Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Może nie byli pewni tego, co zobaczyli — poprawka — usłyszeli. Nigdy nie widzieli ludzi śpiewających razem, poza tym przypadkiem, gdy Calvin poprawiał te nieszczęsne basy. Nic nie wskazywało na to, że potrafimy śpiewać pięknie i harmonicznie.
Kolęda Pasterze stróże swoich trzód przekonała ich, że jest to możliwe i dlatego chodzili za nami, dlatego siadali, zasypiali i odchodzili, gdy słyszeli kilka głosów razem. Mieli nadzieję, że zrozumiemy wskazówkę i czekali na kolejny dowód.
Ale to oznaczało, że powinniśmy się udać do audytorium i posłuchać śpiewu, zamiast tkwić w tym dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Zwłaszcza że fakt zainicjowania procedury startowej wskazywał na rezygnację z ich strony z nawiązania kontaktu. Doszli do wniosku, że się pomylili.
— Chodźcie — zwróciłam się do Altairczyków i wstałam. — Muszę wam coś pokazać.
Odsunęłam stół spod drzwi, otworzyłam je i niemal wpadłam na Calvina.
— O, dobrze, że jesteś — powiedziałam. — Chcę ci powiedzieć… Zaraz, dlaczego nie dyrygujesz?
— Ogłosiłem przerwę, żeby coś ci powiedzieć. Myślę, że już wiem, dlaczego Altairczycy reagują na kolędy — powiedział obejmując mnie ramionami. — Myślałem o tym podczas dyrygowania Kasztany prażone w ognisku. Co wspólnego jest we wszystkich kolędach?
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Kasztany? Święty Mikołaj? Dzwonki?
— Prawie trafiłaś — stwierdził. — Chóry.
— Chóry? Przecież już wiedzieliśmy, że reagują na chóry — odparłam zbita z tropu.
— Nie są to tylko pieśni śpiewane przez chóry. Są to pieśni o chórach. Kolędy o pieśniach śpiewanych przez chóry, aniołów, dzieci, kolędników. „Stańcie, uderzcie w struny harf i przyłączcie się do chóru…”. Aniołowie w Gdy się Chrystus rodzi „pod niebiosa wyśpiewują”. W innej kolędzie „świat cały śpiewa Jego chwałę”. Wszystkie są o śpiewaniu — mówił z zapałem. — „Wspaniała stara pieśń”, „hymn anielski”. — Zobacz — przekartkował strony wskazując odpowiednie fragmenty tekstu. — „Usłyszcie anielskie głosy”, „starcy śpiewali”, „pasterze i aniołowie wyśpiewują”, „niech ludzie wzniosą śpiew”. W piosenkach Randy Travisa, Peanuts Kids, Paula McCartneya i w Jak Grinch ukradł Boże Narodzenie, wszędzie są wzmianki o śpiewie. Nie chodzi tylko o to, że Pasterzy śpiewał chór. Sęk w tym, że była to pieśń o śpiewaniu chórem. I nie chodziło tylko o to, że śpiewali, ale o czym śpiewali. — Podetknął mi tekst pod nos i pokazał odpowiednią zwrotkę. — „Pokój ludziom i ziemi…” To właśnie usiłowali nam zakomunikować.
Potrząsnęłam głową.
— I to jest to, czego od nas oczekiwali, co chcieli, żebyśmy im pokazali. Jak cioteczka Judith.
— Jaka cioteczka Judith?
— Później ci powiem. Teraz musimy udowodnić Altairczykom, że jesteśmy cywilizowani.
— I niby jak mamy to zrobić?
— Zaśpiewany im. A właściwie zaśpiewają im członkowie Powszechnego Ekumenicznego Koncertu Chórów.
— A co mamy zaśpiewać?
Nie miałam pewności, czy to ważne. Obcy z pewnością czekali na dowód, że potrafimy harmonijnie współpracować i w takim przypadku Mele Kalikimaka byłoby równie dobre, jak Kolęda pokoju. Nie zaszkodziłoby jednak przedstawić im to bardzo jasno. Miło byłoby też wybrać coś, czego wielebny Tresher nie mógłby użyć jako argumentu do ogłoszenia Galaktycznej Krucjaty.
— Musimy zaśpiewać im coś, co udowodni, że jesteśmy istotami cywilizowanymi — powiedziałam. — Coś o pokoju i dobrej woli. Szczególnie o pokoju. I żeby tam nie było religii, o ile to możliwe.
— Ile mamy czasu na napisanie tekstu? — zapytał Calvin. — Będziemy musieli porobić kopie…
W tej chwili zadzwoniła moja komórka. Napis na ekranie oznajmił mi, że zgłasza się doktor Morthman.
— Zaczekaj — powiedziałam Calvinowi wciskając guzik odbioru. — Za sekundę ci powiem, ile mamy czasu.
— Gdzie pani jest? — zagrzmiał w słuchawce głos doktora Morthmana. — Statek zaczyna ostateczny rozruch!
Odwróciłam się, żeby zobaczyć, czy Altairczycy wciąż jeszcze są z nami. Dzięki Bogu byli i nadal mierzyli nas pełnymi dezaprobaty spojrzeniami.
— Ile czasu trwa ten ostateczny rozruch? — zapytałam Morthmana.
— Nie wiadomo — odpowiedział. — Góra dziesięć minut. Jeżeli pani natychmiast się tu nie zjawi…
Rozłączyłam się.
— I co? — zapytał Calvin. — Ile mamy czasu?
— W ogóle go nie mamy — odpowiedziałam.
— To musimy wykorzystać coś gotowego — powiedział i zaczął przewracać kartki z nutami — i coś, co ludzie potrafią zgodnie zaśpiewać. Cywilizowani… cywilizowani… myślę… — znalazł to, czego szukał, przejrzał pospiesznie tekst. — Taaa… jak zmienię kilka słów, powinno się udać. Jak sądzisz, czy Altairczycy znają łacinę?
— Nie zdziwiłabym się…
— Wystarczą dwa pierwsze wersy Poczekaj pięć minut.
— Pięć minut?
— Muszę wszystkich zaznajomić ze zmianami. Potem wprowadź obcych.
— W porządku — powiedziałam i Calvin pognał do sali koncertowej.
Nasze wejście przez podwójne drzwi powitał szmer podniecenia. Ustawieni wokół podium dyrygenta chórzyści w brunatnych, złotych, zielonych i czerwonych szatach zaczęli szeptem wymieniać rozmaite uwagi.
Widać było, że Calvin skończył wyjaśnienia. Niektórzy członkowie chórów i słuchacze pospiesznie zapisywali coś na swoich kartach nut, podawali sobie ołówki i pytali o coś jedni drugich. Stojąca z boku orkiestra rozgrzewała się, częstując wszystkich kakofonią beknięć i jęków w wykonaniu rozmaitych instrumentów.
Z drugiej strony soprany z żeńskiego Chóru Mile — High najwyraźniej dogadały się z altami podczas próby, którą przerwałam poprzedniego wieczoru, bo wszystkie odwróciły się i zmierzyły mnie pełnymi dezaprobaty spojrzeniami.
— Myślę, że to śmieszne; nie możemy zaśpiewać słów, które już znamy — powiedziała do koleżanki kobieta w kapeluszu z woalką i w rękawiczkach.
— Moim zdaniem z tym ekumenizmem posuwają się już za daleko — odparła koleżanka. — Ludzie, to jedna sprawa, ale obcy?
Nie ma mowy, żeby się udało, pomyślałam patrząc na uczennice Calvina, które przechylały się do siebie ponad oparciami krzeseł, chichotały i żuły gumę. Belinda wysyłała komuś SMS-a, a Kaneesha wetknęła w uszy słuchawki iPoda.
— Panie Ledbetter! Panie Ledbetter, Shelby zabrała mi nuty! — darła się Chelsea.
Bębniarz na tyłach orkiestry ćwiczył solo na cymbałach. To beznadziejne, pomyślałam patrząc na toczących wokół gniewnym wzrokiem Altairczyków. Nie ma mowy, żebyśmy przekonali ich, że jesteśmy rozumni, a już w kwestii ucywilizowania…
Zadzwonił mój telefon. Przysłowiowa słomka łamiąca grzbiet wielbłąda, pomyślałam grzebiąc w torebce. Teraz już wszyscy, nawet muzycy, gapili się na mnie i spalali mnie spojrzeniami.
— Złe maniery i brak wychowania! — orzekła starsza dama w białych rękawiczkach.
— Statek rozpoczął odliczanie! — ryknął mi w ucho doktor Morthman.
Rozłączyłam się i całkowicie wyłączyłam telefon.
— Pospiesz się — rzuciłam bezgłośnie wstępującemu na podium Calvinowi, który odpowiedział mi skinieniem głowy.
Uderzył pałeczką w pulpit i całe audytorium się uciszyło.