Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Niech im pani wyjaśni, że mieliśmy tu małe nieporozumienie — wyszeptał mi w ucho. Altairczycy odwrócili się i gniewnymi spojrzeniami zaczęli wiercić doktora i policjanta.
Gdy uwolniono Calvina, stojący na końcu obcy powiedział:
— Jak starcy z radością witamy wieść, żeśmy się mylili…
My też, pomyślałam.
— A my radzi jesteśmy mogąc was powitać na naszej planecie — powiedziałam.
— Teraz, jeżeli zechcecie wrócić ze mną na uniwersytet — wtrącił doktor Morthman — zaaranżujemy wam podróż do Waszyngtonu na spotkanie z naszym prezydentem…
Spojrzenia Altairczyków znów gwałtownie się ochłodziły. Och, nie, pomyślałam i spojrzałam na Calvina w poszukiwaniu wsparcia.
— Doktorze Morthman — odezwał się Calvin — nie skończyliśmy jeszcze uroczystości powitalnej. Odwrócił się do Altairczyków. — Chcielibyśmy odśpiewać pozostałe pieśni, mające uczcić wasze przybycie.
— Z przyjemnością ich wysłuchamy — stwierdził Altairczyk stojący w środku i cała szóstka natychmiast wykonała zwrot, wróciła przejściem przed scenę i usiadła.
— Dobrze byłoby chyba, gdyby i panowie usiedli — zwróciłam się do doktora Morthmana i policjantów.
— Czy niektórzy z was nie mogliby podejść i zaśpiewać razem z nimi — powiedział Calvin patrząc na ludzi stojących w ostatnim rzędzie. — Pomóżcie im znaleźć właściwe miejsce.
— Nie mam zamiaru śpiewać z tymi wiedźmami i peda… — warknął wielebny Tresher z urazą w głosie. Altairczycy odwrócili się, popatrzyli nań przez chwilę i świątobliwy usiadł. Jakiś starszy człowiek w jarmułce podał mu nuty.
— Co zrobimy ze słowami w chóralnej pieśni Alleluja? — zapytał mnie szeptem Calvin. Altairczycy wstali i podeszli do nas przejściem pomiędzy rzędami.
— Nie ma potrzeby zmieniania waszych radosnych pieśni. Chcielibyśmy ich wysłuchać w waszym rodzinnym języku — powiedział ten, który stał pośrodku.
— Interesują nas bardzo mity i przesądy waszej planety — oznajmił ten stojący na końcu szeregu. — Dziecię w żłóbku, zapalanie świeczników Kwanzaa, przynoszenie dzieciom zabawek i zębów. Z największą przyjemnością usłyszymy kolejne…
— Mamy wiele pytań — odezwał się drugi od końca. — Co ma zbawienie wspólnego z sanną?
— Jaką sanną? — zapytał doktor Morthman, a Calvin spojrzał na mnie.
— „Hosanna, hosanna, nadchodzi z łaską zbawienia” — szepnęłam mu — Ho! Sanna!
— I jeszcze, co to znaczy „Poznali go Mesyjaszem być prawym”. I czemu nie lewym? — zapytał stojący po przeciwnej stronie szeregu obcy. — Panie Ledbetter, czy panna Yates jest pańską dziewczyną?
— Będzie jeszcze czas na pytania, negocjacje i podarunki, gdy ceremonia powitalna dobiegnie końca — odezwał się Altairczyk, stojący jako drugi z lewej, który do tej pory jeszcze nic nie mówił. Zorientowałam się, że on właśnie musi być szefem. Albo dyrygentem, pomyślałam. Gdy się odezwał, Altairczycy natychmiast ustawili się w pary, podeszli w głąb przejścia i usiedli.
Podniosłam batutę Calvina.
— Jak myślisz, co powinniśmy zaśpiewać najpierw? — zapytał, gdy mu ją podawałam.
— Chcę na święta tylko ciebie — odpowiedziałam.
— Naprawdę? Myślałem, że powinniśmy zacząć od Śpiew aniołów na niebiosach albo…
— To nie był tytuł… — stwierdziłam.
— Och… — Calvin odwrócił się do Altairczyków. — Odpowiedź na wasze pytanie brzmi: „TAK!”.
— „Radość na Ziemi i w niebiosach” — odparł stojący pośrodku.
— Będzie mnóstwo jemiołowania — dodał jeden z zamykających szyk. Altairczyk, stojący na drugim końcu, spojrzał na obu z dezaprobatą w oczach.
— Myślę, że powinniśmy usiąść — powiedziałam i wcisnęłam się do pierwszego rzędu, pomiędzy wielebnego Treshera i jakąś Afroamerykankę w turbanie i dashiki.
Calvin wszedł na podium.
— Chór, Alleluja — powiedział. Wszyscy śpiewacy z szelestem zaczęli przewracać strony. Siedząca obok mnie kobieta podsunęła nam nuty pod nos, żebyśmy i my mogli wziąć udział w śpiewie. — Uważa się za właściwe wykonanie tej pieśni na stojąco — szepnęła. — Ze względu na szacunek dla króla Jerzego III. On wstał, gdy usłyszał to po raz pierwszy.
— Właściwie — szepnął mi w drugie ucho wielebny Tresher — mógł się poderwać na nogi po usłyszeniu silnego i głębokiego dźwięku, ale wyrażenie szacunku i podziwu przez powstanie jest właściwe i słuszne.
Kiwnęłam głową. Calvin podniósł pałeczkę i wszyscy obecni — poza Altairczykami — wstali i zaczęli śpiewać. I jeżeli uznałam, że Adeste Fidelis brzmiało wspaniale, to chóralne wykonanie Alleluja zapierało dech w piersiach. Nagle wszystkie te słowa o wspaniałości dawnych pieśni, słodkich hymnów i nieustannej radości nabrały sensu. „I cały świat podejmie pieśń — pomyślałam — śpiewaną przez anioły…”.
I nagle Altairczycy ulegli — jak ja — czarowi muzyki. Po piątym „Alleluja!” unieśli się w powietrze jak przedtem. Wzlatywali coraz wyżej… i wyżej… aż w końcu zatrzymali się beztrosko tuż pod wysoko sklepioną kopułą sali.
Dobrze wiedziałam, co czują.
Był to ostateczny i definitywny przełom w komunikacji. Od tego koncertu Altairczycy nie przestali do nas mówić, choć właściwie to nie wiemy o nich więcej, niż na początku. Są znacznie lepsi w zadawaniu nam pytań, niż w odpowiadaniu na te, które my im zadajemy. W końcu powiedzieli nam, skąd przybyli — z gwiazdy Alsafi w konstelacji Smoka. Ponieważ jednak „Altairi” oznacza „latający” (a „Alsafi” znaczy „trójnóg na kociołek”) wszyscy nadal nazywają ich Altairczykami.
Powiedzieli nam też, dlaczego zmienili nastawienie w mieszkaniu Calvina i podążali za mną („zobaczyliśmy możliwość powstania interesujących zgodnych powiązań pomiędzy panią i panem Ledbetterem”), i wyjaśnili z grubsza, jak działa ich statek kosmiczny, co spece z Sił Powietrznych uznali za diablo interesujące. Wciąż jednak nie wiemy, po co do nas przybyli. Ani czego chcą. Jedyną rzeczą, którą powiedzieli nam wyraźnie i wprost było żądanie usunięcia ze składu komisji doktora Morthmana i wielebnego Treshera, oraz postawienie na jej czele doktora Wakamury. Okazało się, że lubią jak się im pryska w nosy rozmaitymi zapachami, przynajmniej tak samo, jak wszystko inne, co robimy. Chociaż wciąż patrzą na nas z dezaprobatą.
Podobnie jak cioteczka Judith. Następnego dnia po Koncercie Ekumenicznego Śpiewu zadzwoniła do mnie, żeby mi powiedzieć, że choć zrobiłam dość dobrą rzecz dla świata, to co ja na miłość boską na siebie włożyłam? Czy nie wiem, jak należy się ubrać na koncert? Wyjaśniłam, że to jej należą się podziękowania za wszystko, co się stało, a ona spopieliła mnie wzrokiem (wyczułam to przez telefon) i przerwała połączenie.
Ale chyba nie za bardzo się rozzłościła. Gdy dowiedziała się o moich zaręczynach, zadzwoniła do Tracy i powiedziała, że spodziewa się zaproszenia na mój wieczór panieński. Mama sprząta, jakby najadła się szaleju.
Zastawiam się, czy Altairczycy dadzą nam srebrny wisiorek. Albo kartkę z jednodolarowym banknotem w środku. A może zdradzą nam sposób podróży szybszych niż światło?
Przełożył Patryk Sawicki
Rachel Swirsky
ZAŚLUBINY ZE SŁOŃCEM
Ślubna uroczystość trwała, dopóki panna młoda nie zajęła się ogniem.