Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Kolejny rysunek. Dwa sześcionogie potwory walczą lub kopulują ze sobą. Widać tylko fragment jednego pyska, ślepego, pełnego absurdalnie wielkich kłów. Pazury, łuski, kolczasty ogon.
Istota o ciele człowieka, z dwoma parami nóg zakończonych potężnymi szponami i wielkimi, czarnymi skrzydłami w miejscu ramion, przyciska do ziemi ludzki kadłub z wyrwanymi kończynami. Błyszczące końcówki kości młócą powietrze, otwarta w krzyku twarz nieszczęśnika jest bezbronna jak twarz dziecka. Oblicze potwora to kopia twarzy ofiary, lecz wypełnia je całkowita obojętność.
Następny rysunek, latający stwór przykucnął na głazie na dalszym planie. Stanowi ledwo cień, zarys konturów. Na pierwszym planie, na ziemi, leży ofiara. Jej twarz nadal ma te same rysy, lecz jest spokojna, obojętna jak maska. Końce oderwanych przedramion opierzają się czernią. Z każdego kikuta nogi wyrastają po dwie małe, szponiaste stopy.
Kolejne szkice. Ludzie wbijani na pale, krzyżowani, ćwiartowani i rozrywani na strzępy. Ludzie zamieniający się w potwory i polujący na innych ludzi. Dzieci...
Ogar sięgnął po kielich, wypił duszkiem, napełnił.
– Taki miałeś sen? – Gentrell nie spuszczał go z oczu.
– We śnie... we śnie widziałem to z daleka. Z klatki.
– Żołnierze, którzy przeżyli, opisywali niektóre z tych potworów. Oraz kilka takich, których na rysunkach nie uświadczysz.
Velgeris odłożył karty, mimowolnym ruchem wytarł dłoń o spodnie.
– Skąd je macie? Te rysunki – uściślił.
– Skąd wiedziałeś, że tutaj są ludzie, którzy ocaleli z rzezi?
Pytanie za pytanie, nadeszła pora targów.
– Mamy kogoś w Szczurzej Norze.
– Podobnie jak my w Psiarni. Wiemy o tym, wy wiecie, że my wiemy, my wiemy, że wy wiecie, że my wiemy – głos starszego szpiega ociekał sarkazmem. – Nazwisko.
Ogar pokręcił głową.
– Coś za coś. Kto namalował te rysunki? One... krzyczą wprost do umysłu, prawda?
– Bogowie! Gdybyś zdjął osłony, trzymając je w ręku, wrzeszczałbyś, jakby to tobie wyrywano ręce i nogi. Gdybym pozwolił jej malować na czymś trwalszym, nikt w zamku nie mógłby zasnąć, mimo że szafa powinna tłumić tę Moc.
Więc Velgeris był czarodziejem. Ekkenhard słyszał jakieś plotki na ten temat, ale oba wywiady starannie chroniły informacje o magach w swoich szeregach. W przypadku wojny tacy ludzie stawali się pierwszym celem ataków.
– Niemożliwe, nie da się narysować węglem czegoś o takiej Mocy.
– Jej to powiedz. Ekkenhard, zajrzyj na najniższą półkę, tak, ten pakunek owinięty w skóry. Nie wyjmuj go, tylko złam pieczęć i powoli rozwijaj.
Szczur podszedł do szafy, zajrzał, złamał pieczęć i zaczął rozwijać. W środku znalazł deskę. Zwykły kawałek drewna, szeroki na półtorej stopy, długi na dwie, gruby na pół cala. Deskę przepalono na wylot, a resztki malunku wyłaniały się spod krawędzi podłużnego otworu jakimiś dziwacznymi, pokręconymi kształtami. Drewno wydawało się lodowate w dotyku.
– Zostań tam – syknął Velgeris, wpatrując się w płytę rozszerzonymi oczyma. – Co to jest?!
– W tę szafę wpleciono potężne zaklęcia. – Gentrell zwrócił się w stronę Ekkenharda. – Gdyby nie one, po kwadransie musielibyśmy opuścić komnatę. To jeden ze szkiców, które powstały zaraz na początku całej sprawy. Prawie pięć lat temu. Byliśmy wtedy jeszcze głupi i daliśmy jej do rysowania kawałek deski. Gdyby ta płyta była większa, kto wie, może nikt by nie wyszedł żywy z zamku. Człowiek, który pierwszy ją ujrzał, zginął. A mówiąc konkretniej, został wciągnięty w głąb rysunku. Kiedy go znaleźliśmy, na zewnątrz wystawały tylko stopy. Coś wessało go i pożarło. A potem próbowało wyjść. Byłem przy tym, zorientowaliśmy się w chwili, gdy stopy odpadły od deski i drewno zaczęło się wybrzuszać. Widziałem tylko fragment tego czegoś, perspektywa była taka, jakby człowieka narysowano, patrząc na niego wprost z góry, i to w półmroku. Ale to z pewnością nie był człowiek. Całe szczęście, że miałem tu trzech czarodziejów, widzisz, jak poważnie do tego podchodziliśmy. Rzucili na tę deskę wszystko, co mieli, i być może dzięki temu żyjemy. Od tamtego czasu szkice tworzone są tylko na papierze. Bo on przy najmniejszym przepływie Mocy pali się lub rozpada w pył. Ale i tak jest to – stuknął w karty – wystarczająco potężne, żeby wpływać na umysł.
– Te rysunki to przejścia. Wrota... kto...
– Nazwisko – przerwał mu Gentrell. – Tylko prawdziwe.
– Fernell Kesawen.
– Pisarz w zarządzie zasobami. Dobrze.
– Takie rysunki... – Ogar przenosił wzrok z deski na płachty papieru i z powrotem. – Mamy garść legend o ludziach, którzy potrafili namalować wrota do innych miejsc. I to nie naszych legend, tylko odziedziczonych po tych, którzy lepiej pamiętają dawne dzieje... Kto je namalował?
– Pokażę ci. Ekkenhard, zawiń to z powrotem, później założymy pieczęć. I schowaj rysunki.
Wstali od stołu. Zawijając deskę w skórę i pakując karty do szafy, młodszy Szczur rzucił kilka ukradkowych spojrzeń na Velgerisa. Ich gość wyglądał na wstrząśniętego i co odbierało mu chęć do odczuwania jakiejkolwiek satysfakcji, przestraszonego. Jeśli Drugi Ogar w Imperium zaczyna się bać, to taki mały Szczur jak on powinien poszukać sobie bardzo głębokiej i bardzo ciemnej kryjówki.
Domyślał się już, gdzie pójdą. Do drugiej wieży, tej z zamurowanymi i zakratowanymi oknami. Robiło się coraz ciekawiej.
—— • ——
Nie ruszyli się z miejsca. Gdy nadeszła noc, dziewczyna owinęła się w płachtę materiału i siadła na piasku, opierając plecami o mur. Zadarła głowę, patrząc w niebo.
– Tyle gwiazd... I niebo takie głębokie. Nigdy nie mogłam się na to napatrzeć.
– Co teraz? Dlaczego nie idziemy?
– Zrobiłeś się gadatliwy. Kop po drugiej stronie.
– Gdzie?
– Przy murku. Musimy odsłonić co najmniej sześć stóp. Tyle powinno wystarczyć. Przy północnym krańcu znajdziesz coś, co powinno ci pomóc.
We wskazanym miejscu pod piaskiem, na głębokości pół stopy, znalazł kilka glinianych skorup. Była przygotowana na wszystko. Dwa z glinianych fragmentów były tak duże, jak jego złączone dłonie. Zaczął kopać mniej więcej pośrodku długości murku. Piasek był drobny, miękki i pylisty, osypywał się z powrotem do wykopu, lecz Yatech nie przerywał pracy. Gdy minęła godzina od zachodu słońca, zrobiło się zimno i był wdzięczny za ruch i wysiłek, który rozgrzewał i zaprzątał myśli. W historii świata, którą znały ludy Issaram, nie było wzmianki o rzece płynącej przez pustynię i nawadniającej kwitnącą dolinę. Była informacja o tym, że Laal Szarowłosa przedłużyła łańcuch górski, aby powstrzymać nacierające legiony Przeklętych. Podobno omal nie przypłaciła tego utratą jednego ze swoich siedmiu awenderi. Lecz opowieści Issaram nie wspominały o ludziach, którzy tu żyli, mieszkali, uprawiali ziemię i kochali to miejsce tak mocno, że ich duchy nie opuściły go nawet po tragicznej śmierci. Przodkowie jego byłego plemienia walczyli wtedy w innych miejscach i tragedia jakiegoś rolniczego ludu niewiele ich obchodziła. Może nawet wiedzieli o nich, coś słyszeli, lecz nie uznali za stosowne zaśmiecać swojej historii takimi nieistotnymi wzmiankami. Bogini wzruszyła posady świata i stworzyła góry, o tak, to warto umieścić w legendach. Bogini zmieniła koryto rzeki i zabiła kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a setki tysięcy innych skazała na wygnanie i tułaczkę – a kogo to obchodzi? To były czasy, gdy stutysięczne miasta płonęły w burzach ogniowych, bo trzeba było poszerzyć drogę dla maszerującej armii. Świat walczył o przetrwanie, prawda? Nic więcej się nie liczyło.