Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Piękna biała suknia Bridget spłonęła błyskawicznie; ogień pochłonął długi tren, białą taftową spódnicę, wyszywaną w różyczki bluzeczkę, okrągłą siateczkę na włosy i zdobną perełkami opaskę na czoło. Wszystko spaliło się tak gwałtownie i szybko, że płomienie nie tknęły nawet skóry Bridget, zostawiając ją nagą, nieco osmaloną, zawstydzoną i zalaną łzami.
Nagość była zresztą najmniejszym problemem. Bridget chwyciła jedwabną narzutę z ołtarza i owinęła nią sobie pierś niczym togą.
— I to byłoby tyle! — powiedziała. Gwałtownie ściągnęła z palca zaręczynowy pierścień i cisnęła nim w pana młodego. Diament wielkości winnego grona błysnął jak iskra, zataczając w powietrzu łuk.
Bridget ujęła rąbek narzuty i pobiegła przejściem. Otworzywszy podwójne drzwi wpuściła do nawy światło księżyca i wybiegła prosto w noc.
Pan młody westchnął. Otworzywszy dłoń spojrzał na iskrzący się w niej diament, który błyszczał lśnieniem jego ognistego nimbu w barwach szkarłatu i złota. Jego drużba delikatnie poklepał go po ramieniu. Ojciec panny młodej mężnie i z uznaniem kiwnął mu głową, ale trzymał się z daleka. Tak jak jego córka, był śmiertelnikiem.
— Kiepska sprawa, Heliosie — stwierdził Apollo.
Pan młody wzruszył ramionami.
— Zrobiłem, co się dało. Nie mogę przez cały czas tłumić moich płomieni. Czego w końcu ta kobieta chce? Mężczyzna musi niekiedy mieć okazję zabłysnąć.
Apollo klepnął go po ramieniu.
— Święte słowa, brachu.
Bridget zbiegła aż do recepcji. Nie przejmując się zdumionym spojrzeniem, jakim recepcjonista obrzucił jej niecodzienny strój powiedziała mu, że uroczystość się skończyła.
— W sali przyjęć, czy w apartamencie dla nowożeńców?
— I tam, i tam.
Recepcjonista postukał w klawiaturę.
— Przykro mi, ale nie przyjmujemy odwołań rezerwacji tuż przed uroczystością. Wyślę pracowników, żeby zdjęli dekoracje z sali przyjęć, ale będziemy musieli ściągnąć należność.
Bridget była zbyt zmęczona i oszołomiona, żeby się spierać.
— Proszę bardzo.
Zeszła korytarzem do sali przyjęć. Chciała przynajmniej zobaczyć fontannę czekoladowego fondue i lodowe rzeźby, nawet gdyby miały się zmarnować. Ludzie z firmy cateringowej i obsługa hotelowa zaczęli już zbierać talerze i szkło, usuwając stosy owoców i girlandy kwiatów, rajskich ptaków i tulipanów.
Podeszła do olbrzymiego tortu ze stojącą na jego szczycie maleńką figurką panny młodej obok spiżowego słońca. Wyjęła figurkę z otaczającego ją lukru.
— Co mi strzeliło do głowy? — zapytała patrząc na maleńką, malowaną twarzyczkę figurki.
— Czyż nie wszyscy chcielibyśmy poznać odpowiedź na to pytanie?
Bridget podniosła główkę. Pytanie zadała oparta o ladę z trunkami, odziana w idealnie uszyty kostium koloru burgunda i stojąca na trzycalowych szpilkach jej swatka, bogini narodzin Ejlejtyja.
— Powiedziano mi, co się stało — stwierdziła Ejlejtyja.
— Nie mógł się powstrzymać nawet w dniu naszego ślubu?
— Czy nie tego właśnie chciałaś? Czy nie pragnęłaś kogoś błyskotliwego, niezwykłego, kogoś, kto potrafi uśmiechem rozjaśnić mroczny pokój?
— Ale on nie jest po prostu błyskotliwy, chodzi o to, co robi innym. On nie świeci, on spala i pożera.
Ejlejtyja upiła nieco Chablis, rocznik 1988.
— Dobrze przynajmniej, że stwierdziłaś to przed zawarciem małżeństwa. Podpisałaś doprawdy kurewską intercyzę.
Helios i Apollo zainstalowali się w hotelowym barze. Przez rozległe, sięgające od sufitu do podłogi okna mieli piękny widok na rzekę, roziskrzoną migotliwymi odbiciami ulicznych latarni i neonów. Wszystko to odbijało się wiernie w zwierciadle za barem.
Apollo zaimprowizował sonet o roznoszącej drinki kelnerce i w nagrodę otrzymał jeden za darmo. Nie dający się wyprzedzić w rywalizacji Helios wzbudził owację podpalając papierosa jakiejś wyzywająco ubranej damulki siedzącej po przeciwnej stronie sali.
Helios wciąż miał na sobie swój smoking, ale rozwiązaną muszkę zawiesił na szyi. Odwrócił stołek, by sięgnąć po drinka.
— Myślałem, że ona jest inna — stwierdził.
Apollo zdążył już zmienić strój i teraz miał na sobie luźną koszulę i spodnie, w których wyglądał modnie i metroseksualnie. Machnięciem dłoni zbył uwagę Heliosa, rozsyłając przy okazji wszędzie wokół błyski pierścieni z topazami i agatami.
— Wszystkie są takie same. Mogłeś po prostu zapytać wcześniej.
— Uwaga równie pomocna, co zabawna — mruknął Helios.
— Ale prawdziwa. Chodzi o urodę śmiertelniczek. Z pewnością są unikalne, tak samo jak płatki śniegu, ale kto chwyta płatek, żeby podziwiać jego krystaliczne piękno? Jest coś, o czym podziwiający je ludzie zapominają.
— To znaczy?
— Że moc i urok śniegu tworzącego te niezwykle skomplikowane i piękne wzory są niezwykle nietrwałe. — Apollo mrugnął do grającej na pianinie brunetki. — I że się topią na twoim języku.
Helios podniósł palec wskazujący i wywołał podmuch płomieni skierowanych na brzuszek brunetki. Stłumiła je serwetką, a Helios uformował dymek w napis „Jesteś seksy…”. Brunetka zachichotała kokieteryjnie uciekając wzrokiem w bok.
— Nie dlatego kręcą mnie śmiertelniczki — Helios odwrócił się do przyjaciela.
— No to mnie oświeć.
— Potrafią głębiej przeżywać takie rzeczy jak radość, czy smutek, bo ich życie jest krótkie. Cieszą się tym, co dostają. I potrafią sprawić, że sam silniej odczuwasz pełnię istnienia.
— Bądźże przynajmniej szczery, ty trzymasz wszystkie atuty w ręku.
— To nieprawda!
— Skoro tak mówisz…
— Lubię towarzystwo śmiertelniczek — ciągnął Helios — z powodu naszych różnic. Ogień i woda to ciekawsza kombinacja, niż ogień i ogień.
— Ciekawa, jeżeli jesteś ogniem. Fatalna, gdy jesteś wodą.
— Więc mówmy o ogniu i ziemi. — Helios zapalił płomień na dłoni. Zmienił kompozycję tak, że pojawił się w nim róż, a potem złoto. — Sęk w tym, że większość śmiertelniczek tego nie rozumie. Myślą, że związek z bogiem postawi je ponad ludźmi. Chcą być kimś szczególnym, wyróżnionym. Chcą wywyższenia. Myślałem, że Bridget będzie inna. Twardo stąpała po ziemi. Wiedziała, że jest po prostu zwykłą dziewczyną. Sądziłem, że zadowoli się tym, iż każde z nas pozostanie sobą. Ale okazało się, że chce, abym został takim przeciętniakiem jak ona.
— Powinniśmy je wszystkie pozamieniać w laurowe krzewy — mruknął Apollo kończąc swojego drinka. Wstał i musnął palcami grzywkę swoich krótko przyciętych kędziorów koloru zboża. — Chodźmy. Jeżeli nie możemy znaleźć żadnych nimf, poszukajmy kilku nimfomanek…
Bridget dobrze pamiętała dzień, w którym pojęła, że ludzie dzielą świat z bogami. Od dawna to podejrzewała, wspominając hierarchię z placyków dziecięcych zabaw i szkolnych stołówek. Niektórzy ludzie wydawali się jej inni. Błyszczeli i olśniewali. Podczas gdy Bridget i jej rówieśnicy brnęli ku dojrzałości drogą pełną blizn i skaleczeń, tamci płynęli przez życie nigdy się nawet nie potykając.
Czy nie było to coś, co czuli wszyscy? Ludzie z nabożnym podziwem obserwowali, jak ktoś wywołuje fale uniesieniem trójzębu, budzi miłość dotknięciem strzały, czy wygrywa bieg przełajowy w uskrzydlonych sandałach. Potem wspominano wszystko niezbyt wyraźnie, w otoczeniu jakby świetlistej mgiełki, zapominając szczegóły, ale pamiętając istotę wydarzeń: diablo zuchwałego surfera; doradcę, który uratował małżeństwo; młodzika, biegającego tak szybko jak nikt.