Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
—— • ——
Przyszła do niej rozchichotana, gotowa opowiedzieć, jak z Ceweną podglądały chłopców kąpiących się w rzece. Zanim zdążyła otworzyć usta, padł cios.
– Muszę odejść.
Dziewczyna wyglądała dziwnie. Miała oczy wielkości spodków, wargi jej drżały, ręce zaciskała tak, że prawie słychać było trzeszczenie kości.
– Dlaczego?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, Nealla podeszła do Kanayoness, złapała ją za ramiona i potrząsnęła. Teraz była wyraźnie szczuplejsza i lżejsza od przyjaciółki, ale gniew i rozczarowanie dodały jej sił. Zatrzęsła nią jak szmacianą lalką.
– Dlaczego teraz?
– Nie... nie mogę ci powiedzieć. Muszę uciekać, oni przyj... przyjdą po mnie.
– Nie, to nieprawda, nikt tu nie przyjdzie. Nikt nie wie, że tu jesteś. Ja... jutro będą trzy miesiące, jak cię znalazłam. Jutro kończę dziesięć lat. Mama ma mi dać nową sukienkę, tatko korale, ch... chciałam... ci zrobić niespodziankę, chciałam, żebyś mnie zobaczyła w nowej sukience, chciałam ci przynieść py... szny placek...
Coś gorącego kapnęło jej na dłoń. Uniosła głowę. Kanayoness płakała, po raz pierwszy, odkąd się spotkały.
– Nie czujesz tego? – spytała cicho. – Coś nadchodzi, przebija się... Nie boli cię głowa, brzuch? Nie widzisz źle?
– Boli mnie głowa, mamę też, ale mówi, że to na zmianę pogody. Idzie burza, ty głupia! Zostań, nie odchodź!
– Dlaczego?
– Co „Dlaczego”?
– Mam zostać.
Wzruszyła ramionami. Jak to powiedzieć? Jak powiedzieć, że nigdy nie miała starszej siostry, tylko pięciu braci, których kochała, ale którzy byli głupsi niż wataha pijanych szczeniąt.
– Bo... bo będzie mi smutno.
Och, to przebudzenie było jak lodowy sopel wbity w pierś.
Smutek.
—— • ——
– Dlaczego tu? Dlaczego nie zbadacie ruin wioski?
– Zbadaliśmy. Niewiele zostało, nawet drzewa w sadach wykarczowano i spalono. Studnie zasypano, rowy nawadniające też. Każdą chatę, stajnię i oborę zrównano z ziemią, a fundamenty zaorano. Ktoś postarał się, żeby po wiosce zniknął najmniejszy ślad. Za pięć, góra dziesięć lat wszystko pokryje las i nawet pamięć o Glewwen-On zniknie. Sprowadziliśmy też jasnowidzów. Dwóch oszalało, jeden się zabił. Kapłan Wielkiej Matki, którego poprosiliśmy o pobłogosławienie terenu, stracił wzrok. Moich ludzi nawiedzały tam koszmary, po których bali się zasypiać. Aspektowana Moc jest tam tak wypaczona, że tylko najwięksi mistrzowie ośmielają się otworzyć umysł, żeby rzucić jakiś czar. – Velgeris pochylił się, napełnił puchar i szczęknął zastawą, przestawiając kilka naczyń. Bez wahania nałożył sobie kolejną porcję kaszy i zaczął jeść, nie przerywając mówienia. – To nie był zwykły atak bandy najemników. Choćby napastnicy mieli w swoich szeregach kilku Arcymagów, nie zdołaliby zrobić czegoś takiego z wioską. Ona nie została wypaczona w zwykły sposób, tylko odmieniona. W żadnym z królestw znanego nam świata nie spotkałem się nawet z legendami o kimś z taką Mocą. Poza bogami, oczywiście.
Gentrell uśmiechnął się szeroko, tym razem nie próbując przybrać maski ospałego głupca. Ten uśmiech był złośliwy, inteligentny i jak na niego, szczery.
– Jeśli jakiś bóg zdecydował się ponownie zejść pomiędzy śmiertelników, dlaczego jeszcze świat nie drży w posadach?
– Bo, być może, bogowie ciągle pamiętają, że jednak mogą tu umrzeć. Chodzenie po świecie w ciele, które może zostać zniszczone, to wejście na drogę prowadzącą wprost do Domu Snu. Poza tym, jeśli wierzyć legendom, bogowie, poza tymi mało znaczącymi, których Moc mogła być pomieszczona w pojedynczym ciele, zawsze pojawiali się w wielu miejscach jednocześnie jako awenderi.
– O ile tam cokolwiek się pojawiło.
– Oczywiście. Bitewni magowie zdezerterowali, a żołnierze sami się wymordowali z nudów. Wiadomo, że nic tak nie nuży, jak służba na pograniczu.
Ekkenhard obserwował, jak obaj szpiedzy wymienili uśmiechy. Teraz nie chodziło już o utrzymanie tajemnicy, tylko o to, żeby wymienić ją na coś równie cennego. Mimo wszystko Ogar był tu gościem i jeśli nie zamierzał szturmować zamku, nie powinien stawiać zbyt ostrych warunków. Na jedno słowo Gentrella mógł w każdej chwili wylądować za bramą.
Tylko że to równałoby się otwartej wojnie między wywiadami.
Chrząknął. Obaj spojrzeli na niego jednocześnie, a on poczuł, jakby tymi spojrzeniami przygwoździli go do oparcia krzesła. Napięcie w komnacie było większe, niż mógł przypuszczać.
– Jakie sny mieli pańscy ludzie? – Zaraz po pytaniu podniósł puchar do ust i zwilżył gardło. Bardzo mu w nim zaschło od ich spojrzeń.
– Różne. – Velgeris nie odrywał od niego wzroku, a był to nieładny wzrok, okrutny i śliski. – Sny o torturach i zabijaniu, o bestiach mordujących i pożerających ludzi i o ludziach, zamieniających się w bestie. O czarnym księżycu, którego promienie zabijały wszystko, co żyje, o czerwonym, czterorękim olbrzymie, wynurzającym się zza horyzontu, tak wielkim, że linia widnokręgu zasłaniała go aż po pas. W trzech rękach gigant trzymał broń, w czwartej coś małego i białego, co krzyczało tak, aż ludziom pękały serca. O sześcionogich, łuskowatych stworach bez oczu, biegających po kamiennej równinie i polujących na wszystko, co się rusza. O klatce ze szklanych kolców, umieszczonej na słupie wysokim jak najwyższa góra – zmienił sposób mówienia, przycichł, jego spojrzenie straciło ostrość. – Klatka jest tak ciasna, że trzeba siedzieć w niej zwiniętym w kłębek, bez ruchu, bo nawet głębszy oddech powoduje wbijanie się kolców w ciało. To narzędzie tortur obraca się powoli, pokazując całą równinę, z potworami, sześcionogimi strażnikami i gigantem, raczej posągiem niż żywą istotą, wyłaniającym się zza horyzontu. – Ogar oderwał od niego wzrok i szybko sięgnął po kielich. Pociągnął kilka łyków. – Głowę trzeba trzymać przyciśniętą do kolan, nie można się poruszyć, odetchnąć, krzyknąć. Można tylko siedzieć...
– Śniłeś to – Gentrell bardziej stwierdził, niż zapytał. – Odważyłeś się zdjąć osłony i śnić razem z resztą.
Velgeris posłał mu blady uśmieszek.
– Musiałem się przekonać, czy moi ludzie mówią prawdę. Śniłem tylko raz i do dziś echa tego koszmaru budzą mnie w nocy.
Starszy szpieg skinął głową i zaczął ściągać naczynia ze stołu, bezceremonialnie kładąc je na podłodze.
– Pokaż mu rysunki – mruknął, wskazując na szafę za swoimi plecami.
Ekkenhard wstał i podszedł do mebla. Szafa nie była zamknięta, co znaczyło, że Gentrell od początku spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Co mogło oznaczać, że albo miał jasnowidzenie, albo wizyta Velgerisa nie była dla niego taką niespodzianką, jak udawał.
Po otwarciu drzwi zobaczył kilka półek zapełnionych płachtami papieru. Papier był dość drogim materiałem, ale i tak tańszym niż pergamin, którego używali wcześniej. Poza tym miał jedną zaletę: w razie czego łatwo było go zniszczyć.
Bez słowa przyniósł kilkadziesiąt kart i położył je na stole. Część już widział i kilka razy nawet śnił o ich zawartości.
Velgeris poczekał, aż młodszy Szczur zajmie miejsce, zanim sięgnął po pierwszą. Jego szczupłe palce drżały. Olbrzym wyłaniający się zza horyzontu miał dziwne rysy twarzy, jakby bardziej zwierzęce niż ludzkie, a jego cztery ramiona zdawały się młócić powietrze w walce z niewidzialnym przeciwnikiem. Miał trzy sztuki broni, niezwykły miecz z rozszerzającą się ku górze klingą, topór i krótki ni to szponton, ni włócznię. W czwartej ręce, lewej dolnej, także coś trzymał. Furia bijąca z jego oblicza przerażała nawet na wykonanym węglem szkicu.