Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Ogar bez zaproszenia podszedł do okienka i zajrzał. Nawet w dość lichym oświetleniu widać było, jak na jego twarzy maluje się rozczarowanie. Widocznie spodziewał się czegoś innego.
– Dziecko – szepnął. – Zwykły chłopak, dziesięć, jedenaście lat... może dwanaście, jeśli to syn chłopa, ich dzieci są zazwyczaj mniej wyrośnięte. Śpi nago, nieprzykryty, na plecach kilka blizn, na lewej łydce ślad po ugryzieniu. Brak dwóch palców w prawej stopie, prawa ręka wygląda, jakby była złamana w dwóch miejscach i źle się zrosła, lewej nie widzę...
Jakąkolwiek technikę zapamiętywania Velgeris stosował, najwyraźniej wymagała mamrotania pod nosem. W trakcie przesłuchań to musiało być strasznie irytujące.
– Tylko tyle? – Ogar odwrócił się do nich, gdy tylko skończył zapamiętywać wygląd chłopca, jego pryczy, stolika, niewielkiego taboretu oraz wielkość celi i kolor ścian. – Te wszystkie środki ostrożności z powodu dziecka?
– To dziecko walczyło z potworami jak opętany przez mroczne bóstwo besrerker. Gdy tylko dostało do ręki miecz, niemal tak duży jak ono samo, szlachtowało potwory na kawałki. A chłopak miał wtedy jakieś siedem lat. Żaden z tych strażników nie wejdzie tu, żeby dać mu nauczkę, jak raczyłeś się wyrazić, nawet jeśli towarzyszyłoby mu dziesięciu kompanów w pełnych zbrojach. Ten chłopak nie mówi, nie krzyczy, nie wydaje najmniejszego dźwięku, za to wystarczy chwila nieuwagi, żeby spróbował komuś wyrwać serce. Tak został odmieniony. Jest jak zwierzę wytresowane do walki. Tamten strażnik, którego omal nie oślepił, był po prostu nieostrożny. Jednak służą tu ludzie, którzy przeżyli masakrę tylko dlatego, że to dziecko walczyło po właściwej stronie. Nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, żeby zrobić mu krzywdę, chyba że jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności wydostanie się na zewnątrz.
W czasie, gdy Gentrell mówił, młody strażnik wciągnął na górę lampę, odebrał kuszę i wrócił do swoich obserwacji.
– Pokażę ci resztę. – Starszy Szczur wskazał ręką korytarz.
Przy następnych drzwiach powtórzyła się procedura przekazywania broni w ręce Gentrella i kręcenia korbą. Fakt, że strażnik ani na chwilę nie chciał rozbroić kuszy, był bardziej niż niepokojący. Sztylet w bucie Ekkenharda znów zaczął go uwierać.
—— • ——
Stali przed murem od kwadransa. Wokół zapadła już noc. Kazała mu pogłębić wykop jeszcze o pół stopy i udeptać dno, zanim raczyła zejść i stanąć przed równo ułożonymi kamieniami. Dotknęła ich delikatnie, wodząc palcami po chropawej zaprawie.
– Są stare – mruknęła cicho. – Mężczyzna budował ten mur, żeby zapewnić swojej rodzinie cień w słoneczne dni i ochronić ukochany ogród żony przed gorącymi wiatrami wiejącymi latem ze wschodu. Pracował całymi dniami, a ona przynosiła mu schłodzone wino zmieszane z sokiem z cytryny i wodą. Poruszała się ostrożnie, w jednej ręce trzymając dzban, drugą gładząc nabrzmiały życiem brzuch. Pokochali się wbrew swoim bliskim, lecz mieli skrawek własnej ziemi, wolny dostęp do rzeki i nadzieję na szczęśliwą przyszłość. W dwadzieścia lat później udusili się w piwnicy tego domu, zalanej przez falę błota. Zabiły ich ostatnie konwulsje konającej rzeki, której większość wód skierowała się już na zachód od nowo wypiętrzonych gór.
– Po co mi to mówisz?
Wzruszyła ramionami.
– Powinieneś pamiętać, że bogowie nie dbają o śmiertelników. Wasze pragnienia, nadzieje i marzenia nie mają dla nich najmniejszej wartości. Atak paniki Laal zabił tu dziesiątki tysięcy ludzi bezpośrednio, a setki tysięcy w pośredni sposób, bo głód, który nadszedł po zniknięciu żyznego dorzecza, karmiącego piątą część ludności kontynentu, zapchał szlak do młodego Domu Snu na następne sto lat. Nie musiała tego robić... ale bała się o swoje istnienie, odkrywszy po śmierci Dresw’low, że bogów może spotkać nicość. Nie Dom Snu, którego strażnicy przyjmują dusze śmiertelników, lecz całkowite i nieodwołalne unicestwienie. – Uśmiechnęła się. – Ceną za osiągnięcie boskości jest balansowanie na krawędzi otchłani, która nie ma dna.
– Nie dbamy o bogów.
– My, to znaczy kto? – Uniosła ładnie zarysowane brwi.
Widział, że z jej oczu zniknęła przerażająca obcość, znów patrzyła na niego zwykła, ładna, złośliwa i cyniczna dziewczyna. Wolał ją od tego czegoś obcego, co pojawiało się w najmniej spodziewanych momentach. Ale tylko trochę bardziej. Przysiągł na rok. W tej chwili już niecały.
– No? Nie odpowiesz? Ciągle jeszcze jesteś bardziej Issarem niż wygnańcem. Wciąż myślisz i patrzysz na świat z poziomu tego uwięzionego na pustyni plemienia. Musisz mi uwierzyć, wasz los w tamtych czasach nie był niczym niezwykłym. Wydaje ci się, że znacie wszystkie odpowiedzi, wszystkie zagadki, że skoro jesteście potomkami tych, którzy przeżyli, to wasza historia jest czymś niezwykłym i cennym. Mam dla ciebie niespodziankę, mój mały skorpionie, wszyscy ludzie na świecie są potomkami tych, którzy przeżyli. Wasza niezwykłość sprowadza się tylko do tego, że pozwolono wam istnieć po dwóch zdradach, choć już po pierwszej powinniście zostać wybici do ostatniego noworodka. Bo po tym, jak pokazaliście, że śmiertelnicy mogą walczyć z bogami, że mogą zabijać awenderi... Zostawienie was przy życiu było albo głupotą, albo geniuszem przekraczającym wszelkie wyobrażenie, strategią sięgającą tysięcy ruchów w przód...
Na jej twarzy pojawił się głęboki namysł. To coś przerażająco obcego zagościło w niebieskich oczach na krócej niż sekundę. Poczuł, jak zamiera mu serce.
– Chyba że przeżyliście wbrew planom – szepnęła do siebie. – Chyba że pustynia miała was zabić, a klątwa, wiążąca wspólną duszę w żywym ciele plemienia, skazać na całkowite zniszczenie... Co ty na to? Wysłać lud, który narodził się na żyznych, zielonych ziemiach pełnych rzek i jezior, żeby odbył pokutę na pustyni, to jak kazać dziecku przepłynąć wpław ocean. Można unicestwić resztki narodu, nie brudząc sobie rąk krwią. Ale wy przeżyliście, wbrew wszystkiemu, wbrew boskim planom. Spotkaliście kilkudziesięciu starców z plemienia, którego młodzież wybito do nogi, a oni pokochali wasze dzieci i przyjęli was na swojej ziemi jak odzyskanych krewnych. Przeżyliście, czcząc najmniej zaangażowaną z bogiń i czekając na szansę na odkupienie... mimo że ono miało nigdy nie nadejść. Bo mieliście zginąć.
Zaśmiała się głośno, płosząc jakieś pustynne stworzenie, które uciekło w mrok, wydając ostrzegawcze syki.
– Czy mam rację, Keru’weln?
Potrzebował chwili, żeby przypomnieć sobie, że takim właśnie imieniem go obdarzyła.
– Nie wiem – zachrypiał.
– Wiem, że nie. To dopiero byłaby niespodzianka, co? Zanim bogowie zorientowali się, że ich plan zawiódł, byliście już silnym plemieniem, które ciągle pamiętało, że można zabijać awenderi. Na dodatek dotrzymaliście wiary Baelta’Mathran, a ona słynie z tego, że nie łamie danego słowa. Zresztą, może planowała to od początku? Kto ją tam wie?
Patrzyła na niego, mrużąc oczy. Obcość pojawiała się w nich i znikała.
– Ty ciągle myślisz o sobie jak o Issaram, prawda? Wciąż nie potrafisz się od tego odciąć. Tak nie może być... – Skinęła głową, podejmując decyzję. – Odsłoń twarz!
Nie zareagował, w pierwszej chwili niezdolny pojąć, zaakceptować tego, co do niego mówiła.
– No już! – Jej uśmiech ciął jak szklany odprysk wbijający się w ciało. – Nie jesteś już Issaram. Wyrzekłeś się rodu, plemienia, wspólnej duszy. Nie musisz zasłaniać twarzy. Odsłoń ją!
Ściągnął ekchaar, czując na policzkach pieszczotę wiatru. To było dziwne uczucie. Stał przed obcym, nie mając zasłony na twarzy. I nie mając niczego, co mógłby stracić. Pustka pojawiła się znikąd, ciemny mroczny ciężar wypełniający miejsce gdzieś za mostkiem. Przypominała...