Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Szósty zdołał odskoczyć, cofnąć się w stronę schodów, skulić. Po czym uśmiechnął się wyzywająco i ruszył do ataku. Pozorując wypad, rzucił mieczem prosto w porcelanową maskę i skoczył na zabójcę, przykleił się do niego, obejmując rękoma i nogami. Dorosły przytulający dziecko, dopiero teraz Szczur zobaczył, jak szczupły i wątły jest intruz, o pół głowy niższy od żołnierza, o szerokość dłoni węższy w ramionach.
Przewrócili się, sądząc po fontannach krwi tryskających na ściany, strażnik był już martwy, lecz znalazł się na górze. Wydostanie się spod niego zajęło zabójcy kilka bezcennych sekund, w czasie których na piętro dotarło ostatnich czterech strażników ze zmiany. Czterech! Czyli żaden nie pobiegł na dół, nie krzyknął, żeby rąbać słupy, podkładać ogień, wypalić wszystko i pogrzebać pod gruzami.
Ale to nie miało już znaczenia, zabójca już stał na nogach, a ci żołnierze, wyrwani ze snu, nie mieli nawet założonych kolczug. Jednak niektórzy przeszli przez piekło Glewwen-On, a wszyscy byli szkoleni przez imperialne Szczury. Rzeź w korytarzu, trupy towarzyszy pod ścianami, szkarłatne freski na kamieniach i stojąca przed nimi okrwawiona postać w bieli nie zatrzymały ich nawet na mgnienie oka.
Rzucili się do przodu i też znaleźli śmierć.
I w chwili, gdy umierał ostatni z nich, charcząc i bulgocząc szkarłatną pianą, drzwi od celi dziewczyny malującej obrazy eksplodowały, zasypując korytarz odłamkami drewna i kawałkami stalowych zasuw. Płomienie kaganków zamigotały, szarpnięte podmuchem, i z cieni, z półmroku wyłamanych drzwi wyszła szczupła postać.
Ekkenhard usłyszał, jak Gentrell głośno wciąga powietrze.
– Witaj, hel’zaav. Szukałeś mnie?
Patrzył i słuchał, rejestrując wszystkie szczegóły, niezdolny wyzbyć się nawyków szkolenia. Mówiła meekhem jak mieszkanka stolicy, nienagannie akcentując zgłoski, z lekkim przydechem. Czarne włosy, przycięte w nierówną grzywkę, ocieniały jej twarz, w półmroku widział jedynie drobne usta i łagodny zarys podbródka. Prosty, podróżny strój mógł należeć do każdej kobiety z południowych rubieży Imperium. Żadnych ozdób, haftów, charakterystycznych zdobień. Buty na miękkiej podeszwie, znoszone. Dłonie...
Coś przemknęło obok niego, podmuch szarpnął płomieniami i biała furia zwaliła się na przybyłą jak stado demonów. Ręce, nogi, matowy błysk kling sztyletów, wszystko rozmyło się w niewyraźne smugi. Dziewczyna powinna być martwa w mgnieniu oka.
Odparła atak jednym gestem. Wyciągnęła prawą dłoń przed siebie i zabójca zawisł kilka stóp przed nią, jakby w pół skoku nadział się na niewidzialny mur. Odskoczył.
Przechyliła głowę w bok, uśmiechnęła się.
– Hel’zaav. Pochlebiają mi. Ilu was jest?
Brak odpowiedzi, nie spodziewała jej się zresztą, bo w chwili, gdy zadawała pytanie, jej lewa ręka wystrzeliła w przód i napastnik szarpnął się, jakby powiał na niego wicher. Jego ubiór pozostał gładki, ale jakaś siła pchnęła go w tył. Błyskawicznie skrzyżował ręce przed sobą, na wysokości piersi, pochylił się, oparł czarowi.
I skoczył na nią. Tym razem zdołała go zatrzymać o stopę bliżej siebie niż poprzednio, odbił się, ledwo musnął stopą posadzkę i już atakował ponownie, rozmazana smuga, biała śmierć tak szybka, że wzrok ledwo za nią nadążał. Trzeci, czwarty, piąty atak! Wszystkie szybkie jak mgnienie oka. Przy szóstym, który odparła w odległości o połowę krótszej niż pierwszy, cofnęła się o krok, po raz pierwszy chyba przestraszona, jakby sytuacja nie rozwijała się według jej zamysłów. Poruszyła bezgłośnie wargami.
– Ekkenhaaard...
Szept, jęk, skomlenie. Przypomniał sobie, po co pełzł po posadzce pod te drzwi. Podniósł bezwładne ciało na rękach, cztery zasuwy, dobrze naoliwione, przesunęły się niemal bez oporu, pchnął drzwi i wpadł do celi, znajdując się oko w oko z najstarszym z więźniów. Chłopak bez imienia, piętnaście lat. Podobno potrafił rozerwać dziesięciostopowego demona na kawałki gołymi rękami. Przykucnął, podpierając się dłońmi, i patrzył na niego jak... zamknięty w klatce lew, który jeszcze nie zorientował się, że od nadzorcy nie oddzielają go kraty. Spojrzenie drapieżnika, ani śladu inteligencji, czysty instynkt. Oblizał wargi, pochylił się i powąchał twarz Ekkenharda. I nagle jego wzrok nabrał ostrości, uciekł za plecy Szczura, na korytarz. Jednym, płynnym ruchem wstał i przeskoczył leżącego człowieka. Szczęknęło żelazo, gdy podnosił miecz zabitego strażnika.
I w tej chwili, gdy chłopak prostował się z bronią, w głębi korytarza wybuchła walka. Świst kling, dziwaczny, matowy pogłos zderzających się ostrzy, który na kilka uderzeń serca zlał się w jeden dźwięk. Taka szybkość! Kto?!
Szczur wypełzł z celi. Na korytarzu... W pierwszej chwili w rozmigotanym świetle oliwnych lampek nie dostrzegł szczegółów. Zabójca stał tyłem do niego, mając przed sobą migotliwą, na wpół przejrzystą strefę cienia. Cofał się. Cofał!
Nacierającym był młody mężczyzna walczący dwoma mieczami. To ich taniec tworzył tarczę oddzielającą białego mordercę od dziewczyny. Ekkenhardowi wystarczył rzut oka na ubiór, styl walki, pochwy mieczy wystające znad pleców. Issar. W południowo-wschodnich prowincjach spotykało się ich wystarczająco często, żeby nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale odsłonięta twarz! Czy to znaczyło, że wojownik zamierza umrzeć, czy że zabije ich, jak tylko pokona swojego przeciwnika?
O ile go pokona, dotarło do niego po chwili. Zabójca cofał się, krok po kroku, ale walcząc tylko dwoma sztyletami, odpierał wszystkie ataki. Każdy umykający oczom cios był parowany, a przecież Issar był tylko człowiekiem, nie mógł utrzymać takiego tempa zbyt długo.
Zatrzymali się przez dwa, trzy uderzenia serca, wymieniając w miejscu wściekle ciosy, a potem to obrońca dziewczyny zaczął się cofać. Jego miecze nie zwolniły, przynajmniej Szczur nie mógł tego zauważyć, lecz teraz to on bardziej odpierał ataki, bronił się, niż nacierał. Wyraźnie brakowało mu sił.
I wtedy dziewczyna zauważyła wreszcie stojącego przed otwartymi drzwiami chłopaka. Przez mgnienie oka na jej twarzy można było dostrzec... Wahanie? Żal? Poczucie winy? Cokolwiek to było, znikło, pochłonięte przez zły, pełen triumfu uśmiech. Spojrzała na młokosa i głośno powiedziała:
– Zabij!
Dzieciak runął do przodu, nie wydając najmniejszego dźwięku – i nagle morderca musiał odpierać ataki z przodu i tyłu. Chłopak, dziecko przywiezione z wymordowanej do szczętu wioski, które pięć lat spędziło w celi, poruszał się jak zawodowy szermierz, płynnie, bez jednego zbędnego gestu, bez żadnego przestoju. Walczył, jakby miecz był przedłużeniem jego ciała, a szybkością zdawał się przewyższać nawet Issara.
Ale mimo to przez kilka chwil wydawało się, że biało odziany zabójca poradzi sobie z nimi. Poruszał się tak szybko, że nie tylko ręce i nogi, ale i reszta jego ciała czasem po prostu znikała Ekkenhardowi z oczu. Po prostu nie potrafili go trafić.
Nagle przez łoskot zderzających się ostrzy przebił się pojedynczy okrzyk. Pełen bólu i rozpaczy. Zabójca zatoczył się w bok, jakoś tak niezgrabnie, koślawo, próbował złożyć paradę, lecz tak wolno, że nawet szpieg mógł dokładnie prześledzić jego ruch. Na przodzie białej szaty wykwitła kolejna czerwona plama, tętniąca szkarłatem wzdłuż rozcięcia biegnącego na ukos przez pierś. Następny cios trafił go w środek białej maski. Pękła, z odgłosem tłuczonej porcelany.
– Stać!!!
Słysząc głos dziewczyny, obaj jej obrońcy momentalnie zastygli, nienaturalnie znieruchomieli, zanim jeszcze Szczur zorientował się, że taki rozkaz padł. Zabójca osuwał się powoli po ścianie. Pęknięta maska jakimś cudem wciąż trzymała się na twarzy.