żadnej z nich. Odjęła dłonie od klawiatury i rozpostarła palce przed oczami. Z wolna zaczynała odczuwać ból, z jakim chłód biura zmroził opuszki palców.
Spróbowała przypomnieć sobie, kiedy powiedziała do kogokolwiek więcej, niż dwa zdania. Ponad trzy tygodnie temu. Mając dwadzieścia dziewięć lat nie mogła pojąć, dlaczego dotąd uważała, że mapowanie plam na Słońcu warte jest rezygnacji z towarzystwa innych ludzi.
Wyszła z pracowni wcześniej. Ignorując pytania profesorów i studentów odpięła rower od stojaka na dziedzińcu i pojechała zaśnieżoną drogą. Dotarłszy do domu zastała przy drzwiach nieznajomą kobietę o tak nieskazitelnej fryzurze i ubraniu, że w pierwszej chwili wzięła ją za sprzedawczynię kosmetyków Avon.
— Przysłał mnie cichy wielbiciel — oznajmiła kobieta, która przedstawiła się jako Ejlejtyja.
Bridget nie mogła uwierzyć, że którykolwiek z profesorów, albo studentów — a tylko z nimi miała do czynienia — potrafiłby skłonić tę elegancką damę do swatów w jego imieniu.
— Ach, tak? — zapytała.
— W rzeczy samej — odparła absolutnie niespeszona Ejlejtyja. — Mój klient woli przedstawić się poprzez pośrednika, który lepiej od niego zna ludzką kulturę.
— Ludzką kulturę? — zapytała Bridget zastanawiając się, kto urządza sobie zabawę jej kosztem. — Proszę powiedzieć temu wielbicielowi, kimkolwiek jest, że nie uznaję randek w ciemno.
— Właściwie to nie jest randka w ciemno — stwierdziła Ejlejtyja. — Już się spotykaliście.
— Kim on jest? — zapytała Bridget.
Na wargach Ejlejtyi pojawił się nieco kpiący uśmieszek. Odwróciwszy się wskazała zenit nieba, skąd mimo zimna oślepiająco świeciło słońce. Bridget jakoś to nie zaskoczyło.
— Powiedziałabym, że jest pani w nim zakochana równie głęboko, jak on w pani — powiedziała Ejlejtyja. — Prawdopodobnie dlatego panią polubił. Niech pani nigdy nie zapomina, że bogowie są narcyzami. Jak pani myśli, dlaczego chcemy, żeby nas uwielbiano?
Bridget parsknęła śmiechem, nie dlatego, że jej wielbiciel okazał się bogiem, z czym już w osobliwy sposób zdążyła się pogodzić. Rozbawiło ją tak otwarte i bezpośrednie przyznanie się do narcyzmu. Wtedy myślała, że to żart.
Większość bogów traktowała śmiertelników w sposób, który ci nazwaliby samolubnym. Było to zajęcie wygodne, zajmujące i dało się w ten sposób rozładować wewnętrzne napięcie, gdy nic lepszego nie miało się do roboty. Pierwszy z bogów uwielbiał wyrażać swą radość życia uwodząc śmiertelniczki pod postacią białego byka lub łabędzia. Ale była to dopiero przekąska przed posiłkiem smakosza. Po degustacji bisque z homarów i malinowej barwy szampana nie tracąc czasu wracał do swej boskiej formy i pomykał do domu na solidniejszy posiłek ze swoją małżonką.
Naprawdę nieliczni byli bogowie traktujący swoje miłostki ze śmiertelniczkami nie jako aperitif, ale swego rodzaju fetysz.
Apollo nie zgadzał się z opinią, że on właśnie był takim przypadkiem. Hulał samotnie i ogrywał rolę wiecznego kawalera. I nieźle mu to wychodziło, stwierdził Helios obserwując jak przytula się do złotowłosego młodzika, którego zwabił od pianina. Chłoptyś objął ramieniem talię boga i muskał językiem jego ucho.
Helios zajął się swoją pieprzówką. Pozostawił na powierzchni niewielki płomyk pochłaniający alkohol. Stojąca za nim kelnerka odchrząknęła ostrożnie.
— Czy nie zechciałby pan…
Helios zerknął na płonący pudding.
— Ależ oczywiście — odpowiedział mrugając znacząco, ale odruchowy flirt zabrzmiał fałszywie. Płomyk jego nadmiernego zapału osmalił brwi siedzącego nieopodal mężczyzny w tweedowym garniturze. Kelnerka podbiegła, by podać poszkodowanemu darmowego drinka.
Blondasek wsunął język pomiędzy posągowe wargi Apolla. Jego chichot niósł się w powietrzu na falach papierosowego dymu. Helios wyczuwał zapach używanej przez cherubinka wody kolońskiej: drzewo sandałowe i mech. Uciekł wzrokiem w bok.
Od śmierci Faetona Helios nie związał się z żadną boginią. Skończywszy szesnaście lat chłopak błagał Heliosa o pozwolenie poprowadzenia po niebie jego rydwanu. Helios prosił go, by wybrał inny podarunek urodzinowy, bo wiedział, że chłopak nie zdoła zapanować nad końmi. Ale Faeton był szesnastolatkiem. W tym wieku wypadki i upadki zdarzają się wyłącznie innym.
O świcie Helios pomógł chłopcu wsiąść do rydwanu i patrzył, jak ten mknie w górę, aż Faeton stał się jedynie kulą blasku na niebie. Ujrzawszy to Helios poczuł się osobliwie poruszony. Nigdy przedtem nie patrzył na słońce wyłaniające się zza horyzontu. Czy to właśnie widzieli śmiertelnicy każdego dnia? Blask i lśnienie tak ostre, że raziły oczy?