Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Wrzeciono z czarnego lodu. Prawda? – Patrzyła mu w oczy, a obcość powoli odpływała w głąb jej źrenic. – Jakby za mostkiem ktoś umieścił ci kawałek lodu w kształcie wrzeciona. Wiesz, że lód jest czarny, i wiesz, że waży więcej niż cały świat, a co gorsza masz pewność, że nigdy nie uda ci się go wydobyć. Będziesz go nosić do końca życia, mój mały skorpionie. Mój Noszący Miecze – dodała niemal pieszczotliwie.
Uśmiechnęła się przerażająco.
– Już wkrótce będziesz miał okazję je wypróbować. A jeśli zawiedziesz, przeciwnik nie da ci najmniejszej szansy. Być może idziesz tam tylko po to, by umrzeć, dając mi czas na ucieczkę. Co ty na to?
– Czy wtedy wrzeciono zniknie?
– Tak, na pewno.
Skierował wzrok na mur.
– Więc chodźmy.
—— • ——
Mężczyzna się zmienił. Wyczuła to w pół ruchu, z dłonią uniesioną tam, gdzie znajdowała się jego twarz. Teraz nie nosił zasłony, widziała głęboko osadzone oczy, smutne jak jesienne niebo, krzywy nos, chyba złamany, ładne usta. Był młody, może kilka lat starszy od niej, i stary jednocześnie. Trudno było uchwycić jego istotę, zwłaszcza w tym świetle, ale postanowiła, że spróbuje. Po namyśle dodała mu kilka bruzd na twarzy, powinno wystarczyć.
Z dziewczyną nie było problemu. Od miesięcy widziała ją na wewnętrznej stronie powiek. Był to wizerunek obcy i boleśnie znajomy, jak twarz matki, którą ktoś próbuje sobie przypomnieć, przywołując zamiast niej jakieś niejasne obrazy. Miała jednak pewność, że się nie pomyli. Nie przy niej.
Jej cela była narożna, korytarz obiegał ją z dwóch stron i w dwóch ścianach tkwiły drzwi, zaopatrzone w niewielkie okienka. Strażnicy odwiedzali ją co godzinę, zaglądając do obu z nich, a czasami wchodząc do celi i sprawdzając wszystko dokładnie. Jej się nie bali, nie tak jak innych. Nie, pokręciła głową, analizując tę myśl. Jej bali się o wiele bardziej, dlatego tak często sprawdzali, co robi. Miała Moc przywoływania obrazów, Moc wypuszczania ich z własnej głowy. Obrazy tkwiły tam od zawsze i były groźne.
Jeśli pozwalali jej malować, w celi pojawiały się farby i pędzle oraz płachty najcieńszego papieru, jaki w życiu widziała. Gdy malowała, zawsze obserwowały ją przynajmniej trzy osoby, w tym czarodziej, i chodziło im nie tylko o to, co tworzyła, lecz także, by nie schowała gdzieś farb, które w jej ręku mogły stać się śmiertelną bronią. To samo dotyczyło wszystkiego, czego mogła użyć do tworzenia, resztek jedzenia, napojów oraz kału i moczu, które zabierano jej, gdy tylko posiliła się i załatwiła swoje potrzeby. W jej przypadku nie mogło być mowy o cuchnącym wiadrze stojącym całymi dniami w kącie celi.
Zrobili wszystko, żeby pozbawić ją możliwości malowania poza kontrolą.
Mimo tego malowała ten obraz od kilku dni.
Udało jej się ukryć, co robi, bo strażnicy szukali tego, co w ich mniemaniu było rysunkiem. Prostych linii, jasno przedstawionych figur, wyraźnych postaci. Szukali czegoś podobnego do rzeczy, które malowała do tej pory.
Nie przyszło im do głowy, że obraz może wyglądać inaczej.
Ściany jej celi były ścianami warownego zamku, budowanego typowo po meekhańsku, solidnie, tanio i bez oglądania się na estetykę. Miały wytrzymać uderzenia kamieni ciskanych przez balisty, a nie ładnie wyglądać. Jeśli nawet kiedyś były w miarę gładkie, to teraz tynk odłaził całymi płatami, kruszył się i zaścielał podłogę warstwą pyłu. Także wilgoć ciągnąca od bagna z każdym rokiem zostawiała wyraźniejszy ślad na wiekowych murach. Wraz z nią pojawił się grzyb. A kiedy celę osuszono i przygotowano na jej przyjęcie, nikt nie zadbał o to, by wytynkować ją na nowo. Zgodnie z meekhańskim pragmatyzmem uznano, że szkoda pieniędzy na walkę skazaną z góry na porażkę.
To pozwoliło jej tworzyć.
Od kilku dni miała w głowie obraz, który coraz natarczywiej domagał się uwolnienia. Widziała ich na ścianie, mężczyznę z mieczami na plecach i dziewczynę z oczami jak wieczorne niebo przed burzą. Wykreślała ich zarys w zawilgłym tynku, używając do tego celu paznokci i trzonka drewnianej łyżki. Robiła to ostrożnie, tu kreska, tam rysa, zaledwie ślad, cień, sugestia kształtu. Na szczęście dwie wilgotne plamy na ścianie z grubsza przypominały ludzkie sylwetki. Lekkim muśnięciem nakreśliła zarys twarzy, ramion, rękojeści mieczy wystające znad barków mężczyzny. Trzeba było wiedzieć, gdzie patrzyć, i wysilić wyobraźnię, żeby w tym zbiorowisku plam i pęknięć dopatrzyć się Obrazu. Ale dobrze wiedziała. Obraz był w jej głowie i będzie skończony, gdy ona uzna go za gotowy. Czyli już wkrótce.
Usłyszała szmer rozmowy za drzwiami.
—— • ——
Drugie i trzecie drzwi były podobne do pierwszych, stal i żelazo z niewielkim oszklonym okienkiem pośrodku. Velgeris podchodził do każdych z miną, jakby miał coraz większą ochotę dźgnąć kogoś nożem. Ekkenhard nie dziwił mu się ani trochę. Nieufność była wpisana w pracę każdego szpiega, była czymś tak naturalnym, jak bicie serca i oddychanie. Szczur od dłuższej chwili zastanawiał się, czy gdyby był na miejscu ich gościa, to też czułby, że coś tu nie gra. Na dobrą sprawę poza pięknym przedstawieniem, tajemniczą wieżą, żelaznymi drzwiami i strażą pod bronią Gentrell nadal nie przedstawił żadnych dowodów na potwierdzenie swojej historii. Żaden z więźniów, ani pierwszy chłopak, ani wyglądająca jak jego rówieśniczka dziewczynka, ani na oko piętnastoletni wyrostek nie sprawiali zbyt groźnego wrażenia. Spali spokojnie w swoich celach i najwyraźniej żaden nie miał ochoty na chodzenie po ścianach czy wyginanie w rękach grubych na cal stalowych prętów.
Gdyby nie rysunki, które zrobiły na Ogarze takie wrażenie, zapewne już dawno obróciłby się na pięcie i wyszedł. Właśnie zbliżali się do celi ich autorki. Jeśli też będzie spała snem niewinnego dziecka, najpewniej czeka ich wojna wywiadów, ocenił patrząc na minę Velgerisa. Nikt nie lubi, gdy robi się z niego idiotę.
Cela była narożna, korytarz zakręcał w prawo i biegł wzdłuż wschodniej ściany. Pomieszczenie miało dwoje drzwi.
– Musimy mieć możliwość obserwowania każdego fragmentu celi bez wchodzenia co chwilę do środka – wyjaśnił Gentrell, choć Velgeris nie zadał żadnego pytania.
Ogar bez słowa podszedł do drzwi. Nie czekając na polecenie, Ekkenhard zajął się liną, jednym uchem słuchając mamrotania szpiega. Czuł, jak jeżą mu się włosy na karku, wymienił spojrzenie z dowódcą, który stał już dwa kroki obok i z dziwną miną wpatrywał się w gościa. Ten szeptał:
– Dziewczyna, około piętnastu, szesnastu lat, jasne włosy, wystrzępiona koszula, śpi na materacu leżącym na posadzce. Cela najskromniej urządzona, poza materacem żadnych sprzętów, nawet koca, ściany, jak w poprzednich celach, pokryte plamami i liszajami... – wydawało się, że Velgeris zapatrzył się gdzieś w przestrzeń, wstrzymując oddech. – Dziewczynę otacza... nie, nie potrafię tego nazwać, jakby jej nie było, jakby zajmowała tę samą przestrzeń z czymś jeszcze, to nie nawiedzenie ani przekształcenie, ani zawieszenie, żadnego śladu dotknięcia Chaosu... Nic spod Mroku. A mimo to... Mrowieją mi palce, czuję ucisk w uszach, smak grzybów na języku, lawenda... czosnek... miód... nie od niej. Co u licha...?
Cofnął się nieco, przyjrzał po kolei wszystkim czterem zasuwom, zamykającym drzwi. Błyskawicznym, owadzim ruchem odwrócił się w stronę Ekkenharda, oczy miał jak czarne studnie. Potem spojrzał w lewo, na zakręt korytarza.
I w tym momencie zza zakrętu wyszła śmierć.
Postać w bieli wyglądała, jakby została wycięta z płachty płótna, jakby była dwuwymiarowa. Potem zrobiła krok do przodu, liznęło ją światło kaganka i nagle nabrała głębi, ale nie stała się przez to mniej absurdalna. Białe spodnie, biała, luźna koszula, twarz jak pokryta lakierem maska, siwe włosy, białe dłonie, nie, rękawiczki, białe rękawiczki, nogawki spodni kryły stopy, ale Ekkenhard założyłby się o każde pieniądze, że buty intruza, jeśli je nosił, również były białe.