Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Ale nawet gdybym puszczała Altairczykom setki śpiewanych przez chóry kolęd i gdyby oni reagowali na wszystkie klękając, siadając, wstając, bijąc pokłony czy idąc za wigilijną gwiazdą, nie przybliżyłoby mnie to o krok do rozwiązania problemu, po co do nas przybyli, ani dlaczego postanowili odlecieć. Ani nawet dlaczego uznali głośny śpiew i stepowanie chóru z „42nd Street” za bezpośrednie polecenie. Cicha noc, święta noc. Nawet gdyby wiedzieli, co znaczą słowa „spać”, „usiąść” „obrócić się” albo „mrugać”.
Calvin wysnuł przypuszczenie, że Altairczycy słyszą wyłącznie słowa śpiewane przez więcej niż jeden głos, ale musiał się mylić. Ktoś, kto słyszy jakieś słowo po raz pierwszy, nie ma pojęcia, co ono znaczy, a obcy nigdy wcześniej nie słyszeli „usiądźcie wszyscy wraz”, dopóki nie zaśpiewano tego w pasażu. Żeby wiedzieć, co znaczą te słowa, musieliby usłyszeć je gdzieś wcześniej, a mogli je usłyszeć wyłącznie mówione. Co oznaczało, że mowę słyszą równie dobrze, jak śpiew.
Pomyślałam, że mogli je gdzieś przeczytać. Przypomniałam sobie Kamień z Rosetty, który im pokazywano i wszystkie te słowniki, jakie doktor Short podtykał im pod nosy. Ale gdyby nawet nauczyli się czytać po angielsku, nie mogliby nauczyć się wymowy. Jedynym sposobem byłoby usłyszenie danego słowa. Co oznaczało, że słyszeli i rozumieli każde słowo, jakie do nich mówiliśmy podczas minionych dziewięciu miesięcy. Włącznie z moją i Calvina rozmową o tym, że mogliby pozabijać dzieci i zniszczyć planetę. Nic dziwnego, że zechcieli odlecieć.
Ale jeżeli nas rozumieli, oznaczało to tylko dwie rzeczy: nie chcieli z nami rozmawiać, albo nie mogli wydawać dźwięków. Czyżby ich siadanie, wstawanie i inne zachowania były próbami porozumiewania się w języku znaków?
Nie, i to nie mogło być sednem sprawy. Równie dobrze mogliby zareagować na słowo „siadajcie” mówione do nich kilka miesięcy wcześniej. A jeżeli próbowali jakoś się z nami porozumieć, czy nie daliby mnie i Calvinowi w nocy jakiegoś znaku, że jesteśmy na złej, lub dobrej drodze, zamiast gapić się na nas tymi swoimi „wcale nas to nie bawi” spojrzeniami? I nie wierzyłam, żeby te ich miny były przypadkowe. Poznaję dezaprobatę, gdy ją widzę. Zbyt wiele razy widziałam ją na twarzy cioteczki Judith, żeby nie… Cioteczka Judith! Wyjęłam z torebki komórkę i zadzwoniłam do mojej siostry Tracy.
— Opowiedz mi wszystko, co wiesz o cioci Judith — zażądałam, gdy się odezwała.
— A co, czy coś jej się stało? — zapytała jakby z niepokojem w głosie. — Gdy z nią rozmawiałam w zeszłym tygodniu była…
— W zeszłym tygodniu? — zapytałam. — Chcesz powiedzieć, że cioteczka Judith jeszcze żyje?
— No, żyła jak najbardziej, gdy w zeszłym tygodniu jadłyśmy razem lunch.
— Lunch? — Czy mówiły o tej samej osobie? O siostruni tatki? O Gorgonie?
— Owszem, tylko że ona wcale nie jest Gorgoną. Gdy poznasz ją bliżej, okazuje się całkiem miłą osobą.
— Cioteczka Judith — stwierdziłam. — Ta, która zawsze na wszystkich i wszystko patrzyła z dezaprobatą.
— Ta sama, choć od wielu lat tak już na mnie nie patrzy Jak powiedziałam, gdy pozna się ją bliżej…
— A jak ci się to udało?
— Podziękowałam jej za prezent urodzinowy.
— I co? — zapytałam. — Przecież nie mogło tylko o to chodzić. Mama zawsze nam kazała pięknie jej dziękować za każdy prezent, jaki od niej dostawałyśmy.
— Owszem, ale to nie była właściwa forma podziękowań. Jedyną właściwą jest własnoręcznie napisana kartka z podziękowaniami — powiedziała Tracy najwyraźniej kogoś cytując. — W szkole średniej musiałyśmy napisać listowne podziękowania dla kogokolwiek. Cioteczka akurat przysłała mi jednodolarowy banknot, jak co roku, więc napisałam do niej i następnego dnia zadzwoniła do mnie i zrobiła mi długi wykład o tym, jak ważne są dobre maniery i jak okropne jest to, że nikt już nie przestrzega podstawowych wymogów etykiety i jak jej było miło, gdy mogła stwierdzić, że choć jedna młoda osoba wie, jak się zachować. Zapytała też, czy nie zechciałabym z nią obejrzeć musicalu Nędznicy. Kupiłam podręcznik dobrych manier Emily Post i od tej pory doskonale nam się układa. Gdy pobieraliśmy się z Evanem, przysłała mi nawet w prezencie ślubnym srebrny wisiorek z Silver Fish Jevelry…
— Za coś ty jej posłała podziękowania? — zapytałam odruchowo. Ciocia Judith nie lubiła nas, bo byłyśmy nudne i niezamężne. Czy przypadkiem Altairczycy nie patrzyli na nas z dezaprobatą, bo czekali na jakiś ekwiwalent ręcznie pisanej kartki z podziękowaniami?
Jeżeli tak było w istocie, to mieliśmy przerąbane. Zasady etykiety są diabelnie nielogiczne i osadzone w kulturach poszczególnych społeczności, a nie miałam żadnego galaktycznego podręcznika savoir vivre, do którego mogłabym zajrzeć. I-o Boże! — zostało mi mniej niż dwie godziny do odlotu obcych.
— Powiedz mi dokładnie, co ci mówiła, gdy do ciebie zadzwoniła? — zapytałam nie chcąc zrezygnować z idei, że w tym właśnie tkwi klucz do zrozumienia zachowania obcych.
— To było osiem lat temu…
— Wiem. Przypomnij sobie.
— Dobrze… No więc było mnóstwo gadania o rękawiczkach, o tym, że nie powinnam nosić białych bucików po Święcie Pracy pierwszego maja i nie powinnam zakładać nogi na nogę. Dobrze wychowane młode damy siadając krzyżują nogi w kostkach.
Czy Altairczycy siadając w pasażu chcieli nam dać lekcję dobrych manier i odpowiedniego sposobu siadania? Wydawało się to nieprawdopodobne… ale ciocia Judith nie chciała rozmawiać z ludźmi, którzy zakładali trzewiki nieodpowiedniego koloru.
— … i mówiła jeszcze, że gdy będę wychodzić za mąż, powinnam rozesłać ręcznie tłoczone zaproszenia — oznajmiła Tracy. — Co też raczyłam uczynić. I chyba dlatego przysłała mi srebrny wisiorek.
— Nie mów mi o wisiorku. Co powiedziała o liście z podziękowaniami, który jej przysłałaś?
— Powiedziała: „Najwyższy czas. Zaczynałam już wątpić, czy którekolwiek z waszej rodziny okaże choć śladowe resztki manier godnych istoty cywilizowanej”.
Maniery istoty cywilizowanej. To było to! Altairczycy, siedzący jak ciocia Judith w naszym saloniku, patrzyli na nas z dezaprobatą, czekając na jakikolwiek nasz gest, który by ich przekonał, że umiemy się zachować jak istoty cywilizowane. A śpiew — poprawka, śpiew chóralny — był taką oznaką. Ale czy to była jakaś arbitralnie ustalona zasada etykiety, taka jak białe trzewiki czy ręcznie pisane zaproszenia? Może oznaczało to coś jeszcze innego?
Przypomniałam sobie Calvina, który kazał rozbieganym, rozgadanym i rozchichotanym uczennicom ustawić się w szyku, zamieniając je w grupę świetnie zorganizowanych i doskonale wychowanych młodych dam.
Wspólne działanie i współpraca. Cywilizowane zachowanie się, którego oznak Altairczycy wypatrywali od dziewięciu miesięcy. Jakże niewiele widzieli go od pierwszego dnia pobytu na Ziemi: zbiurokratyzowane komisje, których członkowie rezygnowali lub nikogo nie słuchali, okropne próby, podczas których basy nie brzmiały odpowiednio, biegający bezładnie po handlowym pasażu klienci, wlokący za sobą rozwrzeszczane bachory. Pienia chórku, który nakłaniał pasterzy, żeby usiedli, były dla nich chyba pierwszą oznaką tego, że potrafimy się jakoś zorganizować i zrobić cokolwiek w sposób cywilizowany.
Nic dziwnego, że natychmiast usiedli pośrodku pasażu. Musieli, jak cioteczka Judith, pomyśleć sobie: „Najwyższy czas!” Ale dlaczego nie wykonali gestu, który byłby ekwiwalentem zaproszenia na Nędzników?